Rundy niezakontraktowane. Recenzja komiksu Codzienna walka

Ring otwarty! Nawet liny zdjęto.
Ring otwarty! Nawet liny zdjęto.

Nowe polskie wydanie Codziennej walki Manu Larceneta ukazuje się w czasie, gdy jej autorowi niepotrzebna już żadna promocja. Blast, Raport Brodecka, Terapia grupowa, Drogakażdy z tych tytułów również w naszym kraju okazał się wydarzeniem czytelniczym, a pewno i spora część rodzimych komiksofili dzięki nim właśnie zainteresowała się bliżej ofertą wydawniczą Mandioki. I super elegancko klawo, serio. Kupujcie, czytajcie, śmiejcie się, smućcie, wzruszajcie z Larcenetem, bo prawdziwie inspirujące z niego indywiduum, gdy chodzi o ów czynnik osobisty, o sposób jego uwidocznienia w dziele. A Codzienna walka chronologicznie wyznacza początek linii, której przedłużeniem stały się podane tytuły.

Tak, z tyłu lokuje się jeszcze nieco wcześniej rozpoczęta seria Le Retour à la terre, której znaczące fabularnie elementy wyjściowo pokrywają się z obecnymi w Codziennej walce, ale z wykazaniem podobieństw i różnic powstrzymam się do czasu zapowiedzianej przez Mandiokę jeszcze na ten rok publikacji Le Retour… Najważniejsza wynika z faktu, że w Codziennej walce Larcenet sam opracował kształt biograficznego materiału, którego dostarczyło mu jego własne życie. Tą decyzją wyznaczył ważny etap na swojej drodze auto-/arteterapii.

Zdjęcia do zdjęcia!
Zdjęcia do zdjęcia!

Nie jest powiedziane, że to stuprocentowo autobiograficzna opowieść, jeśli chodzi o ścisłość faktów. Niewątpliwie taka jest w emocjonalnym rdzeniu, w naturalności, z jaką wytycza zakres tytułowej „walki”, której głównym bohaterem jest codzienność i jej możliwości. Po prostu i aż. Każdy może z łatwością postawić się na miejscu którejś z postaci i odczuć siłę ciosu lub konsekwencje uniku. Nie w atmosferze dramatycznego widowiska, ale wydarzeń niezmiennie nieuniknionych, odsłaniających każdemu z osobna jego własną kolej wspólnych rzeczy – czy tego chcemy, czy nie. Na niektóre przyjdzie nam jeszcze poczekać, niektóre znamy z autopsji, przy innych asystowaliśmy, a o każdej na pewno dane nam było usłyszeć, przeczytać i jakoś się względem nich ustosunkować, często z przekonaniem, że nic tak wyrobioną postawą nie zachwieje.

Zatem – jaki materiał poglądowy zapewnia życiorys naszego przewodnika po fabule Codziennej walki, jednego z komiksowych porte-parole Larceneta? Marco, fotograf dokumentalista, jest zmęczony obrazami bestialstwa, które stały się nieodłączną częścią jego pracy, oraz nieskutecznością długoletniej terapii podjętej dla wyjaśnienia powodów nagłych napadów paniki. Prowadzi samotniczy żywot na wsi, czasem odwiedza brata („Tłuste blanty!”), czasem rodziców („A jak praca? Dobrze?”), aż pewnego dnia za sprawą ran odniesionych przez swojego kota Adolfa spotyka panią weterynarz Émilie. I zaczyna się definiowanie „wspólnego życia” pośród obserwacji, jakich Marcowi dostarczają związek brata, małżeństwo starzejących się rodziców, sąsiedztwo sympatycznego staruszka, perspektywy zawodowe i nastroje społeczne we Francji na przestrzeni lat 2002-2008.

U mamy bez taty.
U mamy bez taty.

Tyle systematyka. Można ją jeszcze bez trudu uściślić o sprawy dość przewidywalne w swoim obyczajowym charakterze – różnice pokoleniowe, stabilność życiowa, wolność osobista i artystyczna, weryfikacja historii państwowej, zasymilowana społeczność imigracyjna, rozgoryczona starość, wystraszona odpowiedzialnością już-nie-pierwsza-młodość-ale-czy-to-znaczy-dojrzałość, tylko po co mnożyć suche formułki i ogólniki? Cała przezwyciężająca siła Codziennej walki bierze się z akceptacji wędrującej natury wątpliwości – nachodzą nas, doganiają, wyprzedzają, najczęściej w asyście bliskich nam osób. I wykazują krótkotrwałość czy szkodliwość gwałtownych rozstrzygnięć. I uczulają na uwarunkowania innej perspektywy. I budują wartość bliskości, miłości, zaufania. Jest tu całe niepojęte ryzyko i piękno życia.

