SIEĆ NERDHEIM:

The Mighty Disorder. Recenzja komiksu The Midnight Order

Alchemiczna próba, czyli nie wszystko złoto, co się świeci...
Alchemiczna próba, czyli nie wszystko złoto, co się świeci…

Ech… No i nadszedł dzień, w którym mogę albo w trybie usprawiedliwienia zżymać się przed czytelnikami na swoje rozległe zaniedbania lekturowe, albo poprowadzić recenzję podług pierwszego wrażenia, jakie wywarł na mnie autor. Choć w wypadku The Midnight Order Mathieu Babletowi przysługuje również miano koordynatora, bo firmowany przez niego komiks zrzesza sporą grupę współtwórców – nie tylko rysowników. Wracając do rzeczy – za kwestię owego „albo-albo” odpowiedzialne jest poczucie niemocy w zderzeniu z wizją ujęcia tematu przewodniego przez koordynatora projektu. W trakcie lektury czułem, jak o głos walczą we mnie coraz bardziej serio wredny zoil i skruszony dziaders. Wewnętrzną pyskówkę poskromiłem jednak ostatecznie do poniższej postaci.

Biję się w piersi – wcześniej opublikowane w Polsce komiksy Bableta, Shangri-La oraz Węgiel i Krzem, znam tylko z recenzji. Zwłaszcza drugi z nich zebrał świetne opinie i żałuję, że nie mam w nim bezpośredniego punktu odniesienia do scenariuszowych zabiegów Bableta, gdyż te, od jakich roi się The Midnight Order, oceniam jako ryzykownie rozpędzone. Przeprowadzony naprędce research wzmógł tylko moje poczucie recenzenckiej niemocy. I to już nie za sprawą nieznajomości dwóch wyżej wymienionych tytułów, operujących tematyką sci-fi, a innej serii, Midnight Tales, która określiła tematykę i kształt uniwersum, w jakim rozgrywa się również akcja The Midnight Order.

Ów wspólny temat w wysmakowany sposób przedstawia okładka. Złote, misterne tłoczenia stylizowane na arabeskowe ornamenty oplatają takoż połyskującą ilustrację, w której centrum znajduje się kobieca postać w todze z kapturem, składająca palce dłoni w popularny gest rogów. Za nią skręca się w bagiennym paraliżu bezlistne drzewo, a podłoże powlekają moczarowe wyziewy tudzież plączące się gdzieniegdzie czerepy. W tle Monumentalna, Mroczna Budowla z Początku Dawniejszego Wieku (wieczna chwała i dziękczynienie autorom 48 stron!). Alchemiczno-magiczno-ezoteryczny sznyt, w którym moje zastrzeżenia wzbudziła tylko niepasująca doń czcionka. I gdyby proporcje mojego niesmaku utrzymały się w tym śladowym rozmiarze aż do zamykającej przeszło 250 stron komiksu tylnej części tej cudnej okładki (mieszczącej równie obiecujący opis fabuły), nie sprowokowałyby wspomnianego wewnętrznego starcia, umocnionego przez pozyskane informacje na temat Midnight Tales (między którymi znalazła wyjaśnienie kwestia czcionki)…

Lilith! Wracaj do łask! Natychmiast!
Lilith! Wracaj do łask! Natychmiast!

Dlaczego znów wracam do serii, której nie czytałem, która nie ukazała się w Polsce (jeszcze) i która nie pozostaje, wedle zdobytych danych, w bezpośrednim związku fabularnym z recenzowanym tytułem? Bo jestem ciekaw, jak tam, na przestrzeni 4 tomów, Bablet uruchomił i rozpędził owo uniwersum, a z nim formułę współpracy wielu artystów. Bo nieodparcie ciągnie mnie do analogii z Hellboy’owym Mignolawersum, nie tylko z uwagi na pokrewieństwo tematyczne (magia, mity, okultyzm, tajna organizacja skupiona na zjawiskach paranormalnych), ale i na to znane każdemu fanowi Mignoli uczucie rozbieżności oceny jakości kształtu poszczególnych wątków, spin-offów, shortów etc. Bo po przeczytaniu The Midnight Order moją pierwszą reakcją była myśl „Dobrze, że w Polsce mamy Wydział 7 i Broma, bo to duuużo lepsze od tego tutaj”.

