SIEĆ NERDHEIM:

Powszechna historia bohaterstwa. Recenzja komiksu Shankar. Tom 1

Shankar? W głowach się nie mieści...
Shankar? W głowach się nie mieści…

Jorge Luis Borges, Argentyńczyk tak emblematyczny dla ogólnoludzkiej świadomości jak Diego Maradona czy Ernesto „Che” Guevara, w prologu do swojej Powszechnej historii nikczemności (1935) napisał o składających się na ów zbiorek krótkich prozach: „Jest w nich nadmiar pewnych chwytów, jak heterogeniczne zestawienia, nagłe zerwanie ciągłości, sprowadzenie całego życia jakiegoś człowieka do dwóch czy trzech scen”. Tak scharakteryzowane fabuły pisarz oparł na życiorysach siedmiu postaci (dziś śmiało można by ich objąć mianem „kulturowych złoczyńców”), którym wieczną sławę zapewniły bezwzględność, tupet, cwaniactwo czy manipulacja. Zakreślił ich udziałem pole tytułowej „nikczemności” w sposób nie pozostawiający złudzeń, że jest to tylko nikła cząstka jej udokumentowanych, wyróżniających się sensacyjnością aktów.

Przytoczone słowa autora Fikcji zadziwiająco pasują do Shankara, kolejnego komiksowego dzieła argentyńskiego duetu Mazzitelli&Alcatena, jakie dostajemy dzięki wydawnictwu Mandioca. Zachowując podaną powyżej formułę, autorzy sięgnęli do obszarów mitu i folkloru, by zmierzyć się (w przeciwieństwie do Borgesa) z fenomenem pozytywnego bohatera kulturowego. Więcej – multikulturowego. Choć czy postać, przy pomocy której to robią, rzeczywiście można tak określić?

Przepraszam, Śiwa przyjmuje?
Przepraszam, Śiwa przyjmuje?

Shankar – cudowne dziecko o niewyjaśnionym rodowodzie, odnalezione w głębi dżungli brytyjskich kolonii, naznaczone proroctwem objęcia władzy nad światem, które z tejże przyczyny pragną przyhołubić sobie (każde na wyłączność) trzy europejskie mocarstwa z przełomu XIX i XX wieku. Jednak chłopiec ponad geopolityczne układy przedkłada wolność duchową i w poszukiwaniu tejże podejmuje inicjacyjną włóczęgę – no raczej! – na wschód. I jak przedstawia się po niej, nomen omen, orientacja bohatera w kwestii jego pochodzenia i przeznaczenia?

Mazzitelli prowadzi czytelnika przez akcję inaczej niż w surrealistycznej, przesyconej atmosferą szalonej katastrofy Żywej stali. Unosi wieka coraz to kolejnych szkatuł ze świadomością tradycji stosowanej techniki i prezentuje ich zróżnicowaną kulturowo zawartość. Indie, Chiny, Japonia, Malezja, w końcu carska Rosja wyznaczają teren podróży Shankara, do której spirytualnego, tożsamościowego charakteru przekradają się z czasem coraz częściej wątki awanturnicze. Scenarzysta tworzy je, wykorzystując zastępy postaci z mitologii wymienionych krajów, historii i literatury popularnej – bóstwa, demony, ludzie-rekiny, generał Custer, Madame Ching (obecna zresztą także u Borgesa), Rasputin, Sandokan…

Jak już Baba, to chociaż Jaga.
Jak już Baba, to chociaż Jaga.

W tym rozszczepionym postmodernistycznie świetle niemożliwością jest uniknięcie skojarzeń z pracą wykonaną przez Alana Moore’a. Ani mi w głowie przy tym tytułowanie Mazzitelliego jego imitatorem, brońcie bogowie. Widać, że Argentyńczyk to niezależny myślowo pasjonat, a nie neofita, i konstrukcja Shankara rysuje się inaczej niż, dajmy na to, Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Natężenie roli folkloru kieruje nas również do Hellboya i Mignolawersum, przy czym znów – ani mi w głowie… Do tego dochodzi najstarszy spośród wymienionych cykl Corto Maltese i… nie, podtrzymuję – Mazzitelli to nie naśladowca Pratta, choć akurat w stronę tego autora wykonał moim zdaniem najbardziej wyrazisty ukłon, szczególnie widoczny w malezyjskiej marynistycznej opowieści (i ta czapka!). Dlaczego więc wiję się jednocześnie w wykazach podobieństw i unikach?

