SIEĆ NERDHEIM:

Bazooka, granaty, łuki, magia, Kabuto niszczyć. Retrorecenzja gry Giants: Citizen Kabuto

Wszystkie trzy rasy zaprezentowane na okładce
Wszystkie trzy rasy zaprezentowane na okładce

Giants:Citizen Kabuto to tytuł, który zapewne nic wam nie mówi. Jest to zupełnie niesłusznie zapomniana gra, wyprodukowana przez Planet Moon Studios i wypuszczona na rynek w grudniu 2000 roku. Nie sprzedała się w dużej ilości egzemplarzy, mimo bardzo dobrych recenzji w prasie czy na portalach internetowych. Zbiórka na Kickstarterze w celu stworzenia duchowego następcy gry skończyła się porażką, na skutek czego całość została pogrzebana i zasypana popiołem.

Ogólnie rzecz ujmując, mamy do czynienia ze strzelanką TPP (istnieje także możliwość przełączenia widoku na FPP, z której często korzystałem) z elementami RTS w postaci budowania prostej bazy (owe przyczółki pojawiają się w późniejszych misjach kampanii). Praca kamery przy wszystkich wymienionych perspektywach na szczęście nie sprawia problemu, więc nie musicie się martwić, że się pogubicie.

Cała rozgrywka została podzielona na trzy rozdziały. W pierwszym z nich sterujemy poczynaniami jednostki przypominającej kosmicznych Marines (potem liczba postaci pod naszą kontrolą rośnie do rozmiarów małego oddziału). Ich arsenał to pistolet, karabin szturmowy, bazooka, snajperka i kilka innych narzędzi zniszczenia. Jak widzimy dla każdego coś miłego. Do tego mają plecak odrzutowy ułatwiający sprawne poruszanie się po mapie. Jest to frakcja zdecydowanie najbardziej rozwinięta technologicznie, co stanowi atut w starciach. Przy najemnikach jest najwięcej zabawy z taktyką i rozwijaniem infrastruktury. Musimy nakarmić naszych pracowników tutejszym odpowiednikiem bydła, zbudować mury obronne, sklep z różnymi drobiazgami typu natychmiastowe leczenie, granaty itp. oraz bronią.

Najemnicy w trakcie starcia z roślinami.
Najemnicy w trakcie starcia z roślinami.

Następnie kierujemy niesamowicie piękną, seksowną, potężną  syreną. Ma ona do dyspozycji łuk, który potrafi wystrzelić standardową strzałę lub naprowadzającą na cel, wybuchającą na małym obszarze itd. Delphi (tak ma na imię bohaterka) umie także rzucać bardzo efektywne zaklęcia potrafiące całkowicie zmienić przebieg walki. Należą do nich zatrzymanie czasu na obszarze pewnej sfery i uderzenie pięścią, można również się zmienić w zieloną mgłę, zatruwając w tej postaci wszystkie żywe formy życia, których się dotknie. Wymieniłem tylko kilka z dostępnych magicznych umiejętności syreny. Każda z nich jest przydatna w konkretnych okolicznościach. Gdyby doszło jednak do walki w zwarciu, to Delphi szybko rozprawi się z oponentem, używając miecza. Do przemieszczania się po mapie nasza wodna bohaterka stosuje skoki na dalekie dystanse. Ta czarodziejka także musi rozwijać bazę. Ma do zbudowania właściwie te same struktury co najemnicy, łącznie ze sklepem (sprzedającym tym razem zaklęcia i gadżety). W trakcie jej kampanii trafimy także na wyścigi na skuterach wodnych, co można traktować jako fajne urozmaicenie, ale autorzy uciekają się do niego za często.

Delphi widziana od frontu
Delphi widziana od frontu

Na sam koniec dostajemy do rąk tytułowego giganta (który w ogóle nie buduje niczego, wręcz przeciwnie, tylko niszczy albo zjada). Tutaj mamy po prostu symfonię dominacji połączonej z przemocą. Idziemy przed siebie, nie patrząc na nic ani na nikogo. Nie ma dla nas żadnych zagrożeń i możemy robić, co tylko chcemy. Czuć tę potęgę, co sprawia, że łatwo się nią zachwycić, a następnie nasycić. Jest to spora odmiana po najemnikach i syrenie. Jako gigant pożeramy Smartie – siłę roboczą innych ras (aby osiągnąć pełnię swej mocy), a by zregenerować siły, zjadamy bydło. Po osiągnięciu maksymalnej wielkości można wyprodukować pomagierów, przypominających wyglądem Tyranozaura. Ci pomocnicy będą robić to samo, co my, poszerzając w ten sposób zasięg naszych wpływów. Jak widzimy każda zmiana postaci to zupełnie inny styl gry, co tylko zwiększa jej atrakcyjność.

W pełni rozwinięty Kabuto zaraz zdepcze swoją ofiarę
W pełni rozwinięty Kabuto zaraz zdepcze swoją ofiarę

Graficznie Giants i dzisiaj potrafi zrobić bardzo dobre wrażenie. Otoczenie wokół nas jest intensywnie nasycone żywymi kolorami, szczegółowe na tyle, na ile pozwala technologia. Krajobrazy są przepiękne i sprawiały, że z ogromną chęcią zwiedzałem całe mapy, mając ochotę na więcej. Potrafiłem się zatrzymać przy jakiś szczególnym widoku i po prostu podziwiać to, co widziałem, nie posuwając się w rozgrywce w żaden sposób do przodu. Modele postaci pomimo tego, że jak na dzisiejsze standardy są kanciaste, mają swój niezaprzeczalny urok i styl. Efekty wizualne różnego rodzaju (zwłaszcza zaklęć podczas grania syreną) są niesamowite.

Właśnie dla takich widoków się zatrzymywałem
Właśnie dla takich widoków się zatrzymywałem

Dźwięk też nie zawodzi. Muzyka tylko uprzyjemnia wrażenia wizualne, nie przeszkadzając w odbiorze, a wręcz potęgując doznania. Huki, wystrzały, odgłosy czarowania czy burzenia brzmią tak, jak powinny. Voice acting też zasługuje na pochwałę. Zwłaszcza Delphi brzmi czysto i kobieco. Na wyróżnienie zasługują również Yan – Samuraj Smartie, którego nie da się traktować poważnie, oraz starzec Borjoyzee wydający non stop rozkazy, aczkolwiek członkowie bandy najemników czy też królowa Sappho nie odstają  szczególnie od wymienionych.

Niestety w Giants: Citizen Kabuto kuleje moduł sztucznej inteligencji. Autorzy ze studia Planet Moon się nie popisali w tym aspekcie. Nasi wrogowie są powolni w reakcjach i na dodatek dość durnie się zachowują. Pojedynczo zazwyczaj nie stanowią kompletnie wyzwania (z pewnymi wyjątkami, ale zanim na nie trafimy to mamy już spory arsenał do dyspozycji), dopiero większa grupa sprawia problemy. Jednak nawet w większej liczbie nie stosują właściwie żadnych taktyk, nie próbują podejść flanką itd. Przyznam, że potrafią się ukryć, aby uniknąć ostrzału, mimo wszystko to trochę za mało. Na szczęście w zdecydowanej większości przypadków przeciwko nam jest chmara przeciwników, więc trzeba się trochę namęczyć.

We wszystkich trzech rozdziałach walczymy często nie tylko z siłami zła, ale też z lokalną fauną czy florą. Do świata zwierząt należy przykładowo sporych rozmiarów Sonak. Atakuje on falami dźwiękowymi, które nas ranią i ogłuszają. Mamy też przypominającego nosorożca Chargera. Uderzyć go można tylko w łeb, reszta ciała odbije wszelkie ataki.  Do tego dochodzą także plujące ognistymi pociskami drapieżne rośliny. Ten zwierzyniec jest bogaty i zróżnicowany na tyle, że często nie wiemy czego się spodziewać i jaką taktykę zastosować, co stanowi dodatkową atrakcję gry.

Grupa najemników walcząca z Chargerem
Grupa najemników walcząca z Chargerem

Giants Citizen Kabuto ma jednego niezaprzeczalnego asa w rękawie. Są to cutscenki fabularne wypełnione niewymuszonym, brytyjskim humorem. Te przerywniki to prawdziwy majstersztyk. Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy się do nich przyłożyli. Samuraj albo Borjoyzee wraz z żoną prezentują się  po prostu mistrzowsko i gdy znikają z ekranu, to nagle cała reszta jakoś ubożeje. Ogólnie fabuła oscyluje wokół wyzwalania Smartiech oraz obalania reżimu złej królowej. Mamy także wątek romansowy, ratowanie potrzebujących, ocalanie członków rodziny i kilka innych powszechnie stosowanych motywów. Całą historię śledzi się z przyjemnością, śmiejąc się z kolejnych dialogów i gagów.

Sterowanie nie sprawia żadnych problemów i nawyki z innych gier jak najbardziej pomagają. Nie trzeba się przestawiać, aby radzić sobie w Giants. Dla tych, którym ułożenie klawiszy jednak by nie odpowiadało, jest oczywiście opcja zmiany.

Gra nie jest niestety tworem idealnym. Mimo wszystko mam poczucie zmarnowanego potencjału. O ile misje marine są oryginalne i w dużej mierze zróżnicowane, to rozdział o syrenie trochę kuleje już od wczesnych etapów. Można się znudzić dwoma wyścigami i dość schematyczną budową bazy oraz następującym potem atakiem na siły wroga. Może to tylko moje zboczenie, ale chciałbym więcej ją widzieć jako taką „komandoskę” eliminującą wrogów po cichu z łuku, a w razie konieczności rzucającą  potężne zaklęcia, jakie ma w swym arsenale, tudzież czary ochronne na samą siebie, na koniec zaś salwującą się ucieczką.

Po drugie rozbudowa bazy mogłaby być też zdecydowanie bardziej skomplikowana i zrobiona porządniej. Ewentualnie można całkiem ją wyeliminować, skupiając się na zadaniach dla pojedynczej sterowanej przez nas jednostki (ewentualnie grupy w przypadku najemników). Po trzecie rozdział z gigantem jest zdecydowanie za krótki. Zanim zdążymy się nacieszyć mocą, jaką on oferuje, to wszystko się kończy nagle i niespodziewanie. Dosyć szybko dostajemy epilog, przez co czuć niedosyt. Mimo tych niedociągnięć gra się naprawdę przyjemnie i nie miałem poczucia, że zmuszam się do ukończenia tego tytułu.

Rozbudowana baza najemników
Rozbudowana baza najemników

Podsumowując, jeśli chcielibyście zobaczyć kawał przyzwoitej klasyki gier, niedocenionej przez szerszą publiczność, to macie taką okazję. Znajdziecie ją bez problemu po śmiesznej cenie na GoG-u (do tego często trafia na różne wyprzedaże). Dostaniecie w zamian naprawdę solidny produkt będący dobrym połączeniem gatunkowym z trzema zróżnicowanymi rasami, piękną grafiką, bardzo dobrym dźwiękiem, w tym muzyką. Doświadczonym graczom przejście całości nie zajmie sporo czasu (o ile nie zrazi was etap „syrenowy”), a w zamian dostaniecie kosmiczną komedię nie z tej ziemi.

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Giants Citizen Kabuto
Platformy: PC,PS2
Producent: Planet Moon Studios
Wydawca: Interplay Entertainment
Data Premiery: 07.12.2000
Recenzowany Egzemplarz: PC

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Krzysztof "Kazio_Wihura" Bęczkowski
Niepoprawny optymista, do tego maniak fantastyki. Czyta i kupuje kompulsywnie wiele książek. Gra we wszelakie tytuły (przede wszystkim RPG, strategie, można tu też wymienić parę innych gatunków). Nie patrzy na datę wydania danego dzieła i pochłania wszystko, co ma na swej drodze. Przekroczył magiczną trzydziestkę. Po cichu liczy, że go ominie kryzys wieku średniego.