Zdania nie zmieniam, w pewnej konfuzji pozostaję, z kontekstów nie rezygnuję, bo trudno mi się od nich wyzwolić przy omawianiu projektu Bableta. Nie oferuje on niczego nowego w formule „Tajna jednostka – wyróżniający się w niej agenci – perypetie terenowe – prywatne traumy – rozłam w grupie – wyższa racja działania i życiowe przewartościowanie”. Mamy dwie główne bohaterki (Johnson i Sheridan), które wspominają swoje początki, włącznie z czasami „sprzed służby”, poznajemy ich relacje rodzinne (obowiązkowo niełatwe) i bezwzględność systemu, jakiemu służą. Gdyż celem Nocnego Porządku jest od wieków tropienie czarownic posługujących się przyrodzoną magią w sposób niekontrolowany i skłonienie ich do współpracy bądź uniemożliwienie dalszej samowoli przez amputację dłoni i osadzenie w Białej Twierdzy. Oczywiście w całej intrydze zarezerwowano też miejsce dla cierpliwie przyczajonego wroga, jakim jest tu król piekieł o niestandardowym imieniu Serafin. Aha, akcja toczy się w czasach współczesnych, nie podczas historycznych „polowań na czarownice”.

Ciociu, dlaczego masz takie cieeemne oczy?
Ciociu, dlaczego masz takie cieeemne oczy?

Nie mam absolutnie nic przeciwko pomysłowo rozgrywanym formułom (vide Wydział 7), ale u Bableta w mojej ocenie doszło do przeładowania fabuły pozorami psychologicznych relacji i gatunkowymi tropami. Scenariusz został rozpisany w ambitny sposób, bo początkowe intermedia pomiędzy retrospekcyjnymi opowiadaniami powoli odsłaniają intrygę i w końcu przejmują ciężar historii. Do tego dochodzi urozmaicenie środków – każdy z ośmiu rozdziałów ma swojego rysownika (intermedia oraz prolog i epilog zilustrował sam Bablet), towarzyszą im też jedno opowiadanie prozą (sprawiające wrażenie łaty na nieuniknionej dziurze czasowej w fabule), mapy wskazujące miejsce akcji i kilka „wyciągów z archiwalnych akt”. Jednak rozciągnięcie akcji w czasie na kilkadziesiąt lat nie przysłużyło się całości, która wybrzmiewa skrótowo, pretensjonalnie i sprowadza postaci do funkcji manekinów obnoszących – nie mogę tego nazwać inaczej – modne dziś tematy. Dostajemy kolejny głos na konto pokoleniowej walki wyzwolonych kobiet, akcent lesbijski, proekologiczny i podręczną, ezoteryczną duchowość. Ale to nie Promethea czy inny spośród labiryntowo spójnych konstruktów Moore’a.

Powagę tematu miały zapewne podkreślić włączone w komiks cztery popularnonaukowe artykuły autorstwa Claire Barbe (prywatnie żony Bableta), omawiające zmiany w kulturowym postrzeganiu postaci czarownicy i magii. Są rzeczowe, dobrze przyswajalne i mogą stanowić wartościowy punkt wyjścia do zgłębienia poruszanych tematów. I, co dla mnie ważne, podczas ich czytania nie miałem wrażenia, że maskują fanatyczną kampanię na rzecz feminizmu. Ten dodatek oceniam wysoko (zresztą i on stanowi chyba konsekwencję serii Midnight Tales, na co wskazuje uwaga Barbe w tekście Czarownice dzisiaj), ale znów z poczuciem nieprzystawalności. Teraz celowo przesadzę – to tak, jakby do komiksów o Transformersach dołączono teksty na temat historii motoryzacji i rynku biopaliw. Stan Sakai w serii o Usagim komentuje pokrótce tło historyczne, objaśnia aspekty kulturowe ceremonii, etykiety, kalendarza i to jest pomocne. Nie umiem jednak namierzyć intencji Bableta – czy chodzi mu o zabawę w popkulturowej formie (i głównie dlatego jedna z postaci nosi imię „Lilith”), czy kładzie nacisk na własne zaangażowanie społeczne, że to przede wszystkim jest Ważne i Serio, nie dajcie się zwieść astralnemu orężowi i ochronce dla nastoletnich czarownic! Bo to jest dla Was, o, współczesne, wojujące wiedźmy! I o Was! Ech, już drugi raz w niedługim odstępie czasu (patrz Zamek Śpiący) mam ochotę poprosić o konsultację moje redakcyjne koleżanki…

Aaa, to Zambezi, nie Genezaret.
Aaa, to Zambezi, nie Genezaret.

