
W moim oglądaniu całego serialu Morderstwa w Midsomer po kolei zbliżyłam się ku końcowi. Bogatsza o poznanie jego „starej” ery, z pewnym rozczarowaniem konfrontująca ją z lepiej mi dotąd znaną „nową” epoką. To, jak skomplikowana okazała się moja relacja z tym tytułem, opisałam już w kilku tekstach na łamach Nerdheimu: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty. Teraz nadeszła pora na serie od 19. do 23., czyli te z obecnie miłościwie nam panującym sierżantem. Kolejne zaliczane przeze mnie niegdyś niemal na bieżąco podczas ich polskich premier i – w przeciwieństwie do epoki poprzednika – tylko do pewnego momentu traktowane jako fajne. Narastająca od lat sieć niekorzystnych zmian rozwinęła się na tyle, że nawet znając tylko „nowszą” erę dało się je dostrzec… Ale nie uprzedzajmy faktów.
Tytuły odcinków jak zwykle po angielsku – choćby dlatego, że połowa omawianego teraz przeze mnie wycinka serialu ma trzy różne polskie tłumaczenia.
Wiele było śmierci w historii Morderstw w Midsomer, ale chyba żadna nie dotknęła widzów mocniej niż ta, która otwiera serię 19. Dowiadujemy się wtedy o odejściu Sykesa, ukochanego psiaka rodziny inspektora Johna Barnaby’ego, notorycznie kradnącego atencję widzów i ratującego swoimi psikusami nawet najsłabsze odcinki. Grający tę rolę zwierzęcy aktor przeszedł na emeryturę, więc uśmiercono jego bohatera. Ogólny smutek i tylko jeden pozytyw – Barnabym pozwolono przeżywać naturalną w tej sytuacji żałobę, co stanowi miłe novum po zbywaniu ich spraw przez scenarzystów w serii poprzedniej. Jednak natura nie znosi próżni i w efekcie prowadzonego śledztwa do rodziny dołącza nowy piesek, Paddy. Młodszy, więc bardziej żywiołowy, ale równie ekspresyjny co poprzednik.
Nie tylko Sykes zniknął. Towarzyszącego inspektorowi Barnaby’emu w poprzednich seriach Charliego Nelsona również już nie zastajemy na miejscu. Wychodzi na to, że Gavin Troy ze „starej” ery jest jedynym midsomerskim sierżantem, który dostał pełnoprawne pożegnanie. Zniknięcie bez słowa jego następcy Dana Scotta można zrzucić na karb przepychanek między aktorem a produkcją. Ale teraz normą staje się podejście, że w finale jednej serii sierżant bryka po ekranie, a w pierwszym odcinku kolejnej dowiadujemy się, że w międzyczasie dostał pracę gdzieś indziej, wyjechał i teraz będzie tu nowy kolega. W ten sposób Nelson wybył na szkolenie dla funkcjonariuszy pod przykrywką i nie planuje wracać, więc u boku Johna pojawia się Jamie Winter. Jak dotąd najmłodszy ze wszystkich sierżantów. Bezpośredni, trochę cwany, pełen werwy, choć oczywiście nie nadąża za dziwactwami hrabstwa Midsomer.
Nowy sierżant nie wymaga bycia przedstawionym pani patolog Kam Karimore, bo okazuje się, że ta dwójka zna się ze szkolenia sprzed lat. Co niby nie brzmi na zły pomysł… tylko jest jeden szkopuł. Tak, twórcy postanowili, że Winter odziedziczy po poprzedniku bycie na siłę łączonym w parę z Kam. Tym razem w konsekwentnie romansowym stylu. Efekty przy parowaniu z Nelsonem były dyskusyjne, tutaj są po prostu marne. Jamie i Kam są niezdecydowani, chemia między nimi nie istnieje, do tego pani Karimore wciąż cierpi na brak osobowości, a Sarah nadal jest bezczelną swatką. Scenarzystom zabrakło pomysłów na ten kompletnie zbędny wątek?

Na szczęście uwagę od tych quasi-zalotów skutecznie odwracają relacje domowe rodziny Barnabych, które nagle dostają iskry – być może też dlatego, że mała Betty podrosła na tyle, by móc brać w nich aktywniejszy udział. Zmian w stosunku do kilku poprzednich serii znajdziemy w warstwie fabularnej więcej, ale trudniej jest je jednoznacznie oceniać. Wyczuwa się rozdarcie między szukaniem duchowych związków ze „starą” erą a proceduralną naleciałością z „nowej”. Twórcy częściej odnoszą się do różnych faktów z kanonu, a czasem pojawia się też względna ciągłość fabularna wątków stałych postaci. Z drugiej strony akcja niemal każdego odcinka serii 19. toczy się w nowej wiosce, do której Morderstwa w Midsomer nigdy nie powrócą.
