SIEĆ NERDHEIM:

Praga unplugged. Recenzja książki Truchlin

Parkour (nie róbcie tego w domu)!
Parkour (nie róbcie tego w domu)!

Za mój pierwszy kontakt z Pragą jako miejscem książkowej akcji odpowiedzialny był Zbigniew Nienacki, gdy skierował właściciela sławnej amfibii, Tomasza N.N., na teren ówczesnej Czechosłowacji. Tom Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic, do dziś pozostający moim ulubionym z całego cyklu, zafascynował mnie kabalistycznym wątkiem, który połączył stolicę Czech z polskimi Bieszczadami. Z czasem do listy lektur reklamujących Pragę jako miejsce (miejmy to za sobą) magiczne dołączyły inne, mroczniejsze i operujące obrazami neurotycznego wtajemniczenia. Niedawno zaś wróciłem do tego miasta, a konkretnie do tej jego literackiej postaci, która doczekała się rozbudowy gdzieś pomiędzy obszarami młodzieżowej powieści przygodowej i tajemniczego wizerunku miasta sprzed epoki elektryczności. Architektem tak powziętego planu o nazwie Truchlin jest Vojtěch Matocha, a jego wykonanie, będące zarazem pisarskim debiutem autora, przyniosło mu w ojczyźnie błyskawiczną popularność. Ile w tym zasługi czysto czytelniczej magii, a ile efektu niezawodnej, nieco modyfikowanej receptury?

Tytułowej, fikcyjnej dzielnicy Pragi wyjątkowość zapewnia jej niewrażliwość na rozwój cywilizacyjny zapoczątkowany przez poskromienie energii elektrycznej. Wejście na teren Truchlina czyni wszelkie zasilane nią przyrządy bezużytecznymi. Takie energetyczne getto zapewnia idealne warunki życiowe wszelkim antypostępowym renegatom i dziwolągom oraz przysparza irytacji zwolennikom nowoczesnej gospodarki przestrzennej. Do grona pierwszych zalicza się dziadek Jirki, głównego bohatera powieści, przedstawicielem drugich jest przemysłowy magnat, Klement Hrouda. Po jednych z odwiedzin chłopiec dowiaduje się, że jego dziadek jest zamieszany w enigmatyczne przedsięwzięcie, a całej Pradze grozi ekspansja Truchlińskiej aury, która nagle zwiększyła swój zasięg. Klucz do zagadki skrywa plecak ukryty podczas ucieczki, w jakiej Jirka mimowolnie towarzyszył Patrickowi, wspólnikowi dziadka. Patrick zginął, prześladowcy zostali i mają teraz na oku właśnie Jirkę, którego w potrzebie nie opuszczają przyjaciele – Tonda i Anastazja, nazywana w skrócie En. W całej intrydze na pierwszy plan wysuwa się nazwisko Dalibora Nápravníka, genialnego wynalazcy z XIX wieku.

No, to truchtem, stępa, galopem!
No, to truchtem, stępa, galopem!

Truchlin realizuje niezatapialny schemat przygody odbywającej się gdzieś za plecami rodziców (tutaj pozostających na wyjeździe lub całkiem nieobecnych) a przy boku dziadków. Pokoleniowy transfer tajemniczych treści, emocjonalny rozkwit i uwiąd (czasowy?) rówieśniczych relacji, weryfikacja układu sił, z jakimi szczytnie mierzy się nastoletnia odwaga, stymulacja pomysłowości w sytuacjach zagrożenia i przychylność losu w momentach, gdy już wszystkie karty zostały zagrane. A do tego starcie technologii retro i współczesnej oraz towarzyszących każdemu postępowi dylematów.

Matocha zapunktował u mnie kreacją alternatywnej miejskiej przestrzeni wolnej od wypisów z mitologicznych bestiariuszy i bohaterem pozbawionym patosu wybrańca. Proponuje wątek zdecydowanie fantastyczny, ale dotyczy on niewielkiego w swojej skali i całkiem jawnego kuriozum, którego źródło ma związek z ambicjami XIX-wiecznych wynalazców. Wspomniany Nápravník (postać fikcyjna) to zdecydowanie człowiek epoki, społecznik i romantyk, które to połączenie ma decydujący wpływ dla finałowego wyjaśnienia reprezentowanej przez Truchlin anomalii. I jest to w mojej opinii udany zwrot fabularny.