Najkrócej byłoby wycofać się z dalszej recenzji, pisząc: „To nie jest komiks dla mnie, nie jestem targetem”. Przecież moja córka ekscytuje się mangami, które w jej żywiołowym streszczeniu składają mi się w monstrualną hałdę niskokalorycznego miału, ale widać młodzieży to się podoba. I ona też podpytuje o tematy okultystyczne, a i Broma przecieżczytała z uznaniem, więc może to po prostu ja nie nadążam i nie doceniam? Ale wspomniany konflikt zoila i dziadersa nie pozwala.

Objął on też wrażenia dotyczące rysunków. Jak już zaznaczyłem, każdy epizod ilustruje inny artysta / inna artystka, co jest też przedłużeniem metody obejmującej, wedle mojego rozeznania, Midnight Tales. Rozstrzał stylów jest ogromny – od mangi (również w kilku wydaniach) do miękkiej, cartoonowej linii. I nie, nie klei mi się to estetycznie na wzór Wydziału 7 czy Hellboy’a. Umacnia za to wrażenie pozbawionego selekcji nadmiaru, pośród którego rzeczy dobre tracą poprzez sąsiedztwo słabych. Najlepiej wypadają realistycznie odmalowane miejsca i lekko zdeformowane rysy postaci w pracach Bableta, który potwierdza swoje duże wyrobienie, zmysł do narracji kadrem i kolorem. W specyfikę serii dobrze też wpisał się Thomas Rouzière z kanciastą, pikselowo rozedrganą kreską i kolorem idealnie pasującym do afrykańskiego klimatu opowieści (jest to zresztą jedyny rozdział, do którego scenariusza nie napisał Bablet). Podobnie oceniam rysunki Claire Fauvel – czysta linia, dyskretna i wymowna zarazem dynamika, pastelowe kolory skojarzyły mi się z Paper Girls (do tego wątek kelpie; pozdrowienia dla autorki Broma!). Coś pociągającego ma w sobie, również z uwagi na intymny charakter historii, rozdział ilustrowany przez Daphné Collignon. Miałem jednak problemy z identyfikacją głównych postaci w tak zróżnicowanym graficznie wydaniu.

A jak wam, czytelnicy...?
A jak wam, czytelnicy…?

Zoil i dziaders wciąż łapią oddech, ale nie zamierzam wypuszczać ich na kolejną rundę. The Midnight Order odbieram jako twór rozchwiany od autorskich ambicji, w ocenie których przeszkadza mi (wbrew zapewnieniom o niezależności historii) nieznajomość innych dzieł Bableta, przede wszystkim zaś wymienionego parokrotnie Midnight Tales. Doceniam wyczuwalny na stronach nastrój energicznej pracy kolektywu, fachowość artykułów Claire Barbe, miłe oku akcenty graficzne (ornamentyka, plansze map i akt). I kończę, zanim znienacka znokautuje mnie zoil lub dziaders rzuci ręcznik na ring.

Wydawnictwu Timof Comics serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: The Midnight Order
Wydawnictwo: Timof Comics
Scenariusz: Mathieu Bablet, Isabelle Bauthian
Rysunki: Mathieu Bablet, Allanva, Rours, Sumi, Thomas Rouzière, Claire Fauvel, Titouan Beaulin, Daphné Collignon, Quentin Rigaud
Tłumaczenie: Katarzyna Gajewska-Wąsowicz
Typ: komiks
Gatunek: fantasy
Data premiery: 20.04.2024
Liczba stron: 272
ISBN: 9788367440677

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Ech… No i nadszedł dzień, w którym mogę albo w trybie usprawiedliwienia zżymać się przed czytelnikami na swoje rozległe zaniedbania lekturowe, albo poprowadzić recenzję podług pierwszego wrażenia, jakie wywarł na mnie autor. Choć w wypadku The Midnight Order Mathieu Babletowi przysługuje również miano koordynatora,...The Mighty Disorder. Recenzja komiksu The Midnight Order
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki