SIEĆ NERDHEIM:

Taki tam sobie finał. Recenzja książki Na wojnie nie ma niewinnych

KorektaVivique
Na wojnie nie ma niewinnych – okładka książki

Na przestrzeni kolejnych tomów Heksalogii Aneta Jadowska wyczyniała ze swoją bohaterką rzeczy nieprzyzwoite, bezczelnie narcystyczne i mocno naciągane. Niezwyciężona i cudowna wiedźma z Torunia wygrałaby tytuł najbardziej napakowanej Mary Sue w przedbiegach, płosząc przeciwniczki jednym warknięciem. Dora na swoim zgrabnym kolanie złamała chyba wszystkie fabularne prawa, wątki główne omijała efektownym szpagatem, a każdą rzuconą pod nogi kłodę przerabiała na wykałaczki – nie łapiąc przy tym nawet zadyszki. Historia o chodzącej kompilacji fantastycznych mocy zasłużyła na wielki i brawurowy finał… Naprawdę wielka szkoda, że takiego nie dostała. 

Dora po odchorowaniu przelotnego opętania wraca z piekła (odpowiednio skondensowana dawka Marysuixu Forte szybko postawiła ją na nogi). Tymczasem w Toruniu i okolicach czekają na nią niespodzianki. Ktoś ewidentnie zaczął jej podskakiwać. I to z premedytacją. Jej przyjaciel zostaje porwany i przetrzymywany w strasznych warunkach, potężna prababka nie odpowiada na wezwania, a stadko nabuzowanych wilkołaków warczy na nią niczym książkowe przykłady osiedlowych dresów. Ogólnie rzecz biorąc, atmosfera w okolicy schodzi na psy. Szybko wychodzi na jaw, że za wszystko odpowiedzialny jest jeden z członków Starszyzny. Brunon, podnosząc rękę na bliskich Dory, udowodnił, że… w ogóle nie czytał poprzednich tomów, a instynktu samozachowawczego nie ma za grosz. Dora w zaistniałą sytuację wchodzi na pełnej wiedźmie. Chwilę później rozpoczynają się polityczne roszady, wyciąganie brudów, szantaże oraz odczynianie hitlerowskich zaklęć bojowych.  

Na wojnie nie ma niewinnych - okładka książki
Na wojnie nie ma niewinnych – okładka książki

I stało się. W końcu nadszedł wielki finał serii będącej wyjątkowo frywolną wariacją na temat urban fantasy. Pięć dotychczasowych tomów robiło co chciało z konwencją, stając się w międzyczasie poradnikiem Jak na skróty pokonać przeciwności losu i wyglądać przy tym bajecznie. Podczas tej zwariowanej przygody czekało nas wiele zaskoczeń. Wszystko zaczęło się od harlequina pełnego dwuznaczności, który sprowadzał absolutnie każdy wątek do seksualnego parteru. Następnie otrzymaliśmy maraton uwielbienia i wzdychania tak intensywnego, że od stania w powstałym przeciągu można było nabawić się przeziębienia. Trafił się także seksualno-narcystyczny przekładaniec, rodzinne spotkania z obowiązkowym podtekstem oraz demoniczne opętanie, które wcale nie było straszne. Zamiast wyginania stawów i przemawiania głosem Legionu prastare demonisko przywoływało mokre sny. Dodatkowo Heksalogia była nieprzyzwoicie naszpikowana marysuizmem, fabularnymi skrótami oraz słabo napisanymi postaciami. Autorka niemal na każdym kroku zaskakiwała kolejnymi szaleństwami. Podczas czytania, zamiast zastanawiać się, czy fabuła zostanie w ogóle naciągnięta, mogliśmy po prostu zgadywać, kiedy to się stanie i do jakich granic. Po takiej mieszance można było oczekiwać wielkiego, wręcz nieprzyzwoitego, finału.  

Szczerze, to w decydującej batalii spodziewałem się Gandalfa wyjeżdżającego zza pagórka, rodziny Cullenów biegnącej przez las w markowych dresach, Pottera na zniczu goniącego za miotłą oraz Dory pojawiające się na polu bitwy na gadającym lwie, czarownicy albo starej szafie. Dobra, liczyłem na finałowe starcie, które rozmachem mogło przynajmniej równać się z powyższą wizją. Tymczasem zakończenie serii jest całkiem przeciętne, a książka sprawia wrażenie kolejnego tomu rozgrzebującego świat przedstawiony. 

Finał jest dość bezbarwny i pozbawiony efekciarstwa. Po dotychczasowych wyczynach autorki można było liczyć na to, że i tym razem da się porwać twórczemu uniesieniu. Mimo to szósty tom nie oferuje żadnych specjalnych fajerwerków. W książce znajdziemy za to sporych rozmiarów chaos. Zamiast zamykania mniejszych i większych wątków otrzymujemy kilka świeżych, a wraz z nimi całe stadko nowych postaci, rodzinnych sporów, organizacji, planów astralnych i zaklęć z przeszłości. Za rozbudowanie świata oraz kilka interesujących pomysłów należy się pisarce spory plus. Jednak dorzucenie ich w ostatniej chwili do książki wieńczącej serię – gdzie wszystko powinno się gładko kończyć, a nie dopiero rozkręcać – wypada raczej słabo. Dobija także fakt, że Jadowska dodała nowy asortyment dokładnie w swoim stylu: sięgnęła po ciekawe popkulturowe tropy, dorzuciła je do historii, by już po chwili szybko je pozamiatać. Kilka elementów u podstaw brzmi interesująco, jednak stanowią one raczej ozdobniki niewykorzystane w pełni. 

