Więcej

    W 5 lat dookoła świata. Recenzja książki Podróż na okręcie „Beagle”

    KorektaYaiez
    Okładka polskiego (nareszcie!) wydania
    Okładka polskiego (nareszcie!) wydania

    Kto z was kojarzy film Piraci wyprodukowany w 2012 r. przez niepotrzebujące rekomendacji studio Aardman Animations? Jego pełny tytuł, nieuwzględniony w polskim tłumaczeniu, brzmi In an Adventure with Scientists i właśnie takie rozwinięcie (choć dziś nie brzmi już ono zbyt oryginalnie) mógłbym zaproponować jako hasło zachęcające do lektury pewnej książki wszystkim tym, którym sama osoba autora nie sugerowałaby odpowiedniego dla potrzeb rozrywkowych dawkowania emocji na niemal 600 stronach tekstu. Taką bowiem objętość ma Podróż na okręcie „Beagle” Karola Darwina, przyrodnika, którego obecność w świecie nauki i kultury (oraz popkultury, czego wspaniałym dowodem jest również wspomniana animacja) nie wymaga komentarza.

    Książka ta jest, oględnie mówiąc, zapisem różnorodnych doświadczeń, zebranych przez Darwina podczas asystowania w latach 1831-36 w zleconej przez brytyjską Admiralicję wyprawie, której kartograficznym celem były wybrzeża Ameryki Południowej. Zapisem zredagowanym i uporządkowanym przez samego autora na potrzeby, jak to sam ujmuje w przedmowie z 1845 r., „lektury popularnej”, zawierającej „dzieje naszej podróży i szkic tych obserwacji z zakresu historii naturalnej i geologii, które, jak sądzę, mogą zająć ogół czytelników”. Czy tak wydane pod sąd XIX-wiecznego „ogółu” podróżnicze i przyrodnicze sensacje i dziś mogą liczyć na pozytywny werdykt?

    Wszyscy gotowi? Można wypływać?
    Wszyscy gotowi? Można wypływać?

    Różnorodność perspektyw, jakie Darwin przyjmuje w trakcie owych obserwacji, przypomina możliwości ciała i wdzianka Inspektora Gadgeta. To nie tylko całokształt nauk przyrodniczych skrywający się pod archaicznym dziś pojęciem historii naturalnej, nie tylko geologia, ale i etnografia, socjologia, polityka gospodarcza, ekonomia… Biorąc sprawiedliwie pod uwagę wiek autora (w chwili rozpoczęcia rejsu miał 22 lata!), jak i ówczesne standardy brytyjskich uniwersytetów, jego wszechstronność i rzetelność badawcza prezentuje się jako niewątpliwy fenomen. Nie myślcie jednak, że metodyczność rozlicznych opisów i towarzyszący im bezsprzeczny zapał dają razem ostatecznie coś nużącego i przytłaczającego (znamy to uczucie, prawda, geekowi i nerdowi apostaci?) w dość hermetycznej ekstazie. Tak, Darwin nie kryje się ze swoją pasją, momentami przypomina biednego Ali Babę, przed którym Sezam objawił swoje nieprzebrane bogactwa, przy czym, podobnie jak bohater Baśni z tysiąca i jednej nocy, nie traci do końca głowy, a przede wszystkim świadomości tego, że jest reprezentantem nie tylko świata nauki, ale i dżentelmenem, nieodrodnym synem Wielkiej (i kolonialnej) Brytanii.

    Żywa, czujna, otwarta postawa odkrywcy czyni atrakcyjnymi zarówno te części poszczególnych rozdziałów, w których Darwin niezmordowanie dopasowuje do nowych okazów fauny i flory klasyfikacyjne klucze, jak i te, gdzie prowadzi nas w miejsca znane przeciętnemu adeptowi geografii jako nazwy i terminy porozsiewane z różnym stopniem precyzji po mapie południowej półkuli. Czy opowiada o kapibarach czy o Kordylierach, jest równie zaangażowany i intrygujący. W swojej narracji zbliżył się dla mnie do ideału wykładowcy, który w trakcie wywodu nie daje czasu na oddech, lub wręcz sprawia, że sami o nim zapominamy, a gdy odzyskujemy jego świadomość, czujemy, że nasycony został czymś świeżym i ożywczym. No dobrze, współcześni miłośnicy biologii i geografii na pewno nie doznają hiperwentylacji skutkiem chłonięcia Darwinowskich opowieści (nie są to już rewelacje na miarę współczesnych autorowi czasów), ale wszak w tym przypadku chodzi o swoistą możliwość podróży w czasie za pośrednictwem świadectwa jednego z najbardziej ikonicznych naukowców i to jeszcze przed przyznaniem mu tej rangi.

    Jak to jednak wie każdy, kto miał okazję skonfrontować się z rzeczywistością uniwersyteckiej auli, wiedzę tam udostępnianą dobrze jest sobie rozsądnie dawkować. Darwin i w tym aspekcie dba o atrakcyjność i uporządkowanie przekazu, każdy z XXI rozdziałów opatrując na wstępie hasłowym wykazem zawartości. Te wyliczenia wykazują swoją przydatność, gdy chcemy wrócić do któregoś wątku (a we mnie taka chęć powstawała nader często po ukończeniu lektury całości), zaś obietnicę wrażeń, jaką ze sobą niosą, najlepiej zilustruje cytat. Oto wybór (całość tego swoistego argumentu jest dwukrotnie dłuższa) zagadnień poruszonych w rozdziale IV, noszącym tytuł Rio Negro do Bahia Blanca – Napady Indian na estancje – Święte drzewo – Zając patagoński – Rodziny indiańskie – Generał Rosas – Solne wykwity – Zorillo. Czujecie się wystarczająco zafrapowani tą panoptyczną formułą?

    Autochtoni z Patagonii
    Autochtoni z Patagonii

    Jeżeli odstręcza was wizja opowieści choćby najbardziej porywającej, ale wciąż jednak niebezpiecznie bliskiej serii wykładów, to może bliższa będzie wam sceneria rodem z awanturniczych powieści Karola Maya? Z podstawową różnicą – historie przytaczane przez Darwina, nie będącego dodatkowo uprzywilejowanym w tym środowisku westmanem pokroju Old Shatterhanda, są wynikiem czasu spędzonego pośród gauchów, obserwacji rodzimych mieszkańców Ziemi Ognistej, Tahiti czy Australii. Barwność tak przedstawionego materiału etnograficznego jest po prostu niesamowita. Darwina fascynuje organizacja i potencjał życia w danych społecznościach, sąsiedztwo kontrastów obyczajowych, jak kwestia honoru i kłamstwa, zdumiewa go bierność życiowa i wszystko to, co każe mu weryfikować jego humanistyczną ideę ludzkiego rozwoju.

    W swoich wnioskach na temat kondycji rasy ludzkiej (przy rozróżnieniu cywilizacyjnego zaawansowania, którego najwyższy stopień przedstawia brytyjskie społeczeństwo) pozostaje jednak zasadniczo krytyczny. Odważnie wypowiada się na temat niewolnictwa, eksterminacji Indian, fiaska republikańskich i chrześcijańskich idei na terenach, gdzie „tyrania jest bardziej stosowna” (nie omieszkując dodać, że jest to wynik „wychowania, jakie im dała wyrodna matka, Hiszpania”), kreśli momentami obrazy spodlenia ludzkiego gatunku równie wymowne jak Okropności wojny Goi. Trzeźwo ocenia zagrożenia związane z kolonizacją, zarówno te dotyczące płaszczyzny kulturowej, jak i naruszające naturalność ekosystemów.

    Ciepłe przyjęcie na Ziemi Ognistej?
    Ciepłe przyjęcie na Ziemi Ognistej?

    Dziewiczość i egzotyczność tych ostatnich wprawia go w zachwyt nie tylko za sprawą bogactwa nowych materiałów badawczych, ale i czysto estetycznie. Plastyczność języka, jakim się posługuje, ma w sobie naraz, gdy chodzi o nakładające się w krajobrazach kształty czy barwy, badawczą precyzję i zmysłową poetyckość. Zwłaszcza w opisach lasów znajdziemy gęstość właściwą XX-wiecznej prozie iberoamerykańskiej. Darwin chłonie pewne wrażenia jak romantyk, by inne ocenić z właściwym sobie dystansem wobec własnego oglądu i prognoz, jak w chwili, gdy wyznaje „Znużyło mnie już powtarzanie epitetów ‘suchy’ i ‘jałowy’. Znaczenie tych słów jest jednakże względne”. Łączy tym samym w sobie ową stanowiącą o filozofii epoki rozbieżność, którą na polskim gruncie programowo wiążemy z cytatem z Romantyczności: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie / Niż mędrca szkiełko i oko”. Należy przy tym pamiętać, że czas sformułowania przez Darwina teorii ewolucji i odejścia od kościoła ma dopiero nadejść.

    Właśnie. Pośród wszystkich odkryć, istotnych zarówno dla świata nauki jak i dla charakteru młodego przyrodnika, przełomowy, co pokażą następne lata, pobyt na Galapagos jest tylko wyimkiem długiej i jednako oszałamiającej jak i żmudnej podróży (sam Darwin trzeźwo podaje, że czas, jaki spędził na lądzie, bodaj o 80 dni jedynie przewyższył okres żeglugi). Wędrówki przez pampę, lasy Brazylii, równinę La Platy, wzdłuż linii Andów, interpretowanie procesów geologicznych i wynotowywanie obrazków obyczajowych tworzą imponującą rozmiarami mapę podróży. Darwin nie heroizuje jednak swoich osiągnięć (czym mógłby być wzorem dla wielu tych, którzy z tupetem poczynają sobie na polu modnej dziś literatury turystycznej, przepraszam, podróżniczej) i sam w iście dżentelmeński sposób dokonuje finalnie rozrachunku całego przedsięwzięcia, prezentując owe wyniki potencjalnemu naśladowcy tymi oto słowy: „Pod względem moralnym podróż powinna go nauczyć pogodnej cierpliwości i wyzbycia się egoizmu; powinien umieć dbać sam o siebie i być zadowolony w każdej sytuacji.” Dodaje jednak, że „Jeśliby ktoś cierpiał na chorobę morską, niechaj poważnie to weźmie pod uwagę (…) nie jest to drobna rzecz, z której można wyleczyć się po tygodniu.” Ale cóż, panie Karolu, minęły lata i dziś się lata…

    Ot, dziwa natury - dziobaki, kangury...
    Ot, dziwa natury – dziobaki, kangury…

    Choć nie miałem do czynienia z oryginałem, chcę bezwzględnie pochwalić pracę tłumacza, Kazimierza W. Szarskiego. Oddanie specyfiki języka i składni wynikających z epoki jak i skrupulatności i wysmakowania właściwych stylowi Darwina musiało wymagać dużej uwagi i wprawy.

    Nie żałuję ani chwili z czasu spędzonego na podróżowaniu dookoła świata śladem życzliwie pozostawionym przez Karola Darwina. I Wam, drodzy amatorzy przygód (w tym wypadku szczególnie zaś czytelniczych), polecam mieć w pamięci następujące słowa ojca ewolucjonizmu: „Granice wiedzy ludzkiej w każdej dziedzinie budzą najwyższe zainteresowania, zainteresowania tym silniejsze może, iż graniczą z królestwem wyobraźni”. To jak? Zainteresowani?

    Wydawnictwu Marginesy serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Podróż na okręcie „Beagle”
    Wydawnictwo: Marginesy
    Autor: Karol Darwin
    Tłumaczenie: Kazimierz Witalis Szarski
    Typ: książka
    Gatunek: popularnonaukowa/reportaż
    Data premiery: 20.11.2019
    Liczba stron: 592

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    +bezcenny dokument epoki
    +osobista bogata perspektywa autora
    +włączenie do polskiej edycji fragmentów dziennika Darwina
    +fascynujące partie reportażowe
    +wgląd w historię rozwoju nauk przyrodniczych i geografii
    +imponująca rozległość obserwacji
    +udzielające się zaangażowanie autora

    Minusy:
    -momentami przytłaczająca ilość informacji

    Dodaj komentarz

    avatar
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.