Uniwersalne i unikalne uniwersum. Recenzja komiksu Drom

Aleją gwiazd, aleją gwiazd biegniemy...
Aleją gwiazd, aleją gwiazd biegniemy…

Gdybym dostał szansę na zasilenie listy lektur szkolnych tytułem ilustrującym nieśmiertelność języka symboli i struktur mitów na marginesie mitów greckich i Starego Testamentu, byłby to bezsprzecznie Drom Jessego Lonergana. Ten komiks skupia w sobie bez zadęcia, z fantastyczną, porywającą łatwością wszystko, co potrzebne, by ożywić Opowieść. Właśnie „Opowieść” – niby dawną, nawet pradawną, a znaną. Pierwotnie genezyjską, potwierdzającą nieprzewidywalność życia, trud wyzwań, gwałtowność i intymność emocji czy wreszcie kosmiczną skalę naszego pojedynczego istnienia. I cała ta Opowieść odbywa się niemal bez słów, w unikalnym, żywiołowym i zdyscyplinowanym jednocześnie języku obrazu. To dzięki niemu Drom olśniewa zespoleniem prostoty i oryginalności.

Co tu jest proste, zasadnicze, znajome? Ano kosmogoniczny schemat, gdzie życie wyjściowo jest efektem woli, gestu, kaprysu, eksperymentu czy jak tam zechcecie określić aktywność Wyższej Siły Kreacyjnej. Tutaj występuje ona w postaci duetu – czarno odzianego mężczyzny w rozłożyście rogatym hełmie oraz kobiety w bieli, której głowę zdobi z kolei idealnie wyprofilowany irokez, co mnie automatycznie skojarzyło się z czubem greckiego hełmu i wizerunkiem bogini Ateny. Działania męskiego bóstwa owocują tym, że pośród kosmicznego bezmiaru na powierzchni jakiejś planety pojawia się człowiek, a jego pierwszym odruchem jest przemoc i żądza podboju. Przeciwdziałania żeńskiego bóstwa sprowadzają na tęże planetę olbrzymkę, która przejmuje przywództwo i cywilizuje społeczność. Niestety, jak na postać o tytanicznym rodowodzie przystało, czuje się samotna pośród podwładnych. W odpowiedzi na tę tęsknotę Biała Stwórczyni zsyła olbrzymce partnera odpowiednich gabarytów, którego dziką naturę należy jednak okiełznać. Tak dobrana królewska para będzie musiała stawiać czoła kolejnym wyzwaniom prowokowanym przez nieprzychylnego rozwojowi wydarzeń Czarnego Stwórcę. Ten zaś zyskuje wdzięcznego sojusznika w osobie zdetronizowanego przez olbrzymkę władcy. Tymczasem gdzieś z dala od tych epickich dziejów do swojej roli dojrzewa jeszcze ktoś – ofiara pierwszej popełnionej na planecie zbrodni…

Człowiek - klejnot stworzenia?
Człowiek – klejnot stworzenia?

Wszystkie te i inne obecne w Dromie elementy można z powodzeniem interpretować przy pomocy narzędzi religioznawczych, antropologicznych, filozoficznych, słowem – dłubiących w zbiorowych kulturotwórczych złożach. Mnóstwo motywów prezentuje się jak na tacy, łącząc się zaraz z kolejnymi, dopełniając, wypiętrzając, ale nie celem słownikowej kumulacji znaczeń. Można sobie z powodzeniem odhaczać kolejne rozpoznane cząstki mitów, systematyzować fabułę w układzie poetyki żywiołów, przygrzmocić pieczęcią manicheizmu, poskubać Freudowski zarost; można, czemu nie? Modły, ofiary, przysięgi, narodziny z wody, ziemi, ognia, pycha, honor, śmierć, wyzwania rzucone bogom i przez bogów, tajemnica cyklu i odrodzenia… Ale przede wszystkim Drom pozostaje cudownie intuicyjnie czytelny i tyle. Aż tyle.

A co tu jest oryginalne, zaskakujące, świeże? Ano energia kreacji, która całą archetypową treść przyoblekła w pulpową i naraz wyrafinowaną formę. Poczułem w tym ducha animacji Heavy Metal – te kolory, kreska, radosna mieszanka sci-fi i fantasy w wyglądzie i ubiorach postaci, tło kosmicznej przestrzeni – przy czym Lonergan nie został przezeń opętany. Podobnie wypadają w Dromie wszelkie inne tropy graficzne (jak choćby zwierzęce monstra, kolosalny żywiołak czy postać obwieszonego mieczami superżołnierza w trykocie) – to uprawomocniony język popkultury, który, aby nie brzmiał nudno, banalnie czy bełkotliwie, potrzebuje siły sugestywności, czegoś, co porwie, zachwyci, wzruszy. Lonergan to ma.

Ręka, noga, mózg na ścianie!
Ręka, noga, mózg na ścianie!

