SIEĆ NERDHEIM:

Ściśle odtajnione. Recenzja komiksu Raport Brodecka

Akta przeciwko ludzkości.
Akta przeciwko ludzkości.

Za każdym razem, gdy stykam się z dziełem będącym adaptacją literatury na język innego medium, powraca do mnie pytanie: dlaczego? Dlaczego właśnie ten tytuł zwrócił uwagę tego konkretnego twórcy? Pytanie domaga się odpowiedzi tym mocniej, gdy wiąże się z książką, która szczególnie mnie poruszyła. Poziom ciekawości rośnie, kiedy przekładu podejmuje się twórca wywierający na mnie równie niepospolite wrażenie swoją wrażliwością i stylem. Gdy finalnie okazuje się, że zastosowane środki wynoszą adaptację na poziom wyższy od wymaganego „ocalenia w przekładzie”, bo do kongenialności, wobec takiego obdarowania czuję się niemal zawstydzony swoją wcześniejszą ciekawskością.

W dostępnym na YouTubie wywiadzie Manu Larcenet, zapytany o powód, dla którego zdecydował się przedstawić w komiksowej postaci właśnie Raport Brodecka, odpowiedział, że po ukończeniu autorskiej serii Blast (cztery 200-stronicowe tomy opublikowane w latach 2010-2014) czuł wielką chęć rysowania przy zupełnym wyczerpaniu sił jako scenarzysta. Powieść Philippe’a Claudela (rok oryginalnego wydania 2006, polskiego 2009) przyciągnęła go między innymi scenerią akcji osadzonej w małym miasteczku pośród gór. „Lubię śnieg, wilgoć, deszcz, zdeformowane twarze”, wyznaje artysta we wspomnianej rozmowie. Tamże też określa towarzyszące wyborowi założenia adaptacyjne: wierność tekstowi i unikanie „naddanej złożoności”. Prosto i uczciwie. Ale, jak to bywa, im dalej w las, tym więcej drzew i sam Larcenet przyznaje, że realizacja pomysłu okazała się bardziej skomplikowana. Nie ma w tym nic dziwnego – stanowiący część górskiego krajobrazu las, przez który rysownik prowadzi nas za Claudelem, to prawdziwa głusza. Przestrzeń utkana z neutralnej ciszy. Wplata się w nią nierówno gruba nić przemilczeń. Igłę prowadzą stwardniałe dłonie. Ścieg z uporem śledzi wiele par nieufnych oczu. Tak powstaje tytułowy raport.

Dotyczy on egzekucji wykonanej przez mieszkańców miasteczka na tajemniczym przybyszu nazywanym przez tubylców Andererem. Jego sporządzenie wspólnota zleca Brodeckowi, który sam nie brał udziału w zbrodni. Przymus tego działania oraz samo wydarzenie, jakie ma opisać, prowokują mężczyznę do rozliczenia własnego dotychczasowego życia pośród ludzi, wobec których sam czuje się obcy – nie tylko z powodu wzbudzonego zbiorowym mordem wstrętu. W drugim, potajemnie tworzonym, oddającym prawdziwy stan rzeczy raporcie Brodeck zanurza się w swoją przeszłość, życiorysy prominentnych członków małej społeczności (burmistrz, ksiądz, nauczyciel, karczmarz, zielarka) i znajomość z Andererem. O tej potrzebie pisze „Jeśli ostatecznie moje wyznanie będzie skomplikowane i tajemnicze niczym monstrum, to dlatego, że tak wygląda moje życie”. Ta ponura samoocena jest wolna od przesady.

Uciekinier? Wyrzutek? Ofiara?
Uciekinier? Wyrzutek? Ofiara?

