
Riddley Walker jest żelaznym dowodem na to, jak pewne książki wymykają się definicji, pomimo łatwości, z jaką wpasowują się w jej kryteria. Oto powieść o tematyce postapokaliptycznej, więc zgodnie z prawidłami gatunku przedstawia wizję odpowiednio uwstecznionego cywilizacyjnie społeczeństwa, które instynktownie lgnie do zdewastowanej, rozszczątkowanej przeszłości, jej cudów i tajemnic. Wykształciło swoje tradycje i zabobony, ryzykownie niespokojne i niewzruszenie twardogłowe charaktery, sferę sacrum i profanum. Jednak powieść Russella Hobana mieści w sobie o wiele więcej niż tylko oryginalne opracowanie tych składowych. To ciemny labirynt myśli, pełen zatartych znaczeń, łudzący mocą omenów natłok zagadek. Tak, personalia tytułowego bohatera wprost sugerują ten trop, ale nie wiedzie on w kierunku triumfu błyskotliwego umysłu. Chyba że w kryterium pyrrusowego zwycięstwa.
Riddley żyje na terenie Małej Ingli pośród udogodnień właściwych raczkującej epoce żelaza w zbieraczo-myśliwsko zorganizowanej wspólnocie, niechętnej nadciągającym trendom osadnictwa. Parę dni po ukończeniu dwunastu lat widzi śmierć swojego ojca (matka zmarła dużo wcześniej) i przejmuje po nim funkcję Rep Rezentera, osoby odpowiedzialnej za wygłoszenie Nowiny, czyli objaśnienie treści Pokazu, jaki w formie spektaklu kukiełkowego urządzają wysłannicy Ministratu, Goodparley&Orfing. Splot wydarzeń o mocno wróżbiarskim i nagłym charakterze powoduje, że chłopak ucieka ze swojej osady. Na starcie zyskuje niespodziewaną asystę sfory dzikich psów, zasadniczo wrogich ludziom, zaś cel jego wędrówce nadaje spotkanie z rówieśnikiem, mutantem Sucholem reprezentującym Lud Jusy. Suchol sam siebie tytułuje Arsy Bieskupem i ujawnia przed naszym bohaterem nieznane treści dotyczące życiorysu Jusy, który w kanonicznej postaci jest znany wszystkim i tworzy fabularne ramy każdego z Pokazuf. Riddley rusza z Sucholem do Kunter Bury, gdzie z udziałem Ludu Jusy ma dokonać się kolejna próba zespolenia Wiedzy umożliwiającej odtworzenie Wielgiego BUM i nadejście Wielgich Psze Mian. Oczywiście całe ich „drogowanie” nie obędzie się bez przeszkód.
Głównego bohatera da się, podobnie jak samą powieść, bez problemów zdefiniować za pomocą sprawdzonych zwrotów – bohater dziecięcy, schematy inicjacyjne, gromadzenie wiedzy, nabieranie świadomości, samodzielność wyborów i decyzji. I podobnie w tym przypadku możemy machnąć ręką na wszelkie formułki wobec żywotnego natężenia niewiadomych sił, jakie wyraża się w opowieści Riddleya. Bo jest on nie tylko jej świadomym narratorem, ale i komentatorem pustoszącego ludzkie bytowanie myślenia „o tymczymś, co wnas tkfi, zażucone i cudzojedne i samo”. Taka jest, było nie było, filozoficzna motywacja bohatera do spisania swojej historii – doznanie wewnętrznej obcości, dezintegracji, mroku.

Opowieść jako przekaz, źródło wiedzy i wylęgarnia symboli, próba wprowadzenia porządku i poskromienia niepokoju, sposób objaśniania świata i siebie, obejmuje w Riddleyu całą rozległą tradycję, w szczególności ustną. Wróżby, rymowanki, podania, zaklęcia, pieśni, dziedziczone i strzeżone sekrety – nierozdzielność ceremonii i rozrywki, powtarzalnej formy i spontanicznej ekspresji. I magiczny, stwarzający, poznawczy wymiar „aktu nazwania”. Wyobraźnia Hobana i tutaj odarła wszystko z definicji na rzecz wysiłku, jaki jest konieczny, by nie dać się przytłoczyć perspektywie zniekształcenia treści.
