SIEĆ NERDHEIM:

Dzieci już takie są, niezależnie z czego zostały ulepione. Recenzja książki Dzieci krwi i kości

Korektayaiez
Dzieci krwi i kości - okładka książki
Dzieci krwi i kości – okładka książki

Książkowy debiut Tomi Adeyemi oparty jest w większości na oczywistych schematach młodzieżowej literatury fantastycznej. Dzieci krwi i kości czasem nawet przesadnie epatują tym klasycznym układem obowiązkowym. Autorka potrafi jednak zaangażować nas w historię, a nawet dostarczyć trochę rozrywki. Niestety trwa to tylko do pewnego momentu.  

Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki w fantastyce mają przerąbane. Kolejnym wzorowym przykładem tej literackiej zasady jest Zélie. Nastolatka straciła matkę, mieszka w biednej wiosce rybackiej, wspólnie z bratem opiekuje się schorowanym ojcem, a w tajemnicy przed strażnikami szkoli się w walce kijem bojowym – kiedyś z jego pomocą będzie mogła bronić słabszych. Oczywiście w takiej historii nie mogłoby zabraknąć magii. I takowa jest… a raczej kiedyś była. Okrutny władca Oriszy znalazł sposób na zerwanie połączenia z bogami, a co za tym idzie, odciął ludzi od spływającej od nich mocy. Wybrańcy, którzy w wieku trzynastu lat mieli zyskać zdolność rzucania zaklęć, utracili ją bezpowrotnie. Pozostały im jedynie białe włosy – symbol obiecanego boskiego błogosławieństwa – stanowiące znak rozpoznawczy oraz powód społecznych prześladowań. Zélie też nosi charakterystyczną fryzurę. Liczyła na to, że na podobieństwo swojej brutalnie zamordowanej matki zostanie potężną Żniwiarką – magiem życia i śmierci. Los uśmiecha się jednak do niej półgębkiem, a przeznaczenie wpada na nią na targu rybnym, trzymając pod pachą potężny artefakt – ręka księżniczki oraz misja ratowania świata były oczywiście w pakiecie. 

Dzieci krwi i kości - okładka książki
Dzieci krwi i kości – okładka książki

Dzieci krwi i kości od początku do końca gwarantują jedno – mieszane uczucia. Na pierwszy rzut oka to wciągająca historia osadzona w interesujących realiach. Historia na dodatek napisana lekko, dynamicznie i bez zbędnych dłużyzn. Oferuje nam wartką akcję, niejednowymiarowych bohaterów oraz klimatyczną ekspozycję świata przedstawionego. W skrócie: jest fajnie i przyjemnie. Nie musimy jednak dalej rozrzucać narządami wzroku, aby dostrzec, że całość opiera się na niezbyt błyskotliwie wykorzystanym schemacie i nawet zaciskanie powiek nie złagodzi poniewierających siatkówkę klisz. Nie powinna nikogo dziwić, że bohaterka jest niemal osierocona, odbywa niebezpieczną podróż, zawiązuje wielkie przyjaźnie, poznaje siebie i zawiera niespodziewane sojusze. Konwencja taka już jest i nie ma się co na nią za bardzo gniewać. Jednak gdy protagonistka niemal na wstępie dostaje niewykonalne zadanie i tak jakoś przypadkowo się składa, że to właśnie ona jest tą niepowtarzalną, wybraną przez bogów, przeznaczenie i komisję gier liczbowych istotą, która może uratować świat, my już wiemy jedno – autorka raczej nie będzie nas oszczędzać. Powtórkę z rozrywki mamy zagwarantowaną. 

Historii tego typu znamy więcej niż drzewek umiejętności magicznych czy fantastycznych rzeczywistości. Dlatego też kolejna podróż na grzbiecie leniwie przepisanego szablonu raczej nie napawa optymizmem – tym bardziej że autorka z oczywistymi inspiracjami zupełnie się nie kryje, a czasem nawet przesadnie je eksponuje. Szybkie odbicie się od książki amortyzują jednak zalety, pozwalające przetrwać nawet zderzenie z pędzącym wozem wypełnionym po brzegi kliszami. Dostajemy bowiem ciekawą koncepcję świata przedstawionego oraz atrakcyjnie prowadzoną przygodę.  

Dzieci krwi i kości - okładka książki
Dzieci krwi i kości – okładka książki

Wspomniane realia, które głównej bohaterce przyjdzie heroicznie przemeblować, składają się z interesującego systemu magicznego, mitologii opartej na afrykańskim folklorze oraz dużej dawki społecznych prześladowań (napędzanych przez bardzo złego króla). Otrzymujemy więc świat, będący po części nas intryguje i niepokoi. Całkiem dobrze wypadają początkowo także bohaterowie, którzy nie zanudzają nas jednowymiarowymi charakterami. Zélie początkowo powtarza teksty o obronie niewinnych, by już po chwili gardzić kimś z powodu pochodzenia, a pomocną dłoń owszem wyciągnęłaby, ale żeby wypchnąć ją do gardła. Po drugiej stronie barykady mamy natomiast czarny charakter łączący w sobie zaprogramowaną pogardę do magów i paraliżujący strach przed utratą kontroli. Bohaterowie drugoplanowi w postaci księżniczki o dobrym sercu brata… także obdarzonego właściwie zlokalizowanym organem niespecjalnie zapadają w pamięć, ale przynajmniej porządnie dopełniają tło. 