Larcenet uchwycił je wszechstronnie, w detalach i szerokim planie. Od relacji z chimerycznym kotem po przekopywanie pamiątek po ojcu w nadziei na dookreślenie osobowości człowieka, który i bliski, i daleki. Od braterskiej posiadówy przy PlayStation i skrętach do rozmów z pracownikami warsztatu nr 22 w zagrożonej likwidacją stoczni, gdzie przez kilkadziesiąt lat pracował ojciec Marca. Od poczucia mierności i bezużyteczności własnej pracy do wytycznych popytu i „prawdy wyrazu artystycznego”. Od wzbraniania się przed rodzicielstwem do ponownego odkrywania świata z dzieckiem. Od-do, od-do i cały bezmiar pomiędzy. Najkrócej – od życia do śmierci, za każdym razem inaczej.

Okiem syna czy fotografa?
Okiem syna czy fotografa?

Jak mu się to udało bez popadania w banał? Że zdania takie jak „Zrobiłeś, co mogłeś, więc zrobiłeś, co powinieneś” brzmią szczerze, czule, bezpośrednio? Pewno po trosze przez zniesienie rygorystycznej chronologii narracji, w miejsce której dostajemy często skróty, wskazówki w wypowiedziach postaci czy w samym obrazie. To jest płynące życie, w którym nie wszystkim istotnym wydarzeniom zdążymy nadać odpowiednio rozbudowaną oprawę i świadomą rangę przełomu, co nie odbiera im trwałego znaczenia, często ujawniającego się po latach niepamięci. Nie doświadczycie w Codziennej walce wrażenia kurczowego „ciągnięcia wątku”, ostentacyjnego eksponowania i rozwiązywania problemu. To się dzieje, przerywa, czeka, wraca, zmienia, trwa. Po trosze szczerość wzmagają łamiące ten sytuacyjny rytm skondensowane refleksje, wyodrębnione wyznania mieszczące się na jednej planszy, zawsze w formie ośmiu regularnych kadrów z szaro-czarnymi rysunkami przedstawiającymi wyimki krajobrazów, twarze, przedmioty, w zależności od tematu rozważań. Głównie zaś banałowi zapobiega powściągliwość oceny, poszanowanie tajemnicy, jaką tworzy i współtworzy sobą świadomie i nieświadomie człowiek.

Jej częściami są smutek, obawy, wyrzuty, poczucie winy i niesprawiedliwości, których przykłady w Codziennej walce łączą się w pytaniu o sens życia na TAKIM świecie, o sens TAKIEGO życia. Coś, co napełnia nas szczególnym lękiem o dzieci i budzi dziecko w dorosłym, wstrząsa poziomami samodzielności, decyzyjności i odpowiedzialności. Cholera, to jest chyba właśnie to, co próbuję uchwycić jako kluczowe w moim odbiorze komiksu Larceneta – że oddaje, jak to jest czuć lub stracić ów przysłowiowy grunt pod nogami. Dygoczący, zapadający się, grząski, sypki i nareszcie na tyle twardy, by dał oparcie, a przy tym wciąż można się było o niego potłuc. I odczuć różnicę między siniakiem a złamaniem otwartym.

Karetka! Albo przynajmniej bernardyn!
Karetka! Albo przynajmniej bernardyn!

Album obejmuje cztery części powstałe na przestrzeni pięciu lat. Jego fabularna rozpiętość czasowa jest znacznie większa, ale przy tej okazji uwidaczniają się zmiany w rysunku Larceneta, w czym widzę podkreślenie nierygorystycznego charakteru opowieści, niepostrzeżenie dokonujących się zmian, aktualnego wyrazu. Wyjściowy kreskówkowy minimalizm delikatnie się wyostrza. Larcenet jest zżyty ze swoją pracą, a ona z jego życiem.

Zacząłem od stwierdzenia, że ten autor nie potrzebuje promocji i to też powtórzę na koniec. Nie chciałbym przy tym, aby wiązało się to z bałwochwalczo zubażającym podejściem do jego komiksów. Larcenet świadomie pisze niezmiennie jedną historię, o wyzwaniu, jakim jest życie. Kształt Codziennej walki scharakteryzował sam jako pozbawiony „mrocznej strony”, która zdefiniowała późniejszy Blast. I nie oznacza to, że tym sposobem zawiązał łatwy sojusz.

Wydawnictwu Mandioca serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Codzienna walka
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz i rysunki: Manu Larcenet
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Typ: komiks
Gatunek: obyczajowy
Data premiery: 31.03.2026
Liczba stron: 248
ISBN: 9788368423020

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
spot_img
Nowe polskie wydanie Codziennej walki Manu Larceneta ukazuje się w czasie, gdy jej autorowi niepotrzebna już żadna promocja. Blast, Raport Brodecka, Terapia grupowa, Droga – każdy z tych tytułów również w naszym kraju okazał się wydarzeniem czytelniczym, a pewno i spora część rodzimych komiksofili...Rundy niezakontraktowane. Recenzja komiksu Codzienna walka