Jej pierwszy poziom dotyczy języka, którego przygodne próbki już znalazły się powyżej. Wydawnictwo ArtRage na swojej stronie udostępnia większą partię tekstu, polecam skorzystanie z niej, bo może to szybko rozstrzygnąć kwestię waszej gotowości na opowieść Riddleya. Całym sobą przytakuję wyrażonej w posłowiu opinii tłumacza, Piotra Siemiona, że sposób narracji jest tutaj absolutnie i unikalnie zintegrowany z treścią powieści. I przekład wychodzi temu zwycięsko naprzeciw. Artykulacyjne zlepki sąsiadujących sylab i słów, ortografia uproszczona przez fonetykę, pokawałkowane wyrazy objawiające nowe znaczenia, rdzenie, skojarzenia – piaszczysty lej postapokaliptycznego języka, w który osunęła się niegdysiejsza (nasza) terminologia naukowa i sakralna.
Drugi poziom dotyczy samego Riddleya, jego rosnącej świadomości wielu punktów widzenia, przywileju i ryzyka osobistej interpretacji. Wszelkie jego rozmowy, kolejne stadia Pszekazu – z gaduchom wrużbiarkom Lorną, Sucholem, Goodparleyem, Orfingiem, Starcem wenglażem – potęgują w nim poczucie, że oto coś się w tym wszystkim kryje, ale to coś zamiast udzielić odpowiedzi, gdzie i czym jest, co najwyżej mnoży podpowiedzi.
Hoban wiedział, że czytelnik będzie wiedział to, czego nie wie Riddley, chłopak drepczący szlakiem Martfych Miast, których ruiny leżą wokół współdzielącego ich los Kunter Bury przeszło dwa tysiące lat po 1980 roku, kiedy to ukazała się omawiana powieść. Że tu się łączy nuklearna zagłada z chrześcijańską religią i wcześniejszymi wierzeniami, że to współtworzy kontynuowany przez epoki dialog o odpowiedzialności za swoje czyny, o winie i odkupieniu, że to odradzające się ludzkie ambicje, przekonanie o własnej wyższości, tęsknota za „rajem utraconym”, który powieściowi bohaterowie lokują w osiągnięciach naszej epoki bez poczucia możliwych zagrożeń, bez wychwytywania sygnałów ostrzegawczych. Dlatego proces odszyfrowywania przez Ridleya zniekształconej przeszłości jest tak przygnębiający w odbiorze.

Materiał użyty do „zniekształceń” sam odsłania mechanizm przetwarzania, rozbudowywania, interpretowania zastanej treści. Jego najważniejsze części to legenda o św. Eustachym i tradycja kukiełkowego teatrzyku z ikoniczną postacią Puncha. Kanoniczna surowość hagiografii i dosadny, plebejski humor z elementami improwizacji, czyli przeciwległe bieguny „filozofii życiowej”. Wystarczy, by utonąć w odniesieniach antropologicznych czy religioznawczych, a manewry Hobana tworzą tutaj zupełnie nowe krzyżówki znaczeń. Samo motto wymownie odsyła do apokryfu, tekstu „odsuniętego” od oficjalnej roli. Równolegle pojawiają się opowieści/przypowieści/baśnie/gawędy z samego świata Riddleya, wprowadzające też oryginalne określenia odwiecznych pojęć (zgadujcie, któż zacz „Cioteczka” czy „WPan Cfany”). Bez względu na charakter, wszystkie umacniają wrażenie ciemnego fatum, złączonego z człowiekiem jak cień. Temu porównaniu treść Riddleya Walkera przydaje kolejny sens, ale metaforyczną siłę paradoksalnego „białego cienia” niech wam już odsłoni sama lektura.
Powieść Hobana jest pełna rozszczepionych związków obrazów, symboli i słów, które wywołują wewnętrzne drżenie. Można się poczuć jak licznik Geigera, tylko nastrojony na promieniowanie archetypu w cokolwiek skażonej postaci. Najzwięźlej ta jakość wyraża się we wspomnianym języku, gdy padają słowa takie jak „za pogromować” w rozumieniu działania według planu, a wyjściowo „programowania”, czy „Adom”, w którym łączą się „Adam” i „atom”. Imię to odnosi się do „Jaśniejoncego Ludzika” będącego częścią „Historyji Jusy”, a cała związana z nim metafora rozdarcia, scalenia, cyklu przemian to melanż fizyki i metafizyki, bliski idei alchemicznego człowieka.
