
„Wyruszyliśmy, pełni nådziei i ødwågi, pewnegø pøchmurnegø rånkå…”. Tak, słowa, którymi skandynawski intelektualista Leknåsen rozpoczyna swoją opowieść w Wielkiej przeprawie, 22 części przygód Asteriksa, powracały do mnie wielokrotnie podczas lektury Zuchwaliady Halldóra Laxnessa. Dowcip Gościnnego genialnie zamyka w trzech kadrach specyfikę poetyki sagi jako przykładu literatury heroicznej, a nawet bardziej heroizującej. Laxness parodię gatunku poprowadził o wiele dalej, włączając w nią bezpardonową demitologizację „wikińszczyzny” i równie krytyczny obraz wczesnośredniowiecznej międzypaństwowej polityki, w której o wartości sojuszy zaczyna przesądzać chrystianizacja. Efekt jest wbrew pozorom nieoczywisty – karykatura etosu wojownika i władcy wzbiera ponurym śmiechem historii, tej dziejowo cyklicznej, gdzie odwaga i chwała zdobią wypolerowany przód medalu, na którego odwrocie wyryto już bez finezyjnych ornamentów hasło podboju i władzy.
Główni bohaterowie Zuchwaliady, Thorgeir Hávarsson i Thormóður Bessason, pozostają konsekwentnie oślepieni blaskiem awersu tegoż trofeum, a to za przyczyną sag i opowieści sławiących nade wszystko bitewne zasługi oraz status zawdzięczany łupom. W takim układzie nie mniejszą rolę odgrywa ów, kto zagwarantuje tym czynom wieczystą pamięć i rozreklamuje ich autora, a przy tym i swoje imię, czyli skald. Dlatego przydział ról przebiega bezproblemowo – twardogłowy Thorgeir dzierżyć będzie broń konwencjonalną, złotousty i pięknolicy Thormóður oręż poezji. Ponieważ jednak w rodzinnych stronach junacy nie znajdują nadmiaru okazji do zrealizowania swoich ambicji, ruszają na tytułową „zuchwaliadę”, w myśl której wiking „Wszelką cudzą własność sobie przypisuje, chyba że kto go pokona”. Ich przysięgę braterstwa na próbę wystawią przede wszystkim różnice w podejściu do płci przeciwnej – Thorgeir jest jej zdecydowanie przeciwny, Thormóður wręcz przeciwnie. Zaś ideały obu zuchwalców, wyobrażenie honoru oraz nagradzającej go sławy, zderzą się z trybem łupieżczych, najemniczych kampanii i propagandowym obliczem sagi, tej skandynawskiej „pieśni o czynach”.
Zapaliłem się do lektury Zuchwaliady, bo sam jej opis dźgnął mnie skutecznie w to miejsce pamięci, gdzie spoczywają dowody moich zaniedbanych od lat ciągot do wszelkich mitologii i kanonicznych dlań tekstów. I nawet tak wybiórcza świadomość kształtu wzorca spotęgowała ironiczną siłę narracji powieści Laxnessa. Nie trzeba od razu być koneserem klasycznych islandzkich sag (o których tłumaczenia w Polsce zresztą wcale nietrudno), jednak im szerszy kontekst różnonarodowych modelów „epickiej heroiczności”, ze zrozumiałym pierwszeństwem dla tego nordyckiego, tym więcej prychnięć, parsknięć, rechotów, ale i pomruków uznania dla autorskiej stylizacji, wykorzystującej patos nie tylko w komicznym przerysowaniu.

