SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Powody do nienawiści. Recenzja komiksu Jessica Jones tom 3: Powrót Purple Mana

    KorektaLilavati
    Oczywisty motyw kolorystyczny.

    Historia stara jak świat. Mamy kultowy komiks, w tym przypadku Alias, postać zostaje zgarnięta do mainstreamu za pomocą ekranizacji, więc twórcy z jakiegoś powodu nagle zaczynają odczuwać kreatywną potrzebę powrotu do dawno zakończonych wątków. Jessica Jones na Netflixie zebrała mieszane recenzje, ale jej udział w dostarczeniu Brianowi Michaelowi Bendisowi motywacji do napisania nowej serii z bohaterką jest oczywisty. Niezależnie od przyczyn powstania, komiks w drugim tomie zaczął powoli doganiać jakościowo kultowego poprzednika – czy trójka, będąca jednocześnie zakończeniem historii, utrzymuje tę tendencję wzrostową?

    Jessica w Nowym Jorku nie ma łatwo. Jako kobieta, detektyw, żona Luke’a Cage’a, matka i była superbohaterka musi zmagać się z niechcianym rozgłosem i typowo spandeksowymi problemami, ale głównie z ciężarem traumatycznej przeszłości. Zdawać by się mogło, że większość trudności zniknęła za horyzontem – córeczka dorasta w zdrowiu, w rodzinie zapanowała zgoda, Luke zajmuje się swoimi superbohaterskimi eskapadami, a biznes się kręci (mozolnie, ale jednak). Nic co dobre nie pcha fabuły do przodu, więc w celu zainteresowania czytelnika scenarzysta zdecydował się na okrutny krok – pozwolenie na ucieczkę z więzienia Purple Manowi. Zwyrodnialec umiejący zmusić każdego do wykonywania swoich poleceń ładuje się więc z purpurowymi butami w odbudowane z ogromną trudnością życie Jessiki, znów stawiając ją w centrum grozy obejmującej właściwie cały świat.

    Standardowy dzień Cage’a.

    Zacznę od najważniejszego. Purple Man jest odrażający i skrajnie toksyczny w obrzydliwy sposób – manipuluje swoją ofiarą, pastwi się nad nią i obwinia za całą zaistniałą sytuację. Wybiela się i manifestuje pozorną chęć zmiany, czego skutkiem jest tylko zwiększenie cierpień Jessiki. Jego obecność jest odczuwalna, nawet gdy nie ma go w kadrze – przesłania światło widmem nieuniknionej grozy i tylko częściowo wynika to z jego nadludzkich możliwości. Nie jestem pewny, czy mam prawo to oceniać, ale nakreślony przez Bendisa obraz zbydlęconego, narcystycznego sadysty wydaje mi się adekwatnie ohydny. Żadnego umniejszania przewinień i usprawiedliwiania, rzadko kiedy miałem tak ogromną ochotę dać w ryj komiksowemu antagoniście. Za tak sprawne przedstawienie delikatnej sprawy, stojące w sprzeczności do słów wypowiadanych przez samego oprawcę, należy się Bendisowi pochwała. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, choć z początku obawiałem się, że złagodzi winy potwora i da mu niezasłużoną szansę na odkupienie.

    Muszę jednak odpowiedzieć na pytanie kończące pierwszy akapit – nie, trzeci tom nie jest lepszy od drugiego, ale jeszcze jakieś plusy się znajdą. Fabuła dalej cieszy przyziemnością świadomą ogromnej skali świata, w którym się toczy. Nie wracamy do epickiego superbohaterstwa z początku serii, wszystko wciąż skupia się na protagonistce i jej przeżyciach, ale autor pamięta o worldbuildingu i wplata w historię innych herosów w taki sposób, że nie zaburzają oni jej klimatu. W związku Jessiki i Luke’a czuć naturalną chemię, a i reszta postaci ma konkretne, konsekwentnie wyrażane charaktery. No prawie, bo w jednym z kluczowych momentów Iron Fist zachował się jak totalny idiota.

    Piękna mina po przekątnej strony.

