
Ledwo co uporządkowałem wrażenia z lektury Mojego miejsca, gaduląc przy tym nieco o tym, czemuż to tak mnie intereszą komiksowe adaptacje literatury, a znów piszę o kolejnej. I znów, choć tu akurat właściwszy będzie przykład Podróży Guliwera, autorzy komiksu już z okładki uprzedzili mnie lojalnie, że będzie to adaptacja swobodna. Za to po raz pierwszy mogę z nie mniejszą lojalnością doradzić – bierzcie się z marszu za tę wersję, bez oglądania się na pierwowzór i na najsłynniejszą adaptację filmową z 1992 roku, bo niemal nic jej z nimi nie łączy i dzięki twórcom za to. Nie znaczy to, że Ostatni Mohikanin w wydaniu Cromwella i Catmalou jest dziełem doskonałym, ale skonfrontowany z wizerunkami bohaterów, jakich dostarcza oryginał oraz z ich późniejszymi wariacjami, prezentuje się zwycięsko czy wręcz tryumfalnie, by i w słowie zachować patetyczny ładunek opracowanego tematu.
Z powieści Jamesa Fenimore’a Coopera zachował się tutaj golusieńki szkielet, a i to niekompletny (widać kojoty chapnęły parę co grubszych kości, niech im wyjdzie na zdrowie). Fabularnie da się go wciąż zrekonstruować jako przygodową historię z czasów imperialnej licytacji pomiędzy Anglią i Francją na terenach Nowego Świata, gdzie sojusznicze stanowisko tubylców, wabionych magią broni palnej i wody ognistej, wymusza się podług najprostszej reguły dyplomacji – „wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem”. Ale są i tacy, którzy pozostają poza układem sił narzuconym przez europejskie mocarstwa, prawdziwie wolne, dumne, prawe duchy, prototypy herosów epoki Dzikiego Zachodu, ludzie zahartowani przez dzikość natury, uszlachetnieni przez jej piękno…

Takimi są Mohikanie Chingachgook i Unkas, ojciec i syn, taki też jest ich nieodłączny towarzysz, Nathaniel Bumppo, znany szerzej jako Sokole Oko i jeszcze pod kilkoma innymi imionami. Ratując z zasadzki córki brytyjskiego pułkownika Munro, krzyżują plany osobistej zemsty, z którymi nosi się ponury Magua, Przebiegły Lis, sprzymierzony z Francuzami wojownik Huronów, plemienia, z którym Mohikanie nie wypalili fajki pokoju. Wybawcy i wybawione docierają do oblężonego fortu, dowodzonego przez ojca dziewcząt, który jednak zamiast córek bardziej oczekiwał posiłków. Wobec ich braku zmuszony jest do honorowej kapitulacji. Ale nie wszyscy respektują starokontynentalne prawa. Magua ani myśli zakopywać topór wojenny. Córki pułkownika wciąż są jego celem. A Chingachgook i jego dwaj synowie, naturalny i przybrany, wciąż są gotowi ich bronić…
Z premedytacją zawiesiłem dwa powyższe akapity na wielokropkach, bo też zawarta w nich treść fabuły wywołuje mój sentymentalny uśmiech, odsyłając mnie z marszu do czasów fascynacji mitologią (czy właściwiej – mitomanią) dzikozachodnią w wykonaniu Karola Maya. Dla uczciwości trzeba zaznaczyć, że Cooper jednak był Amerykaninem i tworzył o parę dekad wcześniej od niemieckiego pisarza. Dziś egzotyka w takim wydaniu jest rażąco bezsilna i całą sobą prowokuje do parodii; zresztą poprawka – nie od dziś, czego kapitalnymi przykładami są Lemoniadowy Joe Jiříego Brdečki czy Mały Wielki Człowiek Thomasa Bergera (oba tytuły doczekały się zresztą udanych ekranizacji). No, ale sentyment – bo już nie bezkrytyczny podziw – do tak bojowo i naiwnie uwznioślonych charakterów, ucieczek, pościgów, aktów honoru zostaje, co tu kryć… (Dobrze widzicie – wielokropek…).