Alchemicznych tropów jest w Riddleyu więcej, przy czym powiązanie ich z efektami pracy zawodów pozostających na uboczu społeczeństwa (wenglaże i farbiarze, czytaj – brutismrut) jest jednym z genialnych zderzeń motywów. Tak i samo słowo „transmutacja”, chociaż nie pada bezpośrednio, wybrzmiewa mocno w treści książki, również w rozbitej na „trans” i „mutację” postaci. Dołóżcie do tego wątek ślepoty/oślepienia, rolę relacji człowieka z psem (w dzikim wydaniu, choć jest i przypis do historii psiogłowców), zwiastunowe znaczenie „pik seli i blipów”, mediumiczne/medialne zastosowanie „gadających głów” (również ściętych) reprezentowanych przez pacynki, motyw życia jako sceny i snu (niekoniecznie swojego), gęstonocny folklor, będący częścią rozległej metafory mroku bytu, no i ów słownikowy poligon, na którym można zostać znienacka porażonym przez wybuch typu „fszyku praw widłowym”, a zyskacie pobieżne wyobrażenie o rejestrze wspomnianego drżenia i promieniowania.

Mnie to dosięgło, przeniknęło, reaguje w mózgu na całego. Nie osądzajcie jednak pochopnie, że Riddley Walker to eksperyment dla snobów i szajbusów. Hoban postawił jasny warunek językowy, ale nie wyeliminował nim przyjemności odkrywczego czytania. Więcej o autorskiej strategii i decyzjach dotyczących przekładu mówią dołączone do polskiego wydania teksty samego pisarza oraz tłumacza. Co do innych rozwiązań formalnych, to charakterystyczna jest przewaga dialogów, z których wiele przeradza się w dyskusję nad problemem, wymianę pytań i odpowiedzi między dwoma osobami. Riddley sam najlepiej ujmuje swoją pozycję, mówiąc „Nato wy chodzi, że każdy tutaj ma sfojom ot powieć, a jajeden mam nictyko pytania”. Tak, może się to, a może i wręcz powinno, kojarzyć ze starożytną szkołą filozofii, tylko w świadomie toporniejszej pojęciowo (przez co jakże odświeżającej!) no i pesymistycznie zmąconej oprawie. Riddley zyskuje tym sposobem rozległe pole do wewnętrznych dywagacji i przekonująco z niego korzysta.
Tak pojętej wędrówce wewnętrznej poświęcono więcej miejsca niż samej akcji i opisom świata. Za to gdy już się pojawiają, to dokładnie oddają topografię przestrzeni, właściwości materii, prymitywizm cywilizacyjny i życiową nędzę. W zmysłowym oddziaływaniu atawistyczna przewaga słuchu i węchu, doznanie ciszy i fetoru jako niepokojących śladów, bez wysiłku przenoszące się na poziom pytań o to „Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?”. I rzadkie, więc tym cenniejsze zdania takie jak „Duł on [wiatr] tak tengo, że dałobysie u sionść nanim”. To się czuje.
Mój egzemplarz (dziękuję wydawnictwu ArtRage!) zyskał sporo poczynionych ołówkiem podkreśleń, notatek, znaczków. Tak, jestem z tych, co to żywią nadzieję, że tym sposobem zwiększą swoje szanse na zespolenie przekazu (Pszekazu) ze swoimi wrażeniami, ze swoim „drogowaniem”, nie tylko czytelniczym. Niezależnie od osobistych intencji, przynajmniej ułatwiło mi to odnalezienie fragmentu, którym na koniec spróbuję przybliżyć wam (za)wartość tej powieści. Bo Riddley Walker to kosmicznie/kosmogonicznie wypiętrzone „blipnościom” dzieło, postnuklearny traktat egzystencjalny, podróż przez bezkres nocy, „pszes mokry mrok”, dokument starcia sił, które Ridley ujmuje tak oto: „Ale potym widowiszczu miałem ja w rażenie, że ich znałem odzafsze, wiedziałem onich ja odzafsze. Czułem, że wiem onich wiencej, nisz sam wiedziałem, że wiem”.
Wydawnictwu ArtRage serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji. I za samo wprowadzenie tytułu na polski rynek czytelniczy.
SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Riddley Walker
Wydawnictwo: ArtRage
Autor: Russell Hoban
Tłumaczenie: Piotr Siemion
Typ: powieść
Gatunek: postapo/egzystencjalna
Data premiery: 16.03.2026
Liczba stron: 328
ISBN: 9788368295719