Rozdźwięk między postawą bohaterów a warunkami, w których niezachwianie ją utrzymują, miałby iście donkiszotowski wymiar – w końcu też chodzi o ofiary etosu uwiecznionego opowieścią – gdyby nie powaga konsekwencji ich czynów. Bo przykładowo z jednej strony nierówna walka Thorgeira w szopie z chłopcem stajennym jest komicznym przykładem bezmyślnego posłuszeństwa kodeksowi, w myśl którego „Dzielny człowiek nigdy nie powinien się hańbić, wybierając pokój, gdy wojna jest w zasięgu”, z drugiej śmiech gaśnie, gdy biedny parobek faktycznie ginie. Z jednej strony kolejne zaloty Thormóðura bawią jako obustronna, pełna dumy gra, w której kobieta wyniośle oświadcza, że „Jedynie ci mężczyźni układają wiersze miłosne, którzy inaczej nie potrafią kobiety zadowolić”, z drugiej każą zastanowić się nad tym, czy aby skald nie traktuje swojej profesji jako przywileju zdejmującego z niego małżeńską odpowiedzialność, kiedy to dla niego wygodne. Cóż, z pewnością obaj mężczyźni z całą powagą pozwolili się objąć wyrokiem losu wyrażonym w zdaniu „Dlatego ludzie zostają skaldami i bohaterami, by nie cieszyć się szczęściem”.
Tych parę cytatów powinno wam wystarczyć do określenia typu komizmu dominującego w powieści Laxnessa. To nie rubaszne śmieszkowanie z wikingów, co to palą, gwałcą, mordują, plądrują i ogólnie swawolą na potęgę, a lekcja trzeźwego, często prowokacyjnego spojrzenia na argumenty historycznej wielkości rodowej/narodowej i tradycji – w przypadku sag również literackiej. Co rusz któraś z postaci szczyci się szlachectwem krwi czy podpiera prawami przodków, mitomańsko uwznioślając zupełnie niechwalebne okoliczności.
Tutaj pierwszeństwo przypada Olafowi Grubemu Haraldssonowi, jednej z wielu historycznych postaci obecnych w Zuchwaliadzie. Późniejszy święty i patron Norwegii prezentuje się jako bezczelny awanturnik, niby przebiegły i wymowny, ale jeszcze bardziej zakompleksiony i sadystyczny. Zaś sama chrystianizacja Norwegii to najbardziej fanatyczna i wyrachowana odsłona jego niezdrowych ambicji. W zestawieniu z nim Thorgeir nabiera cech nieszczęsnego paladyna, któremu praworządność narzuca bardziej zakonna reguła niż krytyczne myślenie. Tak, tak – gdy sam z pogardą odnosi się do niegodnych wojownika praktyk, jak choćby rytuał ku czci Odyna Władcy Grotów, gdy przekonuje się o rozmiarach upokorzenia, którego można doznać podczas podczas szturmu na miasto z rąk kobiet, starców i dzieci (oblężenie Londynu), gdy unika chrztu, będącego warunkiem pozostania w zaciężnej armii, twardogłowy Thorgeir prowokuje do zadumy nad kryteriami światopoglądowej niezłomności.

Podobnie jest z Thormóðurem. Trudno jednoznacznie osądzić, czy to bardziej niepoprawny uwodziciel i lekkoduch, czy człowiek żyjący tragicznie w cieniu wieszczb i owej braterskiej przysięgi, przez którą sam czuje się związany posługą z Olafem Grubym. Scena rozmowy skalda z bardziej doświadczonym i praktycznym kolegą po fachu oddaje całą tragikomiczność tej wasalskiej postawy, a przy tym wprost zrównuje los poety z losem najemnika, który powinien przede wszystkim być wyczulony na to, skąd wiatr powieje. Gdy dołożyć do tego włóczęgę po Grenlandii celem dopełnienia zemsty, kształt dwóch uczuciowych „trójkątów”, w których skład oprócz skalda wchodzi każdorazowo kobieta i jej wierny niewolnik-kochanek, mamy doskonałą ilustrację tego, co w języku sag wyrażają Norny.
Ani Norny, ani walkirie nie pojawiają się wprost w Zuchwaliadzie, ale i bez tego postaci obecnych tam kobiet wywierają wydatny wpływ na bohaterów (w wypadku Thorgeira jest to matka), parokrotnie świadomie odwołując się do wymienionych mitologicznych odpowiedników. „Walka płci” ma też posępny, fatalistyczny charakter, którego nie kryje żadna ze stron – „… nie wiesz, że dla skalda i bohatera uścisk niewiasty to otchłań i ogród pełen węży”. To oraz wyraźne wyodrębnienie nielicznych wizji potwierdza, że Laxness nie zamierzał urządzać sobie taniego pośmiewiska z dziedzictwa kulturowego, systemu wierzeń i formy literackiej. Są w tej powieści partie, które tchną wprost niekłamanym, surowym urokiem sag, bez względu na ironiczny wydźwięk całości.
