SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Tato Karol opowiada. Recenzja komiksu Darwin. Jedyna taka podróż

    KorektaYaiez
    Każdy chciał trafić na okładkę.
    Każdy chciał trafić na okładkę.

    Animowany serial Było sobie… Alberta Barillé’apozostaje kamieniem milowym w opracowaniu treści popularnonaukowych dla młodego odbiorcy. Fabien Grolleau i Jérémie Royer, autorzy świetnie przyjętego albumu Audubon. Na skrzydłach świata (recenzja poniżej: https://nerdheim.pl/post/recenzja-komiksu-audubon-na-skrzydlach-swiata/), nie mają jeszcze tak bogatego dorobku, ale kolejny owoc ich współpracy, czyli komiks Darwin. Jedyna taka podróż, prowokuje do analogii z kultowym tytułem (zwłaszcza wobec serii Były sobie odkrycia oraz Byli sobie odkrywcy) i czyni to w sposób obiecujący.

    Po mniej znanym (co nie znaczy, że poślednim) przyrodniku francuski duet prezentuje nam sylwetkę jednego z celebrytów świata nauki, czym wcale nie ułatwia sobie zadania. Materiał źródłowy, przede wszystkim zaś autobiograficzny, będący i w poprzednim albumie podstawą scenariusza, jest w przypadku Darwina bardziej dostępny. Niemały w tym udział Podróży na okręcie „Beagle”, popularnonaukowego bestsellera autorstwa samego Darwina, którego wznowienie na naszym rynku niemal pokryło się z polską premierą komiksu Grolleau i Royera. Nie dziwi to, skoro za obie publikacje odpowiedzialne jest to samo wydawnictwo, czyli Marginesy. I tę marketingową strategię mogę jedynie pochwalić.

    Przyznaję, że przed współczesną rysunkową wizją przełomowej dla Darwina podróży chciałem poznać relację z pierwszej ręki (wrażenia z tejże tutaj: https://nerdheim.pl/post/recenzja-ksiazki-podroz-na-okrecie-beagle/). W efekcie do propozycji autorów Audubona podchodziłem z nadzieją i niedowierzaniem. Nadzieją w utrzymanie poziomu opowieści, jaki zaprezentowali swoim wcześniejszym tytułem, niedowierzaniem, że uda im się skondensować przebogatą treść źródłową w sposób niepozostawiający niedosytu względem oryginalnej relacji. Dodatkowo lekturę poprzedziło pytanie, czy po sukcesie swojej wersji życiorysu Audubona autorzy przypadkiem nie uznali, że oto mają w ręku patent na sukces wydawniczy: zaaprobowany przez całokształt kultury i nauki bohater, podróżniczo-awanturniczy rys, ożywienie prądów i prognoz minionej epoki… I nie musiałem czekać aż do ostatniej strony, by poczuć się zwolnionym z nadmiernych obaw.

    A Darwin unosił się nad wodami...
    A Darwin unosił się nad wodami…

    Samo otwarcie komiksu pokazuje, że Grolleau nie zamierza patentować za wszelką cenę swoich wcześniejszych zabiegów scenariuszowych, za to potrafi z wyczuciem korzystać z patentów już sprawdzonych przez innych. Bo jako wstęp do historii o pięciu latach spędzonych na pokładzie „Beagle” daje nam sytuację bardzo podobną do tej, z jaką oswojony jest każdy widz wspomnianego cyklu – oto Darwin, wzorem pamiętnego długobrodego Mistrza z animacji Barillé’a, zasiada pośród gromadki własnych dzieci (faktycznie miał ich dziesięcioro) i zaczyna opowieść o dziwach, jakie za młodu dane mu zobaczyć na półkuli południowej w służbie nauki, sumienia i Korony. Jej gawędziarski charakter podkreślają krótkie zdania, streszczające na wstępie każdego rozdziału poszczególne etapy podróży. Ukazuje to zarazem indywidualne podejście do tematu (Audubon daje przekrój większej części życia bohatera, Darwin zaś skupia się na krótszym okresie, zamkniętym czasem rejsu), jak i wspólną obu przypadkom problematykę. W tej zaś Grolleau wyróżnia konsekwentnie doświadczenie zachwytu dziewiczą naturą i krytycznego wglądu w zmiany, jakie w niej i w człowieku powoduje bezpardonowy pochód kolonizatorów pod sztandarem cywilizacji. I cóż – tutaj już nie wszystkie elementy spełniają kryteria historyjki dla dzieci.

