SIEĆ NERDHEIM:

W bezkresie po sens. Recenzja komiksu Frontier

W rzeczywistości okładka wygląda dużo lepiej.
W rzeczywistości okładka wygląda dużo lepiej.

Chciałoby się trochę bardziej ponarzekać, ale ostatnio trafiam w wyborach recenzenckich głównie na petardy (z naciskiem na „głównie”). W przypadku Frontier na pierwszy rzut oka wiedziałem, że Guillaume Singelin nie da mi powodu do zrzędzenia w zakresie oprawy graficznej. Szczena opadła mi od razu po otworzeniu komiksu na losowej stronie, a podczas lektury jedynie wbijała się głębiej w posadzkę. Na szczęście zdołałem zachować jakieś śladowe ilości sceptycyzmu względem fabuły. Wiadomo, posiadanie zarówno perfekcyjnych umiejętności artystycznych i porządnego skilla w klejeniu scenariuszy można uznać za lekką przesadę: potwarz wymierzoną w ludzi, którzy – mając dwie lewe ręce – muszą w zakresie swoich popkulturowych działań zwrócić się w stronę recenzji. Singelin postanowił mnie jednak najwyraźniej całkowicie poniżyć.

Drugi już tytuł jego autorstwa (po dosyć udanym PTSD) wydany na naszym podwórku traktuje, ponownie, o tematach poważnych. Frontier to historia rozbitków, dosłownie i w przenośni. W opanowanym przez potężne korporacje kosmosie śledzimy losy trójki pariasów, ludzi z różnych powodów zmuszonych do zrezygnowania z brodzenia w nurcie egzystencjalnego konformizmu. Ji-soo, której konglomerat wydobywczy zajumał w białych rękawiczkach naukowy projekt życia, górnik Alex – urodzony w kosmosie i trwający w przypominającym syndrom sztokholsmki stosunku ze swoją pracą – oraz Camina, czyli skrajnie skuteczna zabijaka do wynajęcia zmotywowana do refleksji nad swoim życiem przez utratę ręki. To oni zabiorą nas na same granice wszechświata w poszukiwaniu zagubionego między gwiazdami sensu istnienia.

Coś mi tu trąca Death Stranding.
Coś mi tu trąca Death Stranding.

Strasznie doniosły mi ten opis wyszedł, ale to w tym przypadku jak najbardziej uzasadnione. Pomimo stylistyki, o której więcej nieco później, Frontier jest dziełem bardzo dojrzałym. Nie tylko dlatego, że mądrze prawi o mądrych rzeczach, lecz również ze względu na powściągliwy patetyzm. Singelin nie przywdziewa w swoich ambicjach butów o kilka rozmiarów zbyt dużych i celnie mierzy jednocześnie w poważny przekaz jak i w dostarczenie czytelnikowi doświadczenia przyjemnego, rozgrzewającego serce. W pewnym momencie byłem nawet skłonny uznać narrację za przewidywalną, ale komiks nie powiedział jeszcze wtedy ostatniego zdania i zdołał na przestrzeni następnych kilku stron zmienić moje zdanie.

Uśmiech od korporacji to zwiastun problemów.
Uśmiech od korporacji to zwiastun problemów.

Pora na konkrety, co jest w tym Frontier takiego fajnego? Po pierwsze: worldbuilding, bo Singelin działa w zakresie na tyle dobrze znanych schematów science-fiction i trafnie decyduje, o czym powinien nam bez przesadnej ekspozycji opowiedzieć, a co zrozumiemy sami. Po drugie: konstrukcja scenariusza, ten składa się bowiem z wyraźnych klamr, które bez wyjątku domykają się w toku opowieści. Po trzecie, chyba dla mnie najważniejsze: „relatability”, czyli słówko pozbawione bezpośredniego tłumaczenia na nasz język, nad czym jako anglista ronię łzy. Chodzi tu po prostu o to, że świat przedstawiony w ramach tej zamkniętej historii i jej protagoniści są doskonałym odwzorowaniem problemów dotykających większość z nas już w dzisiejszych czasach oraz reprezentacją wielu futurystycznych lęków. Poszukiwanie własnego miejsca pod butem wszechmocnych konglomeratów, walka ze złudzeniami na temat własnej natury, nawet odnalezienie tej tytułowej „granicy” między swoją tożsamością i tym, jak określa nas wykonywana przez lata praca. Przy okazji znalazło się też sporo miejsca na banalne (ale trafne) wnioski na temat badawczej moralności czy ekologii oraz na bardzo potrzebne w tym gatunku zauważenie potencjalnych trudności związanych z życiem w bezkresnej, pozbawionej grawitacji pustce kosmosu. Fakt, bywa naiwnie, ale to samoświadoma fikcja, której celem jest poruszyć czytelnika i to wychodzi jej doskonale. Jest nawet urocza małpka o imieniu Goku i choć teoretycznie inspiracją były tutaj oryginalne legendy o Sun Wukongu, to popkulturowych odniesień znajdziecie znacznie więcej.