Powieść Claudela, autora, którego twórczość nie odbiła się w Polsce szerokim echem (sam sięgnąłem po nią dopiero w chwili, gdy wydawnictwo Mandioca zapowiedziało publikację komiksu Larceneta), tworzy zbiór ciemnych przypowieści osnutych wokół ludzkiego okrucieństwa, podłości i tchórzostwa. Ze słów Brodecka wyłaniają się sceny emocjonalnego wyjałowienia, ideowej kapitulacji i zaszczucia – sytuacji, gdzie instynkt sczepia się na trwałe z lękiem i jeśli przywołuje pojęcie godności, to głównie w sensie utraty. Figura kozła ofiarnego, mizantropia, narastający bilans krzywd, ludzka małość kryjąca się za fasadą wspólnoty, zdegradowane do bydlęctwa wartości. Wołanie o pamięć i jednoczesna chęć wymazania jej. Nadzieja skażona bezradnością czy wręcz rezygnacją.

Komiksowa adaptacja nie jest aż tak dogłębnie i lawinowo przytłaczająca, co nie znaczy, że kreuje inną atmosferę. Fabuła i chronologia zostały zachowane, podobnie jak najważniejsze konfrontacje między postaciami. Larcenet skrócił obfity, będący głównie monologiem tekst do nagiego rdzenia, a przy tym udało mu się graficznie zaznaczyć dręczącą walkę narratora z pamięcią i słowami. Na niektórych kadrach wokół postaci widać nitkowate, splątane, drobne linie, które można wziąć za część wypełnienia tła. Bardziej jest to jednak nieregularny drobny deseń zawijasów i bazgrołów będących jakby rozpylonym zbiorem alfabetycznych odpadów, obumarłych zalążków języka (lub może przeciwnie – jego ziaren, szukających żyznej gleby), podkreślających swym zagęszczeniem wszystko to, co składa się na ów odczuwalny w spotkaniach, a wymykający się pełniejszemu wysłowieniu przekaz.

Językowe zniekształcenia i dwuznaczności pełnią ważną rolę w narracji powieści. Larcenet w ślad za nią nie pomija kwestii dialektu, jakim posługują się mieszkańcy miasteczka – słowo „ereigniës”, użyte do opisania kluczowego wydarzenia z Andererem, przekłada się jako „rzecz, która się wydarzyła”. Kapitalnie sygnalizuje kondycję żony Brodecka samym splątaniem liter tworzących tekst nuconej przez nią piosenki. Zachowuje też, choć z racji selekcji treści skromniej niż w oryginale, rozbudowany układ wyznań ustnych i pisemnych.

Na skomplikowanej drodze adaptacji francuski rysownik najwięcej zdziałał jednak samodzielnie za pomocą obrazu, przy czym nie osiągnął tego poprzez dosłowne zilustrowanie fragmentów prozy Claudela. Konfrontacja z pierwowzorem uwidacznia subtelne różnice (myślę tutaj jedynie o wykorzystanych partiach tekstu, nie całkiem pominiętych wątkach), dowodzące jedynie dojrzałości koncepcji Larceneta. Żaden z tych zabiegów nie zmienia wymowy oryginału, a pracuje odrębnie na rzecz wizualnego odpowiednika izolacji, zamknięcia, presji, zmowy milczenia i jej moralnych konsekwencji. Zlokalizowanie takich znaczących detali zostawiam komiksiarzom tylko jako zachętę do sięgnięcia po samą powieść, bo i bez ich rozpoznania wizja zaproponowana przez Larceneta graficznie po prostu rozkłada na łopatki spójnością, świadomością poetyki komiksowej narracji i zastosowanym stylem.

Powietrze pełne ptaków i pożogi.
Powietrze pełne ptaków i pożogi.

Dla tych, którzy autora kojarzą z wydaną w Polsce przed pięciu laty Codzienną walką, jej cartoonowymi bulwiaczkami, konturową linią i ciepłą kolorystyką, rzut oka na przykładowe plansze Raportu będzie zaskoczeniem. Rycinowa, zdecydowanie bliższa realizmowi kreska, zapraszająca w swój obręb cień żłobiący rysy i zalewający sylwetki surowym kontrastem czerni i bieli. Pod tym względem Larcenet jest przykładem twórcy, który sam sobie wyznacza poprzeczkę możliwości i szuka odpowiednich środków wyrazu. Wspomniana seria Blast – w samym tylko ujęciu plastycznym – to popis niuansowania odcieni tuszu, wielkokardowych kompozycji, pracy pustą przestrzenią, eksperymentalnych rozwiązań. Rysownik o pracy nad Raportem powiedział, że musiał się niejako uczyć od nowa klasycznego rysunku. W mojej opinii zasłużył na ocenę celującą.

Składa się na nią zresztą całokształt zastosowanych zabiegów. Album ma formę leżącego prostokąta (jak klasyczny album na zdjęcia lub stara kronika, które to skojarzenie wzmagają zdobiący tekturową okładkę mozaikowy deseń oraz kartonowy slipcase), a rytm całej opowieści podporządkowany jest ustalonej w ten właśnie sposób linii horyzontalnej. Kadry są często wydłużone w panoramiczny sposób, a gdy następują w linii, oko nie traci poczucia zwolnionej wędrówki. Wycieńczającej, długiej, pełnej przystanków, porażających perspektywą dystansu, zarówno tego przebytego, jak i tego pozostałego. Jest ciężko, grząsko, w pochyleniu. Ku czemu? Pod czym? Mozół milczenia i wyznania doskwiera zresztą niemal wszystkim pojawiającym się w komiksie postaciom. Zwierzenia mogą jednym przynieść chwilową ulgę, a drugim udzielają trwałego brzemienia.

Larcenet rozrysowuje ten stan z chirurgiczną precyzją. Centralizuje postaci, umieszczając je w przestrzennych bramach, wyznaczonych przez ściany czy pnie. Prowokacyjnie podkreśla swoją (i naszą) „neutralność” obserwatora, czyniąc podstawowym ujęcie profilowe – ma ono miażdżącą wymowę zarówno przy portretach osamotnienia, jak i w scenach dialogowych, gdzie bohaterowie stoją bądź siedzą naprzeciw siebie. Te rozpływające się w pustce i przeszywające innych spojrzenia, bezwłady i napięcia stworzonej przez nie sieci są o tyle mocniej odczuwalne, że ich źródło najczęściej nie jest widoczne. Oczy bowiem skrywają się w cieniu, a gdy już kierują się z kadru wprost w naszą stronę, czujemy się jak powietrze. Lub jak Brodeck. To doznanie jest zniewalające.

Spójrzmy prawdzie w oczy.
Spójrzmy prawdzie w oczy.

Sposobów, dzięki którym Larcenet obywa się bez słów, jest oczywiście więcej. Można z fascynacją po wielokroć wracać do detali, zbliżeń, zasieków perspektywy, odkrywać niepozorne źródła dynamiki, jak choćby w przypadku często powracającego w kadrach rozwieszonego prania czy białych drobin, nie zawsze będących płatkami śniegu. Fascynacją bliską niezdrowej, jeśli zważymy na treść, której wyrażeniu służą te środki. Ciemną treść ludzkiego wnętrza. „Ereigniës”.

Słowo to, poza wiadomym już przypadkiem Anderera, ujmuje symbolicznie każdą „niewyrażalność” ludzkich czynów. Do tych należy też bestialstwo wojen (choć nie zostały wymienione wprost, bez pudła można określić, które to XX-wieczne konflikty oraz ideologie dostarczyły autorowi materiału), w różnej skali, ale trwale naznaczające mieszkańców miasteczka, w tym skierowanego do obozu pracy Brodecka. Obliczu wojny Larcenet nadaje dodatkowy koszmarny rys w przedstawieniu żołnierzy – zwalistych potworów o jakby poparzonych doszczętnie twarzach – i obozowych psów przypominających żywe szkielety. I nie jest to zabieg mający wyłącznie podkreślić wątpliwość co do słuszności rozróżnień między „mniejszym a większym złem”.

Pośród analizowanych wyznań bohaterów, składających się na ocenę ludzkości, swoją rolę odgrywa przyroda. Jej świat jest bezstronny, uczciwszy w bezpośrednim spotkaniu, nieodparcie angażujący zmysłowo i jako taki mogący dać potrzebne poczucie wolności. Jednak tę łagodzącą funkcję pejzaży i licznych portretów zwierząt (artysta przyznaje, że narracyjne walory wieloznaczności takiego uczestnictwa natury i wychwyconego okiem detalu odsłoniły przed nim mangi Jiro Taniguchiego) Larcenet rozbija, wpisując w spokojnie rozrysowane czynności połowu ryb, ścinania drzewa, sprawdzania wierszy i wnyków kontynuacje monologów i retrospekcji Brodecka. W efekcie zewnętrzna cisza okazuje się zwodnicza, a wrażenie odkrywania, poszerzania, pogłębiania pola psychicznych urazów pośród surowej scenerii osłupia.

Jest to kolejna część puli utraty. Jej wielkość w dużej mierze określa Anderer, kontemplujący świat wędrowiec, uosobienie romantycznej jaźni, anonimowy mierniczy spraw ludzkich, wędrująca świętość pod postacią uśmiechniętego, małomównego grubaska w cudacznym stroju. Wynajęty w gospodzie pokój przybysz zamienia w galerię sztuki, bibliotekę, kolekcję zagadek kultury, zaś jego zachowanie mimowolnie obnaża ksenofobiczny instynkt społeczeństwa i potwierdza, że lęk i zawiść łatwiej jest wzbudzić niż ufność. Zresztą to sztuka, jej „zwierciadlany” aspekt, jest jednym z powodów barbarzyńskiego odwetu.

Wiadomo, co ludzie ludziom.
Wiadomo, co ludzie ludziom.

Zwierzęcość jako nieludzkość, ale i jako wyraz stadnej bezmyślności, jest w powieści Claudela akcentowana rozlegle, również na wyjściowym poziomie fizjonomicznych poszlak (Brodeck w wyglądzie niemal każdego człowieku widzi podobieństwo do charakterystycznych cechy zwierzęcych). Larcenet podjął kwestię bestialstwa i bierności obrazowo za pomocą trzech rysunków, składających się na instrukcję rzeźniczego uboju. Jego kolejne etapy to cios młotem masarskim, upuszczanie krwi, przecięcie tętnic szyjnych. Ta autorska aluzja, zwłaszcza pierwsza jej część, jest dla mnie ukoronowaniem adaptacyjnego zmysłu Larceneta i jego zaangażowanego odbioru pierwowzoru, który wypełniają alegoryczne i bezlitosne sceny. Czy zostaliśmy niespodziewanie ogłuszeni? Czy może sami prosimy o ten ogłuszający cios? Nie da się przy tym przeoczyć ujęć noży powracających w zbliżeniach oraz tych za pasami żołnierzy (zupełnie innych od spodziewanych w tym wypadku bagnetów), budzących o wiele większą grozę niż przewieszone przez ich plecy karabiny.

Zaznaczyłem już, że komiks pomija pewne wątki powieści. Nie byłoby jednak sprawiedliwe, gdybym na podstawie tych cięć obniżał wartość unikalnej pracy Manu Larceneta, o której chciałbym jeszcze sporo napisać, z naciskiem na niemą siłę rysunków, na rozwiązania, jakie w języku kina określa się jako „montażowe”, na dyscyplinę opowieści huczącej od duszonych wewnątrz emocji. Godzę się z autorem omawianego dzieła, iż pewne skróty znacznie upłynniły fabułę, a na pewno pomogły w wizualnym osadzeniu nastroju nadzoru oraz izolacji. Mam nadzieję, że wydawnictwo Mandioca wznowi jeszczeten tytuł, gdyż dotychczasowy nakład został już wyprzedany, co nie dziwi, gdy – poza treścią, oczywiście – weźmiemy pod uwagę jakość polskiej edycji. I jeszcze jedno – Raport Brodecka w pełni potwierdza sobą immunitet, którym Bułhakowski Woland zabezpieczył wszelkie rękopisy.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Raport Brodecka
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz: Manu Larcenet (na podstawie powieści Phillipe’a Claudela)
Rysunki: Manu Larcenet
Tłumaczenie: Katarzyna Sajdakowska (współpraca:Jakub Jankowski)
Typ: komiks
Gatunek: dramat
Data premiery: 09.03.2021
Liczba stron: 328

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Nick
Nick
3 miesięcy temu

Świetnie napisana recenzja

Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.