    Niestety jednocześnie wypłynął problem, który udało się łysolowi trochę opanować poprzednio – przekombinowane, segmentowane i skrajnie nienaturalne dialogi. Stresująca sytuacja mogłaby teoretycznie usprawiedliwić mentalną czkawkę rozmawiających postaci, ale zarówno Jessica, jak i jej nemezis (a także wszystkie inne postaci) gadają z całkowitą pewnością i zdecydowaniem, tylko czasem całkowicie porzucają logiczny ciąg wypowiedzi i jakiekolwiek normy codziennej mowy. Wydaje mi się, że im poważniejsze tematy Bendis stara się podjąć, tym bardziej pisane przez niego postacie zaczynają biadolić w określony sposób. Sposób trudny do ogarnięcia, mający nadać mrocznej głębi. Jakby słowa stawały w gardle. Jakby dziesiątki przerw miały być sygnałem. Sygnałem ogromnego ciężaru duszy. Sygnałem bólu. Sami widzicie, że ciężko się to czyta i nie pomaga nawet samoświadomość, z którą Purple Man przyznaje swoją nieumiejętność prowadzenia normalnej rozmowy. O dziwo, tylko cudem chyba, nie zabija to powagi i strachu czającego się pod dziesiątkami dymków.

    Niezmiennie wzorowo spisali się Michael Gaydos i Matt Hollingsworth. To w sumie zabawne, że przy trzecim tomie chwalę ich już prawie bezwarunkowo – przecież nosząca znamiona tracingu kreska rysownika z początku raczej nie wzbudzała mojego zachwytu. Widocznie po prostu trzeba się trochę przyzwyczaić do tego stylizowanego, pogrążonego w mroku realizmu. Ujęcie prostych kształtów i mimiki w gruby kontur doskonale pasuje do całkowitej powagi fabularnej albumu i nawet powtarzające się kadry, tak charakterystyczne dla scenariuszy Bendisa, używane z nieprzesadną częstotliwością wydają mi się skutecznym narzędziem spokojnej narracji wizualnej. Mocne, ale dalekie od jaskrawości kolory łączą się w odpowiednie dla poszczególnych scen zestawy spójnych tonacji, przez które czasem przebija się wyjątkowo złowroga purpura. To dzięki oprawie graficznej niezbędny patos nie przegrał ostatecznie z tą bardziej niedorzeczną częścią dialogów.

    Bendis pamięta o innych postaciach, zwłaszcza o tych własnego autorstwa.

    Największym problemem trzeciego tomu, a w sumie i całej serii, jest rozbicie jej na trzy segmenty. Wątek traumy jest wcześniej lekko zarysowany, a zamykająca historię konfrontacja z lękami tylko pobieżnie wynika z wcześniejszych wydarzeń. Z tego powodu całość wydaje się zbyt pośpieszna i rozwarstwiona, brakuje poczucia logicznej ciągłości i możliwości zaangażowania się w jakąś dłuższą, spójną fabułę. Powrót Purple Mana, jak i poprzedni tom, radzą sobie całkiem nieźle jako osobne komiksy, ale przez rozbicie sporo brakuje im do genialnego Alias. Co więcej – osoby wrażliwe i dotknięte przemocą mogą poczuć się podczas lektury naprawdę niekomfortowo. Dla kogo więc jest ten komiks? Głównie dla miłośników trochę poważniejszego superhero, którzy posiedli wyjątkową zdolność olewania dialogowego szaleństwa Bendisa. Gdzieś za nim skrywają się jeszcze jakieś objawy wyczucia i szacunku do postaci, a przede wszystkim niepowtarzalna okazja do znienawidzenia jednego z najrealniej potwornych superzłoczyńców Marvela.

    Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Jessica Jones tom 3: Powrót Purple Mana
    Wydawnictwo: Marvel Comics / Mucha Comics
    Autorzy: Brian Michael Bendis, Michael Gaydos, Matt Hollingsworth
    Tłumaczenie: Marek Starosta
    Data premiery: 18.12.2019
    Liczba stron: 136

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + warstwa wizualna
    + adekwatnie antypatyczny Purple Man
    + świadomość settingu

    Minusy:
    – pozostawia niedosyt
    – Bendis poszalał z dialogami

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x