O tych recenzenckich manewrach zadecydowała chronologia. Shankar to dzieło oryginalnie opublikowane w 2012 roku. Prawem pierwszeństwa efekt „wow!”, wypływający z melanżu erudycji, mitów i przygodowej fabuły, najwyraźniej przylgnął już (spoglądając tylko na polski rynek) do Moore’a i Mignoli właśnie. Podobnie obciążona za sprawą ostatniego z wymienionych autorów stała się postać Rasputina jako antagonisty. I sam dziwnie się czuję z jakąś wewnętrzną potrzebą podkreślania, że Shankar jest inny, mimo tak oczywistych podobieństw. A jest. Chociaż ta inność może dla niektórych zapracować na niekorzyść.

Składają się na nią: po pierwsze – narracja słowna. Fabułom towarzyszy każdorazowo sporo tekstu traktującego o kontekście – wierzeniowym, historycznym, obyczajowym etc. Uzasadnia to szkatułkowa konstrukcja opowieści i sam sposób opowiadania, proces przywoływania minionych, a – jak się okazuje – powiązanych z osobą Shankara dziejów. W efekcie relacja i komentarz często przytłumiają akcję. Dodatkowo z kolejnymi stronami styl wypowiedzi podporządkowuje się specyfice legendy czy baśni i nie ma w sobie tej bombastycznej autoironii oraz prowokacyjnej skrótowości, które napędzają Żywą stal. Bardziej kołysze, niż trzęsie.

Niestety, casting na King-Konga wygrał goryl...
Niestety, casting na King-Konga wygrał goryl…

Po drugie – bohater. Estyma, z jaką podejmują go kolejne postaci, usuwa go w moich oczach podczas wydarzeń na drugi plan. Shankar sprawia wrażenie bytu skończonego, który osiągnął doskonałość poza naszą wiedzą – opanowany, skoncentrowany, przenikliwy, niepokonany, tajemniczy w sposób, który nie tyle pobudza do rozszyfrowania tajemnicy, co narzuca akceptację takiego stanu rzeczy (wyjątkiem jest wspomniana historia z Malezji). Sam bohater zresztą raczej asystuje wydarzeniom niż je prowokuje, stąd łatwiej zaangażować się w losy tych, którzy wchodzą z nim w relacje – więcej w nich czysto ludzkich słabości i namiętności. Shankar zaś zalicza przy okazji kolejne etapy bohaterskiego wtajemniczenia i jednocześnie coraz bardziej przysłania swój obraz, stając się bez mała wcieleniem bezosobowej idei heroizacji.

Po trzecie – praca rysownika. Ten argument należy rozpatrywać tylko w zestawieniu z Żywą stalą, gdyż umiejętności Alcateny w zakresie stylizacji są ogromne, ale kogo raz otoczyły fantasmagorie z podanego tytułu, ten na graficzną oprawę Shankara będzie patrzył jak na coś stonowanego przez techniki właściwe poszczególnym kulturom. Ta plastyczna odrębność została wyeksponowana bezbłędnie – album tym sposobem staje się poglądową ściągawką z historii sztuki i wzornictwa. Japońskie drzeworyty, rosyjskie ornamenty, płaskorzeźby, teatr cieni, nawet czcionka tytułów otwierających rozdziały upodabnia się charakterem do alfabetu stosowanego w danym kraju. Wszędzie, gdzie tak bezpośrednie nawiązania nie występują, rysownik trzyma się blisko uproszczonego realizmu, co w połączeniu z brakiem koloru potęguje wrażenie plansz z przygodowego komiksu sprzed kilku dziesięcioleci.

Kamikaze dla gości z Zachodu!
Kamikaze dla gości z Zachodu!

Tyle o ambiwalentnym odczuciu „inności” Shankara. Osobiście absolutnie nie jestem nią zawiedziony, gdyż potwierdza ona koncepcję, którą dałoby się ująć przy pomocy cytowanego na początku recenzji zdania Borgesa, zastępując kilka słów innymi: jest w niej nadmiar pewnych chwytów, jak heterogeniczne zestawienia, nagłe zerwanie ciągłości, sprowadzenie całego dorobku jakiejś kultury do dwóch czy trzech scen. No dobrze, czterech czy pięciu. Najważniejsze, że dzięki temu dowiedzieliśmy się, kim jest Shankar – bohaterem, którego znają wszędzie. A po co jest? Odpowiedź znajdziemy zapewne w drugim tomie, a jej uzyskiwaniu towarzyszyć będą kolejne crossoverowe wyprawy w świat mitów. Niby oczywista, a jednak wciąż ekscytująca perspektywa. Bo powszechna historia bohaterstwa lubi się powtarzać. I być powtarzana. A już z pewnością przez takich pasjonatów jak Mazzitelli i Alcatena.

Wydawnictwu Mandioca serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Shankar
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz: Eduardo Mazzitelli
Rysunki: Enrique Alcatena
Tłumaczenie: Jakub Jankowski
Typ: komiks
Gatunek: fantastyka
Data premiery: 24.06.2021
Liczba stron: 312
ISBN: 9788396023421

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.