I właśnie ducha takiego nastroju czuć w pracy Cromwella, we wszystkich decyzjach redukujących pierwowzór do wybiórczych i dynamicznych skrótów, w zminimalizowaniu jego melodramatycznej narracji, w autorskich zastępnikach w obrębie fabuły – postaci gońca z otwierającej sceny, towarzyszącego Unkasowi Futrzaka – ni to psa, ni wilka, rodzinie osadników, spotkaniu bohaterów z najemnikiem Langlade’em. Sam artysta określił poziom zmian na jakieś 90%, dążąc przede wszystkim do oddania tego, co przetrwało, ewoluując, w jego odczuciach – spotkania z wyobrażoną/przeobrażoną przestrzenią lasów, głębią ciszy i cieni, w której toczą się wieczne łowy. Zaś jeszcze wymowniej od autorskiej przedmowy świadczą o tym obrazy, z jakich składa się ten komiks.
Akcentuję słowo „obrazy”, bo z tak podkreśloną malarskością techniki w komiksie chyba nie miałem jeszcze do czynienia. Pośród artystów, którzy w tym medium posługują się tradycyjną formą kolorowania, dominuje akwarela. Cromwell natomiast wykorzystał całe bogactwo tekstur, jakie daje inna, bo gęsta farba kładziona pędzlami czy szpachelkami, rozprowadzana z wyraźnym śladem w różnych kierunkach i warstwami różnej grubości. Dopiero z tak zagruntowanego papieru autor „wyciągał” kompozycje i to na surowo, bez szkiców i storyboardów – z komputera korzystał na poziomie edycji układu kadrów i kolorów. Tutaj zaś poza szarościami, czernią i bielą ograniczył się do trzech odcieni wyprowadzonych z barw podstawowych, przy czym tylko parokrotnie zdarza się, by więcej niż jeden pojawił się w obrębie planszy/kadru. Efekt – porywający impresjonistyczny zapis na podłożu o pierwotnej strukturze skały, skóry czy kory drzewa.

W tych kompozycjach przenika się dzikość ciał i majestatyczność natury o romantycznym podłożu (Cromwell jako inspirację, nie tylko „dokumentalną”, podaje prace pejzażystów Szkoły Rzeki Hudson). Plastyczne zróżnicowanie postaci wystarcza za ich charakterystykę – a przy okazji daje duży przekrój gatunkowy portretu – i samo w sobie jest komentarzem do spotkania Starego Świata z Nowym. Nieodparcie uwagę zwraca tutaj na siebie Futrzak, stwór o groteskowym wyglądzie i symbolicznie wymownym rodowodzie, a przy tym będący wyraźnym ukłonem w stronę zwierzęcych bohaterów powieści Londona i Curwooda. Montaż scen jest fantastycznie żywiołowy i nieprzewidywalny, jeśli chodzi o tempo, wielkość i zawartość ujęć. Tym samym może stać się dość wymagający, jeśli chodzi o orientację w fabule, ale mnie ta odwaga i energia obrazów odpowiada. Właściwie nie miałbym nic przeciwko, gdyby zostały pozbawione jeszcze części tekstu, a już na pewno gdyby inaczej opracowano rozmiary i położenie pól tekstowych.
Fakt, że duże partie dialogów i opisów są czysto objaśniające, jest zrozumiały z racji wspomnianego montażu. Rozumiem też stylizację językową i przede wszystkim gatunkową, która oddaje charakter powieściowego oryginału wystarczająco, by docenić, że nie trzeba tego jednak czytać w większych ilościach. Buntuję się natomiast przeciwko przesadnej wielkości czcionki i samemu jej kształtowi – niby udaje pismo odręczne inspirowane prymitywnym zdobnictwem, ale razi okrutnie na tle zastosowanej plastyki obrazu. Szkoda, że Cromwell nie pokusił się tutaj o własnoręczny wkład, choćby poprzez zaprojektowanie unikalnego fontu. A może lepszy efekt dałaby czcionka wyraźnie kontrastująca z warstwą graficzną, odsyłająca stylem wprost do książkowego druku? Podobnie toporne wrażenie robią „wklejone” pola tekstowe i spełniające ich funkcję szerokie marginesy, które dominują w końcówce. Nie sprawdza się też jednorazowo wprowadzona forma „akt wojskowych”, w jakiej zaprezentowano kwestię oblężenia i kapitulacji Fortu William Henry – na tle wysmakowanej plastyki jest to estetycznie obcy element.

Na plus zapisuję za to interludia pomiędzy kolejnymi fragmentami fabuły – graficzne miniatury wyróżniające się rozległym białym tłem. Towarzyszą im cytaty z książek bynajmniej niewspółczesnych Cooperowi i zarazem różne od tych, jakich on sam użył na otwarcie każdego rozdziału swojej powieści, posiłkując się przy tym głównie Szekspirem. Tutaj pochodzą przeważająco z tytułów obcych polskiemu czytelnikowi z racji braku przekładów (wyjątek to Steinbeck) i na zasadzie mott udatnie akcentują nastrój narracji. Niektóre stwarzają dodatkowy kontekst, jak choćby osobą jednego z autorów, przytoczonego dwukrotnie Edwarda Abbeya, charyzmatycznego aktywisty ekologicznego. Wartościowe przetworzenie zabiegu obecnego w oryginale.
Zjawiskowe opracowanie plastyczne, energetyczna esencja sentymentalnego pierwowzoru, niekonwencjonalne podejście do komiksowej narracji, a już na pewno burzące względem tradycji frankofońskiego westernu – oto najkrótszy opis Cromwellowskiej wersji Ostatniego Mohikanina. Howgh.
Wydawnictwu Mandioca serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Ostatni Mohikanin
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz: Catmalou, Cromwell
Rysunki: Cromwell
Tłumaczenie: Monika Motkowicz
Typ: komiks
Gatunek: przygodowy
Data premiery: 19.05.2025
Liczba stron: 144
ISBN: 9788368423013