Na wojnie nie ma niewinnych - okładka książki
Na wojnie nie ma niewinnych – okładka książki

Zaskoczeniem jest także fakt, że historia na ostatniej prostej pozbawiona jest sentymentalnej atmosfery. Autorka porzuciła większość istotnych elementów z poprzednich tomów. Część bohaterów – w tym duet przystojnych skrzydłowych Dory, którzy tak bardzo nie mogli się z nią rozstać – zostaje rzucona w kąt. I to nawet nie na drugi plan. Oni zostali wepchnięci kolanem za scenografię, byle tylko nie przeszkadzać przy nowym wątku głównym. Miron i Joshua gdzieś daleko w tle zajmują się zniknięciem niebezpiecznej piromanki. Autorce jednak historii pobocznej nie chce się w ogóle prowadzić, dlatego przebieg dochodzenia poznajemy ze składanych przez chłopaków od czasu do czasu raportów. Nie jest to jednak ani ciekawe, ani wciągające i z całą pewnością nie wygląda atrakcyjnie z punktu widzenia całej serii. Rozerotyzowani Starsky i Hutch pojawiają się jedynie, by stwarzać wrażenie, że istotni bohaterowie nie zniknęli tak całkiem. No bo przecież są i czymś tam cały czas się zajmują. 

W finale znikają także inne elementy historii. Dora przez większość serii zbierała magiczne zdolności niczym podekscytowany gracz podczas dziewiczego przedzierania się przez fabułę RPGa. Teraz jednak do wypchanego ekwipunku niemal nie zagląda. Wiedźma nie używa anielskich skrzydełek, nie przyzywa wampirów do pomocy, po energię anielsko-diabelskiego trójkąta nie sięga, a tajemnicze połączenie z Aniołem Śmierci nadal nie dostaje puenty. Jadowskiej wyraźnie spodobały się wilkołacze korzenie bohaterki i tych się przede wszystkim trzyma. Wygląda na to, że w międzyczasie autorka zdała sobie sprawę, że nieco przesadziła z doładowaniem protagonistki i tworzenie magicznego Terminatora na dłuższą metę nie miało sensu.  

W finałowym rozdaniu nie zabrakło także większości wcześniejszych wad i słabości, które na dobre wrosły w serię. Niedociągnięcia Heksalogii zadbały o frekwencję i pojawiły się niemal w pełnym składzie. Czarny charakter ponownie przypomina dojrzewającego chłopca maskującego niską samoocenę napadami agresji (pod taką definicję można wsadzić w zasadzie każdego przeciwnika Dory). Autorka nadal podąża fabularnymi skrótami, natomiast postaci drugoplanowe pozostają jednowymiarowym tłem. Pojawia się także obowiązkowy numerek ratujący dramatyczną sytuację – tym razem można uznać go jednak za przejaw dystansu do własnej twórczości. Pod pewnymi względami w ostatnim tomie dostajemy po prostu klasyczną Dorę Wilk.   

Na wojnie nie ma niewinnych - okładka książki
Na wojnie nie ma niewinnych – okładka książki

Tak w ramach pożegnania Heksalogia o wiedźmie zasłużyła na kilka pochwał. Seria w dwóch ostatnich tomach zaczęła się rozkręcać. Szczególnie widać to w urozmaiceniu sztampowego zestawu niebezpieczeństw (nadal są one płaskie i tylko potencjalnie problematyczne, ale jednak były trochę świeższe). Po odklepaniu obowiązkowych złych magów, nieokrzesanych zmiennokształtnych i wampirów w lateksowych wdziankach, Jadowska zaczęła kombinować i wykazywać się coraz wyraźniejszym popkulturowym drygiem. Szkoda tylko, że ten nie miał szans się bardziej rozwinąć, bo fajne pomysły autorka i tak przerzucała przez ramię do poziomu, w którym Dora mogłaby nad nimi przejść bez konieczności unoszenia kolan zbyt wysoko. W Egzorcyzmach Dory Wilk trafiło się opętanie, egzorcyzmy, a nawet przybliżenie zwyczajów mieszkańców piekła. Wcześniej w tle pojawiły się międzymitologiczne sojusze i rewolucje, natomiast w ostatnim tomie autorka sięga po wilkołaki związane z pewną elitarną niemiecką jednostką wojskową. Rozbudowa świata przedstawionego zaczęła wychodzić coraz ciekawej. Tym bardziej szkoda, że seria się skończyła, nim niektóre koncepcje naprawdę się rozkręciły. 

Na wojnie nie ma niewinnych jest słabym zakończeniem serii. Wątki z poprzednich tomów nie doczekały się zamknięcia, wielki finał nadchodził na niskim biegu, a książce zdecydowanie zabrakło sentymentalnego klimatu. Ostatni tom serii wypada znacznie lepiej po prostu jako urban fantasy. Zestaw ciekawych pomysłów robi bowiem wrażenie i zaostrza apetyt. Większego luzu i przełamywania schematów trzeba jednak poszukiwać w kolejnych seriach Jadowskiej. Ta dobiegła końca… jednak bez oczekiwanych akrobacji. Wielka szkoda, że nie skończyło się z przytupem. 

Autor tekstu prowadzi na Facebooku stronę RuBryka Popkulturalna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Na wojnie nie ma niewinnych
Cykl: Heksalogia o Wiedźmie
Wydawnictwo: SQN
Autor: Aneta Jadowska
Data premiery: 19.11.2014
Data wznowienia: 12.08.2020
Gatunek: Urban Fantasy

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
MiriadyD
Miriady
10 miesięcy temu

Tak…Aneta Jadowska ma swój styl i nie każdemu on podchodzi.

Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.