Za to partie poświęcone wspomnianej polityce podboju i grabieży, która doczekuje się nowego wsparcia ideologicznego w postaci nauk Chrystusa Maryisona, są bezlitośnie zjadliwe i oddają ów feudalny porządek, w którym „… mały jest bowiem lęk władców krain przed zagrożeniem ze strony obcych zdobywców w porównaniu ze strachem przed gniewem własnych poddanych”, więc przezornie przypomina się im co rusz, kto tu rządzi. Nietrwałe sojusze, pacyfikacja nazbyt samorządnych, kaprysy, animozje, nieudolności władców (rzygający z nerwów król Anglii Aethelred), chaotyczne burdy zamiast chwalebnych bitew, no i te barbarzyńskie uciechy plądrowania i torturowania pod sztandarem tego, który akurat obiecał obfitsze łupy. Tu chrześcijaństwo nieco komplikuje intuicyjną praktykę, dlatego przydatny jest przyboczny biskup, który wytłumaczy „… co uzasadnia palenie żywcem niewiniątek i innych biedaków, a także kiedy Chrystus uznaje za słuszne i chwalebne podkładanie ognia pod kościoły”.

Autorska narracja historyczna Laxnessa jest szydercza, ale i przekonująca. Zawiera też sporo detali, które poszerzają obraz wikińskiej doli i niedoli. Można by poświęcić osobne akapity na omawianie pozycji i wartości niewolnika, procesu łączenia się najeźdźców z lokalną ludnością, obecności irlandzkich mnichów na Islandii, utożsamienia inuitów z trollami. Jest i o specyfice diety, oręża, prawa. W świetle tego ostatniego zupełnie nowy wymiar zyskuje opinia o Olafie Grubym jako podpalaczu, gdyż to przestępstwo było uznawane za najpodlejsze. Moim faworytem pośród tak wzbogacających lekturę ciekawostek pozostaje rytuał prymsygny, który umożliwiał poganom handel z chrześcijanami.
Zuchwaliada liczy sobie już ponad siedemdziesiąt lat. O tle jej powstania i źródłowych inspiracjach pisze we wstępie do polskiego wydania tłumacz Jacek Godek, długoletni (i zapewne dożywotni) admirator kultury Islandii i jej języka. Język rodzimy darzy zapewne nie mniejszym uczuciem, bo przekład jest wysmakowaną, ale bezproblemową w lekturze stylizacją, wykorzystującą bezbłędnie jednoczesną dostojność i komiczność archaicznego słownictwa oraz składni. Nastrój żywej, ujmowanej w kronikarski zapis opowieści jest urzekający. Szczególnie gdy podniosłość z nagła przechodzi w potoczność.
Wpisuję Zuchwaliadę na swoją listę ulubionych książek błazeńskich, samoczynnie aktualizujących się w każdych czasach, przenikliwych w swojej prześmiewczości, tuż obok powieści Čapka i Vonneguta. A skoro zacząłem Gościnnym, to skończę Mickiewiczem, gdyż słowa Wajdeloty z Konrada Wallenroda o tej pieśni, co „ujdzie cało”, idealnie poddają się krytycznej optyce proponowanej przez Laxnessa. Bo czy wiking, czy słowianin, w wersji „turbo” staje się jednako śmieszny i groźny.
Wydawnictwu ArtRage wielki dank składamy za ofiarowanie foliału do recenzyi.
SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Zuchwaliada
Wydawnictwo: ArtRage
Autor: Halldór Laxness
Tłumaczenie: Jacek Godek
Typ: powieść
Gatunek: saga/pastisz/parodia
Data premiery: 27.03.2026
Liczba stron: 392
ISBN: 9788368295764