Wplątana w akcję trójka nastolatków prezentuje się swojsko i wiarygodnie, gdy przychodzi im zmierzyć się z ciemną, niszczejącą dzielnicą, kluczyć pośród zapomnianych budynków i trzymających się na uboczu mieszkańców Truchlina. Ponownie – bez wielkich przearanżowań autorowi udało się odmalować nastrój posępności, który nie jest tożsamy z wrogością, ale zapewnia ów dreszczyk niepokoju. Na drodze bohaterów parokrotnie pojawiają się obrazy, których rozwinięciu chętnie bym się poddał – jak flecista zbierający wokół siebie koty czy porozmieszczane na dachach słomiane kukły. Zakładam przy tym, że Matocha sam dopiero rozpoczął eksplorację Truchlina (drugi tom cyklu już został wydany, kolejny powstaje) i odkryje przed czytelnikami nowe miejskie legendy, gdyż przestrzeń dla nich zarysowuje się obiecująco.

Truchlejcie, śmiałkowie!
Truchlejcie, śmiałkowie!

Jednak gdy bohaterowie mierzą się już nie z nią, a z własnymi emocjami, bywa różnie – zarzut ten dotyczy głównie Tondy, którego obecność w fabule ostatecznie przedstawia się dość pretekstowo. Podobnie schematycznie w intencjach i motywacjach rysuje się szajka antagonistów, a nawet dziadek Jirki. No cóż – o sile literatury formulicznej w pierwszym rzędzie decyduje akcja i tę tutaj dostajemy, przy czym nie musi ona (szczęśliwie) wykonywać karkołomnych akrobacji celem zatuszowania alogiczności wydarzeń. Wszystko odbywa się w granicach konwencji i wzmożonych nią fizycznych możliwości oraz animuszu młodocianych bohaterów.

Mnie do powrotu na ulice Truchlina w asyście Jirki, En i Tondy najbardziej zachęca atmosfera tytułowej dzielnicy, w której nakreśleniu pisarza wspomógł ilustrator, Karel Osoha. Obejmują one każdorazowo dwie strony i ten rozkładówkowy/wkładkowy styl faktycznie wnosi do całości coś więcej niż okazjonalne zdobnictwo. Ciemna tonacja, uproszczony realistyczny rysunek, pejzaże jak ze starówki podupadłego miasteczka – rozbudzona obietnica niezwykłości uśpionej pod spękaną szarością, jaka zawsze naznacza opuszczone miejsca.

Truchę, tzn. trochę mroczno, nieprawdaż?
Truchę, tzn. trochę mroczno, nieprawdaż?

Truchlin to dzielnica, o jaką można by rozbudować (z korzyścią) każde miasto, będąc pewnym, że pośród jego dorastających mieszkańców znajdą się tacy, których będzie wabić aura „odmienności”. Wydaje się, że Matocha trafił w tę potrzebę miejskiej przygody wykorzystującej elementy fantazji i historii, wydobył znów jej znaczenie, tym razem dla pokolenia nastolatków XXI wieku, dla których Tesla stał się synonimem wdrażanej technologii przyszłości. I choć obecny w powieści czeskiego autora Dalibor Nápravník nie jest postacią historyczną, to jako patron myśli sprawdza się wystarczająco, by inspirować do rozmyślań nad konsekwencjami rozwoju nauki, że o napięciu przygodowej żyłki nie wspomnę.

Wydawnictwu Afera serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Truchlin
Wydawnictwo: Afera
Autor: Vojtěch Matocha
Ilustracje: Karel Osoha
Tłumaczenie: Anna Radwan-Żbikowska
Typ: książka dla dzieci/młodzieży
Gatunek: fantastyka
Data premiery: 15.05.2020
Liczba stron: 280

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.