Więcej

    Rara avis pośród ludzi. Recenzja komiksu Audubon. Na skrzydłach świata

    KorektaLilavati

    auduboncover

    Zanim XIX-wieczną Amerykę Północną rozpaliła gorączka złota, przyspieszająca ekspansję białego człowieka znaną powszechnie jako „zdobywanie Dzikiego Zachodu”, zanim transcendentaliści pod wodzą Emersona zaczęli głosić swoje społeczne proroctwa, a Thoreau zamieszkał nad jeziorem Walden, terytorium Stanów Zjednoczonych przemierzał człowiek, którego życiorys można by zobrazować krótko poprzez analogię do wymienionych wydarzeń. Owładnięty nieco inną, bo ornitologiczną gorączką, obierając za kierunek swoich wypraw nie suche prerie, a koryta największych amerykańskich rzek i rozpościerające się wzdłuż ich brzegów lasy, podczas wieloletnich wędrówek poczynił cenne obserwacje (oprócz tych związanych z ptakami) dotyczące postawy człowieka wobec natury, która stawała się na jego oczach bezpowrotnie utraconym rajem. Dziecko rewolucyjnej Francji, adoptowany syn Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, obywatel świata obdarzony prawdziwie romantycznym duchem – John James Audubon.

    Przyznaję, że do chwili zapoznania się z biograficznym komiksem Audubon. Na skrzydłach świata, którego autorami są Fabien Grolleau (scenariusz) i Jérémie Royer (rysunki), nie byłem świadom, choćby w encyklopedycznym wymiarze, istnienia tej bezdyskusyjnie fascynującej postaci. Biorąc pod uwagę moment dziejowy i miejsce, w jakim przyszło Audubonowi realizować swoją pasję, nie dziwi fakt, że za życia znalazł się na poboczu nie tyle nawet globalnych, ile lokalnych dróg, które wytyczają późniejszy kształt historii i unieśmiertelniają ich wybranych użytkowników (niekoniecznie pionierów) w powszechnej świadomości. Dlatego w Polsce słyszeliśmy o legendarnych traperach, Davym Crockettcie czy Hugh Glassie, lub o późniejszych szybkorękich rewolwerowych sławach, jak Wyatt Earp i Dziki Bill Hickok, ale niekoniecznie o Audubonie.

    audubon1

    Bo i trudno byłoby znaleźć się w tym westmańskim panteonie, kiedy za życiowy cel obiera się namalowanie wszystkich ptaków Ameryki, choćby prezentowało się nie mniejsze umiejętności strzeleckie (wiadomo, od dzikich ptaków trudno oczekiwać poziomu cierpliwości, jaki zazwyczaj ludzki model prezentował portretującemu go malarzowi, tkwiąc w przewidzianym sesją bezruchu przed wynalezieniem fotografii) i survivalowe. Zaś zagłębiając się w mateczniki amerykańskich lasów w poszukiwaniu nieznanych gatunków ptaków, a później broniąc ich przeniesionych na papier wizerunków z zaciekłością właściwą odkrywcy złotonośnych złóż można się doczekać wyłącznie łatki maniaka.

    W takim właśnie momencie poznajemy Audubona na kartach komiksu Grolleau i Royera. Na pełniącej funkcję domu tratwie płynie wraz z pomocnikiem i indiańskim przewodnikiem szerokim nurtem Mississipi. Jest rok 1820. 12-stronicowy prolog zawiera wszystko, czego uzasadnienie i rozwinięcie znajdziemy w następujących po nim pięciu rozdziałach opowieści – żarliwość pasji, bezkompromisową postawę, charyzmę indywidualisty i refleksyjną samotniczą naturę autora Ptaków Ameryki. Podczas dalszej lektury poznajemy człowieka doświadczającego wieloletniej rozłąki z żoną i dziećmi, badacza i artystę rywalizującego z naukowym modelem ilustracji ustalonym przez Alexandra Wilsona, komentatora zmian, jakie cywilizacja wnosi w pierwotne środowisko. Każda z tych perspektyw jest precyzyjnie nakreślona, a wszystkie razem, nierozerwalnie połączone, tworzą bogaty portret wewnętrzny romantyka, silnie, mistycyzująco odczuwającego związek z naturą i poprzez nią określającego swoje miejsce w świecie.

    audubon2

    W ten sposób, do czego dobrowolnie przyznają się we wstępie, autorzy współtworzą raczej duchową niż historyczną biografię Audubona, który sam też nie stronił od autokreacji. Jakiekolwiek odstępstwa od prawdy, opatrzone w ważniejszych przypadkach przypisami (jak możliwa rozmowa z młodym Darwinem, zapowiadająca konfrontację ewolucjonizmu i kreacjonizmu, z którym bliskość odkrywamy w wypowiedziach Audubona), nie są jednak ideowym przekłamaniem. Nie pozwalają sklasyfikować jednoznacznie postaci jako ornitologa, malarza, miłośnika przyrody, składając się na dowód niestrudzonej drogi, podporządkowanej wierności życiowym dążeniom, ale i odkrywanym w jej trakcie czysto ludzkim obawom i tęsknotom.

    Tak też zilustrowane są losy małżeństwa Johna Jamesa. Obraz Audubona wpatrującego się w umieszczony na kopercie kieszonkowego zegarka wizerunek żony, gdy sam znajduje się na luizjańskich bagnach, w chacie ukrywającego się wraz ze zbiegłą rodziną niewolnika, znajduje dopełnienie w trzeźwym pytaniu, jakie zadaje mu ocalający artystę „przed samym sobą” doktor: „Ma pan jakichś przyjaciół, rodzinę?”. Rzecz jasna, postawa Lucy, żony bohatera, dającej mężowi przyzwolenie (a nawet błogosławieństwo) na obsesyjną tułaczkę i zmuszonej do wysłuchiwania wypowiedzi „Jednak uważam, że żonaty mężczyzna powinien być przy małżonce i dzieciach”, nie zaskarbi sobie przychylności feministycznej krytyki, ale diabli z tym. W tym wydaniu to przejmująca historia uczucia pełnego zrozumienia, szacunku i wyrzeczeń. Chciałbym tylko wiedzieć, czy przytoczona przez scenarzystę przypisywana Lucy korespondencja jest autentyczna.

    audubon3

    Głównym wątkiem pozostają wszak okoliczności powstania (i wydania!) jednego z najcenniejszych spośród białych kruków znanych dzisiejszym antykwarycznym rezerwatom. Podróż przez leśne głusze, niesielankowe obrazy z życia osadników, przebyta choroba – wszystko zyskuje symboliczny wymiar, podnoszący zaangażowanie Audubona do poziomu romantycznej percepcji. Właściwą jej wizyjność autorzy podkreślają, używając w jednej z sekwencji nastrojowego wiersza Williama Blake’a, w innej zaś obrazów, jakie wyrastają z pamięci gorączkującego badacza pod wpływem indiańskich praktyk medycznych. Te ostatnie, przedstawiające na sześciu planszach szamańską podróż do krainy duchów, są przejmującym skrótem traum i kompleksów, którym Audubon przeciwstawia swoją niezłomność w dążeniu do celu.

    Tym zaś pozostają ptaki – chęć uchwycenia, wyszczególnienia ich gatunkowego bogactwa, różnorodności kształtów, wielkości, upierzenia, specyfiki zachowań i najbardziej urzekającego dla człowieka fenomenu lotu. I jakkolwiek metoda, którą posługiwał się Audubon celem jak najwierniejszego ujęcia wszystkich wymienionych czynników, dziś może budzić zrozumiały sprzeciw, to podziw, jakim darzył te twory natury, przebija nawet z komentarzy towarzyszących preparacji modrosójki (tak, tego ptaka, którego najsłynniejszym przedstawicielem jest Mordechaj ze Zwyczajnego serialu). Komiks daje nam szansę zapoznania się z próbką talentu XIX-wiecznego artysty w postaci reprodukcji 4 spośród 435 akwatint stanowiących całość Ptaków Ameryki i nawet tak skąpe oględziny pozostawiają nas w niedowierzaniu wobec decyzji amerykańskich towarzystw naukowych, odmawiających subskrypcji „zbyt ekspresjonistycznych” prac. Kolejne w dziejach ludzkości starcie witalizmu z akademizmem.

    audubon4

    Ano właśnie. Sam rozpisałem się w sposób niebezpiecznie bliski akademickiemu, gdy z omawianego komiksu bije przede wszystkim witalistyczne źródło. Zasila je, rzecz jasna, życiorys Audubona, ale naprawdę pięknie tę atmosferę oddaje praca Royera. W rysunku i narracji prezentuje się on jako godny uczeń franko-belgijskiej „nowej fali” komiksu (jeśli sympatyzujecie z kreską Joanna Sfara czy Christophe’a Blaina, to i Royer nie sprawi wam zawodu), przy czym kolorystycznie jest to, moim zdaniem, wspaniały świadomy trybut złożony malarstwu romantycznemu, doznaniu przestrzeni, jakie bije z obrazów Caspara Davida Friedricha. Oczywiście nie każdy kadr jest tym naznaczony, ale krajobrazy otwierające poszczególne rozdziały i wszystkie momenty podbarwione przechodzącym przez odcienie żółci, pomarańczy i czerwieni słonecznym światłem dają bardzo ciepły, plastyczny efekt. Podobnie przy odwrotnej, ciemniejącej palecie barw, która odmalowuje leśne ostępy – wszystko miękkie, gęste, pastelowe. Widać wszystkie walory użytych tradycyjnych technik – pasteli, kredki, pewnie i akwareli, co samo w sobie jest formą ukłonu w stronę dzieła Audubona.

    Po raz kolejny, gdy mam do czynienia z komiksem firmowanym przez Marginesy trudno mi znaleźć coś, co ustosunkowałoby mnie doń negatywnie. Audubon. Na skrzydłach świata to opowieść imponująca precyzyjnym rozmieszczeniem akcentów budujących wiarygodny obraz Ameryki z pierwszej połowy XIX wieku w oparciu o życie nieprzeciętnego człowieka, którego kresowi towarzyszyło z jednej strony spełnienie, z drugiej zaś rozczarowanie ludzkim gatunkiem, jego bezmyślnością i degeneracją. I, zgodnie z pomyślnie zrealizowaną intencją autorów, równie wiarygodny, inspirujący portret duchowy ambasadora gromady Aves.

    Wydawnictwu Marginesy serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Audubon. Na skrzydłach świata
    Wydawnictwo: Marginesy
    Scenariusz: Fabien Grolleau
    Rysunki: Jérémie Royer
    Typ: Komiks
    Gatunek: biograficzny
    Data premiery: 22.05.2019 r.
    Liczba stron: 192

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + ciekawa interpretacja ciekawego życiorysu
    + tło historyczne
    + romantyczny rodowód opowieści
    + piękna, malarska szata graficzna
    + wzbogacające odbiór materiały dodatkowe
    + bardzo staranne wydanie

    Minusy:
    - gdyby tak jeszcze ze dwie reprodukcje... albo cztery...

    Dodaj komentarz

    avatar
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.