A z jeszcze innej scenarzyści dowalają odniesieniem do przeszłości serialu, jakiego w „nowszej” erze dotąd nie było. Przy okazji prowadzonego śledztwa do Midsomer powraca nie kto inny, jak sierżant (teraz inspektor) Ben Jones, który przez siedem lat towarzyszył obu dotychczasowym protagonistom. Od czasu małego „kameo” Gavina Troya osiem serii temu nie mieliśmy w Midsomer takich rzeczy. Choć ten comeback wymaga od widzów wielkiego zawieszenia wiary – facet spędził w tych okolicach większość życia i gdy pojawia się tu incognito, nie zostaje przez nikogo rozpoznany? Ale spokojnie, dość udana intryga kryminalna odcinka pozwala o tym zapominać.
Większość serii 19. przebiega w podobnym stylu. Niedociągnięcia fabularne z powodzeniem tuszowane są akcją i humorem. Nie wraca w pełni duch rodem ze „starej” ery, ale czuć wzrost poziomu względem ostatnich serialowych lat. Jest lekko, małomiasteczkowo oraz z pewnym przełamaniem. Bardzo lubię odcinek Red in Tooth & Claw, wykorzystujący jako podstawę intrygi wystawę małych zwierząt domowych i otaczający ją pełnokrwistymi postaciami. Niestety tę transzę psuje jej końcówka. Death by Persuasion razi wydumanym punktem wyjścia (środowisko rekonstruktorów czasów Jane Austen) i metodami zabijania (nóż zrzucony z drona, serio?), z kolei The Curse of the Ninth cierpi na znany już nam problem nadmiaru wątków.
Realizacyjnie cieszy powrót do eksperymentowania z ujęciami, a smucą supernowoczesne klocki ze szkła i białego tynku, nadal wkradające się obok przytulnych wioskowych widoków. Odcinek Not in My Backyard z serii 13. o walce ze współczesnym budownictwem z perspektywy czasu nabrał ironicznego wydźwięku. Na pociechę są kolejne gwiazdy w obsadzie. Gościnnie do Midsomer wpadają osobistości pokroju Clive’a Swifta, Susan Jameson, Susan Hampshire czy Steve’a Pembertona. Jednak już pierwszy odcinek serii serwuje nam powrót w nowych rolach tak rozpoznawalnych ludzi, jak Anthony Calf i David Burke. A w kolejnych epizodach powtarzają się Frances Barber, Samuel West, James Fleet…
Narzekałam na brak poważnego traktowania odejść stałych postaci. Twórców chyba też to zaczęło uwierać – w finale serii 19. i zarazem ostatnim odcinku Kam, dostaje ona jakieś pożegnanie: zaproponowano jej pracę gdzie indziej i niedługo wyjedzie. Mała rzecz, a cieszy. I widzów nie zdziwi jej nieobecność w kolejnych odsłonach serialu… Acz ja należę do tych, którzy, tak czy siak, tęsknić za tą bohaterką nie będą.
Hrabstwo Midsomer nie może się obyć bez patologa, więc z początkiem serii 20. witamy doktor Fleur Perkins. Dużo starszą od poprzedniczek, do tego równie wesołą co niegdyś Kate, ale w pracy mocno stawiającą granice. Tym, co ją wyróżnia, jest sporo nietypowej wiedzy i wzmianek o jej dawnych przygodach. Zalety? Podkładka pod zabawną postać. Wady? Czuć, że wątki z przeszłości doktor Perkins pojawiają się głównie wtedy, kiedy są doraźnie potrzebne fabule danego odcinka. Acz na tym etapie nie robi się z Fleur pani wszystkowiedzącej, wyraźnie zaznaczając jej ograniczenia. Dodatkową atrakcję stanowi zaproszona do tej roli Annette Badland, utalentowana aktorka charakterystyczna – pamiętam moją ekscytację z tego tytułu w czasach premiery, bo pamiętałam ją ze świetnego występu w Doktorze Who w jego złotej erze.

Trudno jest pozbyć się wrażenia, że w serii 20. wzmiankowane już rozdarcie między midsomerskim starym a nowym osiągnęło skalę poważnej przepychanki. I to nie na poziomie fabularnym, gdzie mogłoby być źródłem ciekawych intryg. Po jednej stronie mamy dalszy ciąg nawiązywania do wszystkiego, co najlepsze ze „starej” ery. Czasem długo czekamy na pierwszego trupa, bo twórcy udają, że chodzi o coś innego niż morderstwo. Wracają dawno niewidziane flashbacki z wydarzeń sprzed sprawy. Bohaterowie wzmiankują motywy sprzed wielu odcinków. Plotki czy wieści śmigają z prędkością światła, mogą zrujnować reputację i to jest dobry powód, by zabić. Spotykamy ekscentryczne lub wesołe postaci gościnne jak stary gangster w domu opieki czy nieco egzaltowana aktorka. Pięknie pokazane wioski pełne są życia (i statystów). Znajdziemy w nich realistyczne przybytki typu prężnie rozwijający się mały browar czy wracający regularnie cyrk. Apogeum powrotu do przeszłości staje się odcinek Death of the Small Coppers, świętujący jubileusz dwudziestolecia serialu poprzez nasycenie fabuły drobnymi nawiązaniami do elementów dotychczasowej historii Morderstw w Midsomer: przedmiotów, miejsc, zdarzeń, czy nawet postaci.
A w drugim narożniku? To, co bolało w erze Nelsona. Niektóre odcinki mimo niezłych fabuł popsuto nadmiarem wątków i tymi mitycznymi przesadzonymi zgonami, typu maszyna do kopania prądem przy złej odpowiedzi na pytanie. Zdarzają się nawet rażące błędy nie do zatuszowania (uduszenie osoby z tracheotomią poprzez wepchnięcie jej czegoś do ust). Dużo jest sztampowego dramatyzowania. Dostajemy różne zbyt specyficzne organizacje i wydarzenia wprowadzane na jeden odcinek – klub dla ludzi z wysokim IQ czy konwent komiksiarzy – istniejące rzekomo od lat czy dekad i robiące z wiejskiego hrabstwa małą metropolię. A masowe nawiązania we wspominanym odcinku jubileuszowym są jedynymi poważniejszymi odniesieniami do fabuł dawnych serii na tym etapie i to tylko z powodu odświętności tego epizodu. Nawet na poziomie realizacyjnym można odczuć tę szarpaninę: ładne, ale nie zawsze dopasowane do ducha serialu eksperymenty ze zdjęciami, nierówny poziom efektów specjalnych. W obsadzie wspaniałe nowe gwiazdy: Mark Benton, Jemma Redgrave, Jason Watkins, a obok skądinąd kochana Clare Holman jako trzecia postać gościnna.
Znów kulejące fabularnie odcinki potrafi skutecznie uratować humor i cięte teksty jak z dawnych odcinków. Przekłada się to trochę na rozwój głównych bohaterów. John obdarowany starymi i nowymi słabostkami (lenistwo poza pracą, kompleksy wobec sportowej przeszłości, niechęć do wesel i klaunów) staje się jeszcze bardziej ludzki. Wprawdzie tradycyjnie część tych cech jest potrzebna głównie do fabuły tygodnia, ale ciii… Z kolei z Wintera wychodzi coraz większy cwaniaczek oraz nerd, a jego relacja z Fleur ma potencjał na ciekawą, międzypokoleniową przyjaźń. Mała Betty, grana już przez nową aktorkę, pozostaje urocza, podobnie jak psiak Paddy – acz widać, że ten drugi dostaje zdecydowanie mniej czasu ekranowego od poprzednika. Choć i w wypadku naszych protagonistów mamy zgrzyt: pierwszą wyraźną próbę zretconowania przeszłości państwa Barnaby. Z różnych przyczyn John i Sarah nie mogli razem studiować, a to nam się próbuje wmówić.
Na etapie serii 20. Morderstwa nie dorównują poziomem „starej” erze, ale przynajmniej próbuje się w nich nadać serialowi klimat, a nie robić z niego szeregowy kryminał – choć nadal czuć, że twórcy zbyt oglądają się na typowe schematy procedurala. No i nawet najlepsze odcinki nie mają tego czegoś: są dobre, ale mało „midsomerskie”. I taka tendencja towarzyszyć będzie nam w serii kolejnej, niestety z naciskiem na aspekty negatywne. Począwszy od zmiany kompozytora i rezygnacji z muzyki Jima Parkera na rzecz kompozycji porządnych, ale raczej generycznych.
Nieporywające wątki zlewają się przy oglądaniu w jedną masę. Rozwiązania zagadek bywają toporne, a fabuły przedobrzone. Hrabstwo Midsomer niby ma pasieki, ale też wielki, szklany instytut biorobotyki. Narzędziami zbrodni staje się oblanie całego człowieka woskiem, robotyczne ramię albo wydumana przeszkoda z biegu terenowego. Jeszcze więcej jest nieironicznego dramatyzowania przy niedoborze typowego dla starych serii przekąsu – a paradoksalnie często tuż po jakimś poważnym przeżyciu bohaterowie zachowują się, jak gdyby nic się nie stało. Wszystkie detale są ostentacyjnie okręcane wokół tematu odcinka, a wątki i motywy w fabułach traktuje się dość powierzchownie. Ładne wiejskie miejscówki nie załatwią całej kwestii odpowiednio „wsiowego” nastroju. Zapewne dałoby się pogodzić dawną konwencję Morderstw z nowymi serialowymi trendami, wiele elementów ma potencjał, ale twórcom średnio takie łączenie wychodzi (patrz: odcinek The Sting of Death).

Dodatkowo na starcie serii 21. ktoś postanowił wywalić kawał dotychczasowego rozwoju Johna Barnaby’ego do kosza dla fabuły jednego odcinka. W The Point of Balance z wizytą wpada ojciec Johna (w tej roli gwiazda – Christopher Timothy), sympatyczny staruszek, na którego syn jest dziwnie cięty. Dlaczego? Bo senior wiecznie wyjeżdżał na konkursy taneczne i nie było go w domu. Taki dziecinny foch u przenikliwego pana psychologa, za jakiego dotąd w serialu uchodził John. Że już nie wspomnę o kolejnym retconie, uśmiercającym matkę inspektora dawno temu, choć w odcinku sprzed kilku lat Sarah wspomniała o niej jako o jak najbardziej żywej…
Negatywy kładą się cieniem na kontynuacji pozytywnych aspektów: odwracania oczekiwań (scena sugeruje, że ktoś został zabity, a potem się okazuje, że jednak nie), udanych eksperymentów montażowych. Są fajne pomysły na rozwój głównych postaci. Sarah chodzi z Betty na różne wydarzenia, Fleur nawiązuje przyjaźnie. Szkoda, że większość zostanie potem zapomniana. Do tego ładnie wyróżnia się odcinek The Miniature Murders, najbliższy poziomowi dawnych historii. Z pięknym odwołaniem do kanonu u podstawy (sprzedaż kolekcji domków dla lalek należącej do znanej ze „starej” ery handlarki nieruchomościami), mocną drugoplanową postacią (pani zabawiająca dzieci w stroju wielkiego ptaszyska), przejrzystą fabułą i wiarygodnym, zadowalającym rozwiązaniem. Razi kilka niedorobionych szczegółów technicznych, ale mimo wszystko wiele bym dała, żeby cała transza wyglądała jak ten odcinek.
A potem nadchodzi seria 22. Rok jej realizacji nie pozostawia wątpliwości – pierwsza, która oberwała lockdownami ze wszystkimi ich ograniczeniami. Stosunkowo mało statystów (co próbuje się tuszować pracą kamery i montażem), brak rozbuchanych scen, ograniczona obecność Betty w fabule. Mimo to szanuję fakt, iż twórcy Morderstw w Midsomer starali się stwarzać w serialu iluzję normalności, zamiast wpisywać epidemię wiruska na siłę do fabuły, jak to bywało w innych produkcjach.
Wymuszone niedobory realizacyjne próbuje się rekompensować najmocniejszą pulą gwiazd od lat. Na ekranie pojawiają się Mark Williams, Hannah Waddingham, Adrian Edmondson, Rachael Stirling, Kevin Whately, nawet znany z kultowego Robina z Sherwood Clive Mantle. Oczywiście w rolach gościnnych zobaczymy też kolejne rozpoznawalne „powtórki”. Jednak nawet najcudniejsi aktorzy nie zawsze odwrócą uwagę od faktu, że Morderstwa nadal powtarzają dotychczasowe błędy: teatralne i przesadzone zbrodnie oraz ich narzędzia, zbyt silną fiksację fabuły na motywie odcinka, mnożenie nowych wiosek i dziwnych inicjatyw (klub ludzi po operacji serca? Targ ezoteryków?). Powierzchowność tematów i przeżyć niektórych bohaterów jeszcze bardziej razi, a tam, gdzie nie trzeba, dalej serwuje się łzy i jęki aż do przesady.