Ogrom impetu, „energii kreacji” Dromu zawiera się w kadrowaniu pieczołowicie kształtującym dynamikę i nastrój scen. Jego podstawy tworzy widoczny już na okładce układ siatki o rozmiarach 5 na 7 kwadratowych klatek. Tak, ta komórkowa geometria narracji wiele zawdzięcza warsztatowi Chrisa Ware’a, ale w połączeniu z pulpową w rodowodzie kreską Lonergana tworzy nową jakość. Nie chodzi tylko o kawałkowanie obrazu, efekt mozaiki, kalejdoskopu, labiryntu, wymowną grę skali, symetrii i głębi. Lonergan za pomocą białych linii rozgraniczających i przecinających kadry nakreślił zróżnicowane diagramy ruchu, zaklął go w alchemiczne sigile. Jedne oddają kotłowaninę i napięcie w bitwach i pojedynkach. Kolejne – przekształcenia emocji. Inne zaś stają się wektorową mapą aktu tworzenia i niszczenia. Fascynują układy, w jakich nagle przemawiają względem siebie wyjściowo proste formy kwadratu i koła, ich przekątne, sieczne, cięciwy czy nagłe uelastycznienia linii – jest w tym coś bezsprzecznie magicznego, w sposób pożądany i odpowiedni dla podjętego tematu.

Dla mnie ta biała siatka odpowiada temu, co niewysławialne, czego rozmiary ma przybliżyć wszelka kosmogonia. Geometria zbudzonego potencjału wszechświata, czasoprzestrzeni, atomu zakreślona palcem bożym. Drom od początku ilustruje to dosłownie i wielokrotnie, każdorazowo w niesztampowym wizualnym rozwinięciu. Sceny powoływania do życia kolejnych stworzeń, rodzących się konfliktów, finalnej zaświatowej/metafizycznej wędrówki to udane próby bezsłownego „zwymiarowania” chaosu i ładu. Udane, bo pozostawiające wrażenie części nieogarnionego ciągu, zbioru, równania, jakiejś niewyczerpanej w działaniach formuły. Jej wyjściowe elementy (na gruncie anglojęzycznym dwuznaczność słowa „element” wybrzmiewa automatycznie) Lonergan zestawia w umieszczonym na początku komiksu spisie treści, który przybiera formę tabelki. To perfekcyjna synteza treści Dromu, uwzględniająca pomysłowo w układzie „sił twórczych” kolorystyczną rolę palety CMYKu. I równie przewrotna, gdy chodzi o sposób, w jaki to minimalistyczne zestawienie potężnieje potem na planszach.

I jak, jednooki? Czujesz się dotknięty?
I jak, jednooki? Czujesz się dotknięty?

Jeszcze słowo o samym tytule. Lonergan, świadomie przywołując grecką cząstkę słowotwórczą (właśnie cząstkę, a nie pełne pojęcie) związaną z pojęciem wytyczonej trasy, toru, biegu, a w szerszym kontekście przestrzeni współzawodnictwa, rywalizacji, zmagań, intuicyjnie wykorzystał jej energię brzmieniową. Poszerzył tym samym gamę egzystencjalnie drążących pogłosów, którą zapoczątkował mi Blast. I nieuniknionym uczynił skojarzenie z mantrą przywołującą wibrację dźwięku powstania wszechświata. Oraz kolejne, czysto znaczeniowe – z kluczowym dla kultury romskiej symbolem drogi. Tak, może być, że to już wyłącznie moje panoptyczne zapędy, ale całą lekturę Dromu oplotła mi podobna sieć. Czuję się pochwycony i zachwycony.

Nie widzę żadnej przesady w uznaniu, jakie spłynęło na Lonergana po publikacji Dromu. Wspaniale byłoby dostać do ręki któryś z jego wcześniejszych tytułów, choćby otwierającą tę tak pojemną metodę kadrowania Hedrę, traktującą bezsłownie o postnuklearnej eksploracji kosmosu. Za to w zasięgu wciąż pozostaje Drom – pełne bezimiennego majestatu, bitewnej widowiskowości i archetypowej siły oszałamiające dzieło sztuki komiksowej.

Koleżko - no nie ma bata!
Koleżko – no nie ma bata!

Wydawnictwu Kultura Gniewu serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł:
Drom
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Scenariusz i rysunki: Jesse Lonergan
Tłumaczenie: Marceli Szpak
Typ: komiks
Gatunek:
fantasy
Data premiery:
10.04.2026
Liczba stron: 320
ISBN: 9788368331646

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News. 

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Trudy Callahan
Trudy Callahan
1 dzień temu

Fantastyczna recenzja, uwielbiam wasz blog za tak głębokie, inteligentne i niezwykle ciekawe analizy nowości komiksowych! Opis Drom niesamowicie zachęca do lektury. Po czytaniu tak wciągających tekstów i rozważaniach o sztuce, idealnym sposobem na domowy relaks jest sprawdzone Ice kasyno https://icekasyno.pl/, które zapewnia super zabawę i doskonałą rozrywkę. Gorąco polecam wszystkim!

Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
spot_img
Gdybym dostał szansę na zasilenie listy lektur szkolnych tytułem ilustrującym nieśmiertelność języka symboli i struktur mitów na marginesie mitów greckich i Starego Testamentu, byłby to bezsprzecznie Drom Jessego Lonergana. Ten komiks skupia w sobie bez zadęcia, z fantastyczną, porywającą łatwością wszystko, co potrzebne, by...Uniwersalne i unikalne uniwersum. Recenzja komiksu Drom