Zdecydowanie najlepiej prezentuje się sposób, w jaki Adeyemi początkowo prowadzi historię. Losy głównych bohaterów w pierwszych rozdziałach przywodzą na myśl przygody spod znaku pejcza, archeologa i penetracji grobowców. Akcja sprawnie pędzi naprzód i pomimo wyświechtanej fabuły dostarcza sporo dobrej zabawy. Nasz oddział ds. ratowania świata gania po ruinach, wykrada artefakty, walczy o przetrwanie na arenie, a nawet przebiega przez zapadający się most linowy. Wyraźnie czuć w tym lekkość rasowej przygodówki, której Dzieciom krwi i kości mogłaby pozazdrościć niejedna młodzieżowa seria. Autorka co prawda czasem decyduje się na kilka niepotrzebnych skrótów, nie wybijają one z rytmu i nie psują ogólnej zabawy. Nic jednka nie może trwać wiecznie. Szczególnie że dzieciaki wchodzą właśnie w okres dojrzewania. 

Dzieci krwi i kości - okładka książki
Dzieci krwi i kości – okładka książki

Wszystkie powyższe zalety towarzyszą nam tylko do pewnego momentu. Gdzieś w połowie książki Adayemi porzuca swoją lekkość prowadzenia narracji oraz przygodowego ducha historii. Autorka wyrzuca fantastyczno-nastoletniego Indianę Jonesa na jednym z przystanków, a sama decyduje się na dalsze podążanie oklepanym schematem. Była magia, ratowanie świata i wielkie przeznaczenie? No były. To teraz najwyższa pora na przesłodzony romans! Historia rzuca się na wątek tragicznej miłości i buzujących hormonów niczym Lara Croft na zaginione miasto. Niestety w tym przypadku operowanie oczywistościami nie wychodzi już tak dobrze. Nagły przeskok, nie dość że dokonuje się kosztem naprawdę fajnie prowadzonej opowieści, to został niezgrabnie rozpisany. Wątek miłosny jest naciągany, relacje bohaterów wypadają nienaturalnie, a niektóre decyzje popadają w śmieszność. Protagoniści od mniej więcej trzeciego rozdziału pędzą na złamanie karku, aby dotrzeć na czas w konkretne miejsce – bo jak się spóźnią, to społeczne nierówności nie wygładzą się przez kolejne stulecie. Jednak na kilka chwil przed deadlinem postanawiają zorganizować sobie imprezę! Nienawidzący się nastolatkowie nagle zaczynają pałać do siebie przesadnie wylewnym uczuciem, jakby Kupidyn ustrzelił ich serią z miniguna. Momentalnie zamieniają się w papierowe charaktery z przedramatyzowanego romansidła naszpikowanego „delikatnymi dotykami” oraz  „uginającymi się kolanami”. 

W międzyczasie Dzieci krwi i kości gubią także swój klimat. Ekspozycja świata staje się sporadyczna, przez co atmosfera afrykańskiego folkloru gdzieś nam umyka. Książka w końcówce porzuca w zasadzie większość wypracowanych zalet, a co za tym idzie również swoją wyjątkowość. Coraz bardziej przypomina kolejną szablonową fantastyczną młodzieżówkę, która ma problem z wyróżnieniem się na tle innych. Jedynym elementem pozostawionym przez autorkę jest poruszanie kwestii społecznych nierówności i dyskryminacji. To w tym aspekcie Adeyemi wyraźnie dopatruje się siły swojej książki. Za wykorzystanie ważnego współcześnie tematu należy się spory plus, jednak Adeyemi zapomina, że tym tematem fantastyka młodzieżowa stoi. Przy odpowiednim wyważeniu wykorzystanych motywów i elementów mogliśmy dostać naprawdę świetny fantastyczny debiut. Dzieci krwi i kości, mimo że oparte na najprostszym schemacie, miały w sobie zaskakującą przygodową lekkość, interesujący zalążek świata oraz ważne społecznie kwestie. Niezgrabny skok w bok z młodzieżowym romansem wprowadza niestety niezły bałagan. Pomimo dobrych chęci, mieszane uczucia muszą zostać z nami do końca. 

Autor tekstu prowadzi na Facebooku stronę RuBryka Popkulturalna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Dzieci krwi i kości
Cykl: Dziedzictwo Oriszy
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Autor: Tomi Adeyemi
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
Data premiery: 12.02.2019
Gatunek: Fantasy, literatura młodzieżowa

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
KerberZpracy
KerberZpracy
10 miesięcy temu

Zapowiadało się jak afrykański The Last Airbender, a skończyło na romantycznej papce bez smaku, zwrotach akcji z tyłka i masie niewykorzystanego potencjału. Nie mówiąc o postaci kota, który jest przedstawiony jako wierny towarzysz, a potem znika, o ile nie jest potrzebny jako nagłe taxi. Sam nie dałbym oceny wyższej niż 4. Nawet poruszona problematyka nierówności nie jest pokazana w żaden nowy i ciekawy sposób, ani styl pisania nie jest wybitny.

Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.