Teraz się dopiero zastanowiłem: Gdzie on tym samochodem jedzie na praktycznie pustej planecie?
Teraz się dopiero zastanowiłem: Gdzie on tym samochodem jedzie na praktycznie pustej planecie?

Singelin zbiera te drobne ukłony w stronę innych dzieł głównie za pomocą języka, który opanował do perfekcji, czyli w rysunkach. Zanim zacznę ślinić się z zachwytu, muszę wspomnieć, że prawdopodobnie znajdą się pośród was malkontenci sceptycznie nastawieni do wybranej przez autora stylistyki. Wasza strata, nie lubię was, nie zapraszam na piwo. Frontier niezaprzeczalnie może być jednak z początku doświadczeniem wizualnie kuriozalnym, bo w gąszczu zawile nadłubanych, szczegółowych i realistycznych scenerii obcujemy z postaciami przedstawionymi podobnie do mangowego chibi, czy jak to dziady przed laty nazywały: „super deformed”. Duże głowy, małe ciałka, urocze mordki, czyli wszyscy wyglądają tu jak dzieciaki. Może to zasługa lat spędzonych w popkulturowej zupie, ale absolutnie nie odebrało to w moich oczach temu komiksowi powagi. Do takiej konwencji idzie się całkiem sprawnie przyzwyczaić, a wtedy pozostaje już tylko zachwycanie się kapitalnymi projektami postaci, malowniczymi krajobrazami obcych planet i różnorodnością futurystycznej inżynierii przedstawionej ze skrajnym pietyzmem. Z marszu przypomniało mi się przepięknie narysowane Shangri-La Mathieu Bableta, również pod względem bardzo dobrze dobranej, stonowanej palety barw. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Singelin w swoich kadrach lubi bawić się z czytelnikiem w coś w stylu Gdzie jest Wally?, a pozorny chaos buduje na geometrycznie składnych rusztowaniach. Wydanie tego w dużym formacie na matowym papierze to doskonała decyzja, dłubanie w detalach Frontier to czysta przyjemność.

Mam w każdym miesiącu jeden komiks, względem którego nie mam żadnych oczekiwań. Trafiają się zwykle tytuły choćby pobieżnie mi znane, w mojej społecznościowej bańce trudno czasem uniknąć skrawków opinii. Frontier było jednak tym czarnym koniem, PTSD nie czytałem, Guillaume Singelin był dla mnie autorem zupełnie nieznanym. Mimo to bez żadnych trudności udało mi się wsiąknąć w przedstawiony przez niego świat, bo kosmiczne realia i karykaturalna estetyka chibi posłużyły za środki do zbudowania zwierciadła bardzo aktualnych dla mnie zmartwień. Chyba nie pomylę się zbytnio twierdząc, że to właśnie w tym tkwi siła dobrego science-fiction. Ktoś o kamiennym sercu mógłby uznać zawiązanie niektórych wątków w tej historii za efekt zbyt fartownych zbiegów okoliczności, ale akceptując prawa rządzące fikcją nie powinniśmy na to narzekać. Chodzi o to, by snuć opowieści warte poznania, a Frontier bez wątpienia mogę uznać za jedną z nich.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Frontier
Wydawnictwo: Nagle! Comics
Scenariusz: Guillaume Singelin
Rysunki: Guillaume Singelin
Tłumaczenie: Elżbieta Janota
Typ: komiks
Gatunek: science-fiction, dramat
Data premiery: 30.04.2024
Liczba stron: 200
ISBN: 9788367725293

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Piszę o głupotach od kiedy tylko nauczyłem się, jak wyglądają literki. Od fanowskiego systemu RPG w czasach podstawówki i opowiadań w ramach lore uniwersum Warcrafta przeszedłem do kulturowej grafomanii. Od lat prowadzę bloga muzycznego Nieregularnie Relacjonowana Temperatura Hałasu, tylko troszkę krócej działam w redakcji Nerdheim. Jako anglista z wykształcenia język traktuję swobodnie, dopóki spełnia swoją funkcję użytkową, co jest zręcznym usprawiedliwieniem mojego nieposzanowania podstawowych zasad. Zawodowo zajmuję się ubezpieczeniami na rynek USA. Prywatnie katuję skrzeczącą muzykę, tony komiksów (Ameryka, Japonia, Europa w tej kolejności), gry video, planszóweczki i składam modele japońskich robotów.
Chciałoby się trochę bardziej ponarzekać, ale ostatnio trafiam w wyborach recenzenckich głównie na petardy (z naciskiem na „głównie”). W przypadku Frontier na pierwszy rzut oka wiedziałem, że Guillaume Singelin nie da mi powodu do zrzędzenia w zakresie oprawy graficznej. Szczena opadła mi od razu...W bezkresie po sens. Recenzja komiksu Frontier
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki