SIEĆ NERDHEIM:

Jak strzec ciemności? Recenzja komiksu Truchlin. Kredowy ludzik

Gotham? Nie, to Praga.
Gotham? Nie, to Praga.

Z lektury książkowej trylogii o Truchlinie autorstwa Vojtěcha Matochy zachowałem dobre wspomnienia. Te wrażenia objęły też pracę ilustratora cyklu, Karela Osohy. W chwili recenzowania ostatniego tomu wiedziałem już, że na fali sukcesu tytułu autorzy zdecydowali się na rodzaj spin-offu, ale już w formie komiksu. Uniwersum to samo, cechy gatunkowe zachowane, target wiekowy takoż, a jak sam odbiór?

Nie ma po prostu możliwości, by nie odnieść się od razu do pytania, jakiego świadomy był i wydawca, przezornie zamieszczając je na tylnej okładce komiksu wraz z propozycją odpowiedzi. Zatem – czy trzeba znać książki, żeby przeczytać komiks? Moja odpowiedź brzmi – tak, zdecydowanie zalecam. Chociaż stwarza to spore ryzyko, że ów komiksowy powrót do opierającej się postępowi technologicznemu dzielnicy Pragi przyniesie sporo zawodu. Z drugiej strony, jeśli jako pierwszy przewodnik po Truchlinie potraktujecie właśnie Kredowego ludzika, istnieje inne ryzyko – że za jego sprawą przejdziecie obok wcześniejszego cyklu zgoła obojętnie, a szkoda by było. Tak czy inaczej, moja opinia na temat komiksu nijak nie złoży się w kształt wartościowy pod względem reklamowym, ale może wzmoże (tak, tak – słyszę ten niewyszukany, acz chwytliwy rym) wasze zainteresowanie truchlińską trylogią.

A ta stylówa to steam, clock, diesel czy jaki -punk?
A ta stylówa to steam, clock, diesel czy jaki -punk?

Prognozy, jakie można było wysnuć z finału Białej komnaty, zaczynają się spełniać. Na Truchlinie zanikła aura uodparniająca dzielnicę na elektryczność, a tamtejsza społeczność staje się coraz bardziej bezbronna wobec modernizacyjnych planów władz Pragi. Ot, choćby na miejscu Baszty Wschodniej stanęła galeria handlowa. I to właśnie w niej, po nagłym odcięciu zasilania, dochodzi do aktu terrorystycznego – podpalenia, którego za pomocą starej lampy dokonuje na oczach tłumu postać w równie staromodnej pelerynie i meloniku. Jednym ze świadków zdarzenia jest Vašek, chłopak, który po śmierci matki przeniósł się do Pragi ze wsi i niespecjalnie odnajduje się w miejskim środowisku. Jego wujek dowodzi komendą policji na Truchlinie, ale po pożarze zwierzchnictwo przydziela mu do śledztwa pomoc z zewnątrz – bezkompromisową, zasadniczą inspektorkę Cihlářovą. Chłopak, który w biurze wujka robi za uniwersalnego posługacza, podczas próby włączenia się w omawianie sprawy podpalenia zostaje spławiony, więc decyduje się rozpocząć własne dochodzenie. Początkowo nieporadnie, przy dużym udziale przypadku, ale i coraz szybciej Vašek zaznajamia się ze specyfiką miejscowych zwyczajów i mapą tajemnic Truchlina, który dla niego staje coraz bliższy, zaś dla władz coraz bardziej kłopotliwy z powodu kolejnych podpaleń.

Chwaliłem Matochę za wyczucie i pomysłowość, z jakimi w swojej trylogii łączył przygodowe wątki z retro fantastyką naukową, za postać wynalazcy-romantyka, za emocjonalne portrety młodzieżowych bohaterów, za aranżację miejskiej przestrzeni i mitologii. Niestety w Kredowym ludziku żaden z tych czynników nie zaistniał z porównywalną siłą. Konflikty i motywacje prezentują się pobieżnie i w trybie podporządkowania nazbyt wyraźnym tezom – dydaktycznie chwalebnym, ale momentami podanym z melodramatyczną manierą. Zebrane prezentują się one następująco: poczucie braku przynależności, zderzenie szacunku wobec ludzi (oraz pomników przyrody – wątek wiekowej lipy) z egzekutorskim wymiarem prawa, a więzi emocjonalnych z prawem własnościowym i normami bezpieczeństwa budowlanego, zasadność, skuteczność i podłoże różnych dróg sprzeciwu i oporu, kwestia wykluczenia lokalnych mniejszości, intryganckie zaplecze biznesu, odpowiedzialność władz przed elektoratem. Wszystko to, zgromadzone wokół melancholijnie usposobionego, acz sympatycznego Vaška, wyłazi bezpardonowo zza kolejnych postaci i scen, gdy w powieściowym wydaniu prezentowało się z o wiele większym fasonem.

Pudełeczko, otwórz wieczko...
Pudełeczko, otwórz wieczko…

Pośród tego zaginęła też sugestywność labiryntu powstałego w przestrzeni archaicznej, niszczejącej dzielnicy. Opisów, którymi Matocha wciągał czytelnika na dachy, schody, w komnaty, tunele, kanały, nie udało się zastąpić rysunkami. Ilustracje Osohy w książkach dobrze współgrały z tekstem, ale w komiksie zabrakło ich szerokich planów i przewagi architektury, miejskiej tkanki w większych, bardziej dopracowanych kadrach. Przez to wyraźnie zaznacza się na niekorzyść przewaga „gadających głów”. W sensie obrazkowej narracji wszystko jest czytelne, przy czym są to zdecydowanie proste zdania. Poprawne i tyle. Dotyczy to również kreski i kolorów – mam wrażenie, że prace Osohy lepiej wypadają wyłącznie w czerni i bieli.

Rozbudowa miejskiej mitologii o postać Leopolda Tůmy – cichego, pogodnego staruszka, którego postawa symbolicznie łączy rodzaj wycofania, zgody na nieuchronność zmian z wiernością własnemu sposobowi życia – finalnie wypada bardziej koturnowo niż poetycko. I znów za ten efekt winię powierzchowność, skrótowość narracji. Może zaważyła na tym pierwotna zeszytowa forma publikacji tytułu, w której widzę godny uznania gest w stronę tradycji wydawniczej komiksów, nie tak oczywistej dla obecnej młodzieży, do której przecież głównie skierowany jest Kredowy ludzik. Siedem części, każda o skąpej objętości 22-24 stron, to jednak w tym przypadku zbyt mało, by z zachowaniem odcinkowej struktury zaprezentować tak zakrojoną fabułę bez ryzyka uproszczeń. To zapewne jest też powodem wielu „ciasnych” sekwencji kadrów. Ucieszyło mnie z kolei włączenie w akcję paru postaci, miejsc i rekwizytu znanych mi z truchlińskiego cyklu, ale cóż – są to właśnie elementy, których funkcjonowanie zależne jest od wyjściowej pozycji czytelniczej względem Kredowego ludzika (patrz akapit drugi)…

Ciemno wszędzie? Głucho wszędzie?
Ciemno wszędzie? Głucho wszędzie?

Niech będzie, że jestem wymagający i wybredny, a może i po prostu za stary, ale dla mnie w komiksowym wydaniu czar Truchlina niemal wygasł. Może jednak autorzy zaskoczą mnie jeszcze jakimś nowym gestem, który roznieci tę iskierkę bez usilnego podsycania. Bo jak to trafnie komentuje aforyzm Irzykowskiego: „Dmuchać – gasić? Rozniecać?”.

Wydawnictwu Afera serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Truchlin. Kredowy ludzik
Wydawnictwo: Afera
Scenariusz: Vojtěch Matocha
Ilustracje: Karel Osoha
Tłumaczenie: Anna Radwan-Żbikowska
Typ: komiks
Gatunek: przygodowy
Data premiery: 21.05.2025
Liczba stron: 204
ISBN: 9788365707857

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
spot_img
Z lektury książkowej trylogii o Truchlinie autorstwa Vojtěcha Matochy zachowałem dobre wspomnienia. Te wrażenia objęły też pracę ilustratora cyklu, Karela Osohy. W chwili recenzowania ostatniego tomu wiedziałem już, że na fali sukcesu tytułu autorzy zdecydowali się na rodzaj spin-offu, ale już w formie komiksu....Jak strzec ciemności? Recenzja komiksu Truchlin. Kredowy ludzik
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki