SIEĆ NERDHEIM:

Obywatel światów. Recenzja komiksu Shankar. Tom 2

A teraz wszyscy mówią "Shaan-kaar"!
A teraz wszyscy mówią „Shaan-kaar”!

Moje wrażenia z pierwszego spotkania z Shankarem (czyli te tutaj) domknąłem pytaniem: po co on jest? Po co ten idealny, niewzruszony bohater, szanowany jako sojusznik i przeciwnik pośród ożywionych jego obecnością reliktów wiedzy i wierzeń w atlasie wszechcywilizacji? Po co ten świadek i wzmacniacz cudzych pokus i nadziei? Drugi tom wykazał mi całą zbędność nacisku, jaki włożyłem w to pytanie, bo krótką odpowiedź na nie historia Shankara nosiła w sobie już od początku. Tylko wiecie, Mazzitelli wie, jak to się ma sprawa z ludzkim niedowiarstwem, ciekawością i wścibstwem – zasygnalizuj mu możliwość tajemnicy, a nie przyjmie rozwiązania, gdy okaże się zbyt proste względem jego oczekiwań. Więc ze spokojem mistyka, skrupulatnością archiwisty, polotem gawędziarza i bezkarnością błazna obrócił te nasze grymaśne instynkty w przypowieść, palimpsest, konfabulację i żart.

Trudno mi się powstrzymać w podobnych wyliczeniach, którymi próbuję uchwycić wyjątkowość całokształtu Shankara. To dzieło czerpiące i niewyczerpane. Pełne fragmentów z wielu całości współtworzących już nie tyle szkatułkową, a komodową konstrukcję. Z niej wysuwają się kolejne szuflady, czasem kilka naraz, odsłaniając zróżnicowaną zawartość, pośród której nie brakuje i szkatułek. Wiem, brzmi to jak jednoczesna zabawa w memory i dobble z poltergeistem, ale to nie tak. Gra, jaką oferują nam Mazzitelli&Alcatena, to nie tylko wymagający sprawdzian spostrzegawczości. To ciągła zmiana pozycji pomiędzy graczem, twórcą gry i biorącymi w niej udział figurami.

Ala ma... nie, wszyscy mamy kota.
Ala ma… nie, wszyscy mamy kota.

.Nie ma znaczenia, w jakiej konfiguracji zakończyła się pierwsza część Shankara, gdyż i tak wracamy na konieczną drogę samopoznania. W towarzyszących jej konfrontacjach znów zderzają się europejska kultura i orientalna duchowość, mnożą warianty filozoficznych paradoksów, rozrasta książka adresowa uczestników i mapa odwiedzonych miejsc. Wszystko przypomina o nieodłącznych dla ogólnoludzkiej refleksji nad rzeczywistością pojęciach wyobraźni i iluzji, ułudzie despotycznej władzy, warunkach twórczej wolności, swobodzie przeobrażenia, jaką odznaczają się symbole.

Mazzitelli to komparatysta i mitoznawca totalny, choć te słowa określają go zbyt akademicko. To tropiciel dziwów, zaklinacz bestii, mistrz perswazji, który za pośrednictwem Shankara wciągnął w swoją opowieść zróżnicowaną dyscyplinarnie oraz kulturowo rzeszę postaci i wyciągnął z niej dane niezbędne do zdefiniowania bohaterstwa. Ich lista jest jeszcze dłuższa niż ta z pierwszego tomu, a sprokurowane ich obecnością sytuacje – cóż, każda zapewnia materiał do przemyśleń nad zestawieniem wątków, imion, miejsc jako ilustracji kolejnych etapów wtajemniczenia Shankara. Choć chyba zasadniej będzie nazwać ten proces „odtajemniczaniem”.

Tak czy siak – jest to proces fascynujący przy całej czytelności wszystkich obejmujących go etapów i wspomagających go przykładów. Bo też nie ma wielkiej oryginalności np. w przywołaniu Portretu Doriana Graya czy Doktora Jekylla i Pana Hyde’a przy okazji tematu ukrytej tożsamości, ale prowadzenie go w analogii z indyjskimi opowieściami odsłania strukturę nie mającą nic wspólnego z powierzchownym efekciarstwem. Posłużyłem się przykładem z początku tomu, a później jest tylko gęściej. Szekspirowskie gwiazdy (Puk, Oberon, Prospero), Reynard – lis przechera, wielka małpa z Wyspy Czaszki, druidzi, nagowie, agentura Jej Królewskiej Mości, garbus Punch, duchowy patronat Beatlesów (z psychodelicznego okresu) i Lewisa Carolla oraz bliskość hinduistycznych bóstw…

Jak tam prosperujesz, Prospero?
Jak tam prosperujesz, Prospero?