Niektóre intrygi mają potencjał: wykreowana przez internet legenda inspirująca zabójcę czy festiwal strachów na wróble. Tylko cóż z tego, skoro kończą „puszczone” przez niedopilnowanie szczegółów? Niedużych, ale dostrzegalnych nielogiczności, które nie wynikają z uatrakcyjniania fabuły? Wyskakują też próby pogłębienia głównych bohaterów (na przykład Jamie przeżywa żałobę po śmierci dziadka), ale niedostatecznie wykorzystane i znów potraktowane epizodycznie. Za to wspominki Fleur o jej kolejnych przeszłych doświadczeniach oraz dziwnych ex-partnerach stają się stałym wytrychem fabularnym. I ponownie tylko humor ratuje całość. To właśnie jemu zawdzięczamy drobną próbę zabawy ze skostniałą konwencją serialu: morderca dyskutujący z inspektorem Barnabym podczas ujawnienia, że detektyw wcale nie ma racji. Ale w niektórych innych odcinkach dowcip staje się przyciężkawy, wymuszony.
Dalej pojawiają się urodziwe wiejskie lokacje, zdjęcia stały się mniej sterylne, ale za to montaż jest lekko niechlujny. Pomysły na ujęcia bywają przefajnowane – podobne sceny ze „starej” ery wypadały bardziej przekonująco dzięki prostocie wykonania. Do tego nawet na polu wizualnym serial teraz popada w formulatywność: większość scenek pod czołówkę to obrazki powiązane z tematem odcinka.
W tym wszystkim dwa odcinki wychodzą przed szereg. Happy Families miał wielki potencjał, niemal w pełni wykorzystany: z powodu powodzi protagoniści zostają uwięzieni z podejrzanymi w domu-miejscu zbrodni, na modłę zagadki zamkniętego pokoju. Atmosfera tajemnicy, parę barwnych postaci, trochę porządnego humoru, intensywne echa „starej” ery oraz inspiracji Agathą Christie. Mimo że na upartego da się znaleźć drobne nielogiczności, ciekawa intryga dobrze je przyćmiewa. Podobnie jest w For Death Prepare. Grupa teatralna z udziałem Sary (mocna paralela z jednym ze starych odcinków), bohaterowie uwikłani w lokalne zatargi, miejsce akcji uzasadniające wyolbrzymienie pewnych motywów. Przymkniemy oko na to, że stary teatr w młynie rzekomo działa od lat, choć wcześniej mowy nie było o nim. Lekko tylko zepsuto tempo pod koniec – można było je rozłożyć inaczej.

Wydawałoby się, że na tym etapie Morderstwa wciąż dobrze rokują, dając nadzieje na choć częściowy powrót do dawnego poziomu. Niestety w tym momencie następuje jeden z największych dramatów w naszym serialu – wraz z nadejściem serii 23. wszystkie zmiany konwencji, nawarstwiające się po troszku od czasu zmiany protagonisty, sprawiają, że serial pęka z hukiem, zmieniając się w coś na pograniczu autoparodii, utrzymującej się także w serii 24.
Dotychczasowe grzechy i grzeszki wracają ze zdwojoną siłą. Ma się poczucie, jakby twórcom obiło się o uszy, że w Midsomer muszą się dziać szalone rzeczy, ale nie sprawdzili, co w kontekście tej produkcji owo szaleństwo oznacza. I tak pojawiają się pomysły kompletnie oderwane od serialowej rzeczywistości. Nawiedzony preppers sam buduje skomplikowany schron w środku lasu, a w swojej wiosce ma całą gromadkę sobie podobnych. Ktoś dostaje jako przestrogę tort nadziewany świńską krwią. Z metodami morderstw podobnie: uduszenie uszkodzoną wentylacją we wspomnianym schronie, zabicie pneumatycznym pontonem, porażenie prądem ze światełek w kostiumie, spalenie w piecu do ceramiki. Fabuły stają się całkiem pozbawione niuansów, z dialogami wykładającymi wszystko jak kawę na ławę oraz rozwiązaniami typu deus ex machina. Wątki i postacie drugoplanowe opiera się na typowych niemal dla wszystkich obecnych kryminałów kliszach – a przecież kiedyś serial z nich kpił, trawestował je! Przywiązanie do formuły objawia się mocno: w 90 procentach przypadków pierwszy zgon następuje w „zimnym otwarciu”, zawsze czołówce towarzyszy sekwencja tematycznych ujęć, finał okrasza zabawna scenka niezależnie od nastroju rozwiązania sprawy. Humor niekiedy jest wręcz przerysowany. Do tego niedbała realizacja, niewiele uroczych wiejskich widoków, efekty specjalne momentami okropne. Plus bardzo mało gwiazd w obsadzie, które i tak nie mają czego grać. Wszystko wygląda ubogo, jakby producenci podczas realizacji „covidowych” odcinków zorientowali się, że po co wydawać pieniądze, skoro prosta publika nic nie zauważy.
Dodatkowo rażą próby wkupywania się w łaski tej części publiczności, co do której mam wątpliwości, czy kiedykolwiek była elementem grupy docelowej serialu. Do wcale nie tak liberalnego dotąd Midsomer przybywają takie motywy, jak konkurs drag queens z niemal stuprocentową akceptacją otoczenia, pouczaniem sceptyków, stereotypowymi bohaterami i błędnym podejściem do samej idei dragu, jak również powierzchownie potraktowane modne tematy ekologiczne.
Choć rodzina Barnabych to protagoniści serialu, przedstawianie ich życia na ekranie sprowadzone jest do minimum. Obecność Betty i Paddy’ego wręcz do dawek aptecznych. Co gorsza, trzymanie się serialowego kanonu dotyczącego głównych bohaterów staje się dla twórców zadaniem ponad siły. Najmocniej cierpi na tym Winter. Teraz zostaje pomiatadłem, którego ludzie młodsi od niego nie szanują. W serii 20. mówił, że nienawidzi łamigłówek, w 24. rzekomo jest wieloletnim fanem książki z nimi. Za to John miał poznać Midsomer dopiero przy okazji przyjęcia tu posady – nagle okazuje się, że 30 lat temu jednak tutaj był. Porzucono też sympatyczną relację Wintera z Fleur. Co gorsza, na rzecz zachowań pani patolog bliskich mobbingowi.
Serię 24. opisałam tuż po jej polskiej premierze wiosną 2024 roku na łamach Nerdheimu w recenzji o wymownym tytule: Wszystko fajnie, tylko że to nie Midsomer.

Wcześniej mimo wad miało się przekonanie, że zazwyczaj twórcy chociaż próbują się starać. Teraz przestali. Można złośliwie stwierdzić, że obecni scenarzyści nie obejrzeli ani jednego dawniejszego odcinka, a serial znają z internetowych memów. Nie przyjmuję argumentu niektórych fanów nowych serii, że „Midsomer musiało się zmienić, bo ogólnie telewizja/seriale się zmieniły”. Czy aby na pewno musiało, kosztem własnego charakteru? I czy ogólna zmiana tendencji była zmianą na lepsze? W związku z tym publiczność, którą obecnie Morderstwa w Midsomer przyciągają, jest skrajnie odmienna od pierwotnej, co tłumaczy pozytywne oceny złych odcinków czy wątków albo nawet przekonanie, że serial pozostaje wciąż dobrą produkcją.
Od klimatycznej i przewrotnej interpretacji prowincjonalnego angielskiego kryminału do płytkiego, upupionego procedurala. Nigdy nie stracę wdzięczności wobec „nowej” ery Morderstw w Midsomer, bo bez niej nie sięgnęłabym po „starą” – ale już nie potrafię na nią spojrzeć z podobną beztroską, co kiedyś. Z epoką drugiego protagonisty jest tak, że narzeka na kolejne serie, ale z każdą następną okazuje się, że zawsze może być ciut gorzej. Stopniowa erozja, której zniuansowanie ciężko dostrzec bez obejrzenia całości po kolei – co uczyniłam w ciągu dwóch lat, przy okazji odzierając się z ostatnich złudzeń. W tej sytuacji dużo bardziej niż wizja zapowiadanej na zeszły rok serii 25. cieszyła przygotowana z okazji jubileuszu ćwierćwiecza serii teatralna inscenizacja pierwszego odcinka serialu (oraz stanowiącej jego podstawę książki), w której w rolę inspektora Toma Barnaby’ego wcielał się ekranowy odtwórca postaci sierżanta Gavina Troya, Daniel Casey. I choć potem okazało się, że seria 25. wypadła lepiej, niż się zapowiadało (osobna recenzja wkrótce), jakaś magia w śledzeniu bieżących przygód w ekranowym Midsomer uleciała. Chyba bezpowrotnie. Choć chciałabym wierzyć, że jest inaczej.