    Pod kątem tej podwójnej perspektywy selekcja treści pozostaje w zgodzie z uczciwie ujawnioną przez autorów metodą. Podobnie jak w wypadku Audubona, jest to subiektywna wizja, stąd też z jednej strony mamy do czynienia z dużymi skrótami (oryginalny tekst liczy sobie przeszło 500 stron), z drugiej z podkreśleniem wątków, które w książkowej relacji Darwina, jakkolwiek istotne, nie dorównują rozległością opisową wiodącym obserwacjom przyrodniczym i geologicznym. Dlatego od doznań zapewnionych przez samą egzotykę przestrzeni mocniej wybrzmiewają w reakcjach młodego Darwina kwestie niewolnictwa, człowieczeństwa, ewangelizacji i wiary, stojącej w opozycji do nadchodzących teorii ewolucjonistycznych. Dialog między cywilizacją a „dzikością” znajduje gorzkie pointy m.in. w przytoczonej historii samobójstwa młodej niewolnicy czy w nakładającym się na rozważania nad wyginięciem dawnych gatunków obrazie mordu dokonywanego na Indianach.

    Za wcześnie na karnawał (dokładnie o 8 lat).
    Za wcześnie na karnawał (dokładnie o 8 lat).

    To, co na kartach swojej książki odmalowuje słowem Darwin, Royer z dobrym skutkiem oddaje rysunkami. Oczywiście nie chodzi tutaj jedynie o realistyczny, choć uproszczony, wymiar panoram i zbliżeń, dobór barw i odcieni, które prezentują klasę zaprezentowaną już na planszach Audubona. Kompozycje plansz dążą do przybliżenia zróżnicowanych nastrojów, jakie wzbudzało u pełnego pasji badacza otoczenie zmieniające się wraz z szerokością geograficzną. Oniemienie, którego odbiciem w pisemnych relacjach Darwina jest bogactwo opisów, często zastępują obywające się bez słów sekwencje obrazów. Pastelowe rozmycia, przydymienia i gradacje pracują przede wszystkim na sugestię rozległości przestrzeni, nie na detaliczną precyzję w oddaniu tworzących ją obiektów.

    Oprócz wycinków map, krajobrazów i mikrokosmosów przyrody wiele razy w kadrach powraca obraz okrętu, morskiego przestworu, a także nocnego rozgwieżdżonego nieba – to graficzny komentarz zarówno do bogactwa natury jak i do ludzkiej kondycji. Do ambicji poszerzania, systematyzowania wiedzy o świecie, które nie wyczerpują wszystkich jego tajemnic, a udowadniają jedynie jego zmienność – proces, jakiego jesteśmy świadkami i uczestnikami. Taki też wspólny w obrazie i słownym wywodzie wniosek wyłania się z całości dzieła duetu Grolleau & Royer.

    A deszcz czy aby nie kwaśny?
    A deszcz czy aby nie kwaśny?

    Autorzy na końcowych stronach zamieścili kilka komentarzy, objaśniających ich fabularne wybory i odsyłających chętnych czytelników do źródeł szerzej opisujących temat wyprawy, w której uczestniczył Darwin i obejmujących nie tylko wspomnianą Podróż na okręcie „Beagle”. To cenna wskazówka dla wszystkich, którzy chcieliby spojrzeć na nią bardziej od środka. Warto to zrobić choćby po to, by ocenić, na ile w takim zestawieniu Darwin. Jedyna taka podróż jest pełnoprawnym dziełem, a nie jedynie „ukomiksioną” wersją zachowanych dokumentów. Dla mnie w ostatecznym rozrachunku zachowuje potrzebną dla tego rozróżnienia samodzielność, choć na nieco mniejszym poziomie niż Audubon, a to z uwagi na emocjonalne zróżnicowanie i dramaturgiczne domknięcie historii. A może to wrażenie wynika po części z tego, iż z zapiskami Audubona po prostu nie miałem okazji się zaznajomić? Czy jakieś rodzime wydawnictwo (może i Marginesy?) mogłoby to umożliwić?

    "A" jak agresja czy amikoszoneria?
    „A” jak agresja czy amikoszoneria?

    Nie zmienia to jednak faktu, że z chęcią zapoznałbym się z kolejną autorską interpretacją życiorysu którejś z osobowości mniej czy bardziej upupionych encyklopedyczną wizytówką (Jerzy Forster? William Dampier? Vitus Bering?), jeśli panowie Grolleau i Royer zechcą faktycznie potwierdzić zasadność porównania z kultową serią Barillé’a i nacechować je własnym stylem.

    Wydawnictwu Marginesy serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Darwin. Jedyna taka podróż
    Wydawnictwo: Marginesy
    Scenariusz: Fabien Grolleau
    Rysunki: Jérémie Royer
    Tłumaczenie: Paweł Łapiński
    Typ: komiks
    Gatunek: dokumentalny/biograficzny
    Data premiery: 30.10.2019
    Liczba stron: 176

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    +sprawna adaptacja materiału źródłowego
    +autorska wymowna wizja podróży Darwina
    +stylowa szata graficzna
    +końcowy komentarz twórców

    Minusy:
    -jednak wymuszona koncepcją skrótowość

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x