Jednak wybijającą się w tym gronie kreację scenarzysta zagniótł z francuskiego ciasta, zachowując wyróżniającą ów rarytas wielowarstwowość. Wyrosły zeń bohater w komiksie występuje pod imieniem Farbowanego d’Artagnana i ma być przyrodnim bratem Shankara. Przy okazji świetnie wybrzmiewa różnica dotycząca genius loci Paryża i Londynu. Wersalski władca stanowiłby nie lada gratkę dla psychiatry lub egzorcysty, bo zbiera w sobie pokaźną zgraję postaci literackich (nieprzypadkowo związanych głównie z epoką romantyzmu) i błyskotliwie wykorzystuje związane z nimi przymioty. Jest w nim Scaramouche, człowiek śmiechu (był taki na długo przed Jokerem), Cyrano de Bergerac, Jean Valjean, człowiek w żelaznej masce, a charakterem jako ostentacyjny szaleniec i fantasta stanowi ideową przeciwwagę dla stonowanego emocjonalnie „brata”, z którym udaje się w podróż do francuskich kolonii, by…

Widzicie – ciężko jest nie dać się ponieść chęci rozwinięcia poszczególnych wątków, bo też Mazzitelli prowadzi je w sposób zniewalająco różnorodny i zaskakujący. Wyzwoliłem się przy tym spod mocy skojarzeń z twórczością Alana Moore’a, o Mignolawersum nie wspominając. Drugi tom Shankara ma bardziej wartką akcję, a przy tym jej połączenie z planem „duchowym” i ponadczasowymi prawdami zyskało teraz na odczuciu „organicznej” epickości. Jest w tym i zasługa humoru (Farbowany d’Artagnan, King-Kong i odkrycie komercyjnego potencjału kaijū), prawie nieobecnego w pierwszym tomie. Te przesunięcia obejmują i samego bohatera (świetnie wypadają jego dziecięce epizody) – bo też Shankar staje się nim w pełni, co nie znaczy, że towarzyszą temu pompatyczne koronacje i deklaracje (zwodniczy i ponury splendor nagrody za bezwzględność w dążeniu do objęcia roli wybrańca zostaje zresztą w komiksie przykładnie wykazany).

Quasimodo, gratuluję założenia rodziny!
Quasimodo, gratuluję założenia rodziny!

Od samej definicji bohaterstwa ważniejszy pozostaje unikający niezgrabnej ciężkości dyskurs na tematy przyległe: władzy, manipulacji, przybieranych masek, perspektyw cywilizacyjnej zagłady i rasowej supremacji (z uwzględnieniem piętna kolonializmu i postaci superbohatera jako nadczłowieka), dwoistości ludzkiej natury, szczególnie zaś kwestia samego fenomenu opowieści i wplecionej w nią tajemnicy. Poza faktem, że fabułę wprost współtworzą legendy, mity i literackie zapożyczenia, to ich odsłonom wtórują z powagą i przekorą podnoszące rangę kreacji zdania takie jak „zawsze coś piszę, dzięki temu nadal jestem młody”, „wszystkie opowieści mogą być jednakowo prawdziwe” czy „zabawniejsze jest wymyślać tajemnice, niż je wyjaśniać”. I zgodnie z tym twórcy prawdziwie nas zabawiają.

Jak robi to Mazzitelli, już wiadomo. Jak Alcatena? Z analogicznym rozmachem i lekkością. Z uwagi na wprowadzenie do opowieści planu snu i coraz bardziej fantastycznych krain rysownik okresowo przypomina nam o sposobach, jakimi formował Żywą stal – groteskowe hybrydy, surrealistyczne krajobrazy, op-artowe kombinacje. Oczywiście dominuje zasada graficznego decorum, więc rozległe kulturowo inspiracje sztuką, wzornictwem, architekturą podążają w ślad za akcją. Wspaniale uwydatniają się ręczny charakter rzemiosła i stylistyczna wszechstronność. Alcatena prowadzi wykład równolegle (i na równych prawach) z Mazzitellim i cudownie, że oba zostały po wsze czasy utrwalone, bo tego nie da się ogarnąć za jednym posiedzeniem.

Casting na pierwszą gwiazdę kaijū rozstrzygnięty.
Casting na pierwszą gwiazdę kaijū rozstrzygnięty.

A jednak autorzy podjęli dowcipną próbę uczynienia tego w najprostszy z możliwych sposób – zbierając co znaczniejsze towarzystwo na pamiątkowym „rodzinnym” zdjęciu. Takie skojarzenie przywodzi okładka, do której materiału dostarczyła plansza zamykająca tę – to słowo paść po prostu musi – monumentalną pracę i porywającą zabawę. Shankar to ten w centrum, wiadomo. A jak chcecie sobie przypomnieć, skąd tam się wziął facet z kobzą albo ten obok brytyjskiego gwardzisty, to zostaje wam otworzyć album i powspominać, jak to z tym bohaterstwem było, jest i będzie.

Wydawnictwu Mandioca serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Shankar
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz: Eduardo Mazzitelli
Rysunki: Enrique Alcatena
Tłumaczenie: Jakub Jankowski
Typ: komiks
Gatunek: fantastyka
Data premiery: 22.02.2022
Liczba stron: 304
ISBN: 9788396023469

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Moje wrażenia z pierwszego spotkania z Shankarem (czyli te tutaj) domknąłem pytaniem: po co on jest? Po co ten idealny, niewzruszony bohater, szanowany jako sojusznik i przeciwnik pośród ożywionych jego obecnością reliktów wiedzy i wierzeń w atlasie wszechcywilizacji? Po co ten świadek i wzmacniacz...Obywatel światów. Recenzja komiksu Shankar. Tom 2
Enable Notifications    OK No thanks