SIEĆ NERDHEIM:

Dwa głosy o Niezwyciężonym. Recenzja serialu Invincible

Korektayaiez
Plansza tytułowa.

Jurkir: Ah, kolejny serial superhero, uśmieszki, ratowanie ludzi, oklepane jak zawsze motywy, do tego animacja ­– nie no nie będę oglądał. Tak bardzo się pomyliłem! Na szczęście potrafię przyznać się do błędów i słuchać moich znajomych, a wszyscy jednym głosem mówili – musisz obejrzeć, to jest genialne.

Kerber: Bo jest! Ja nie wchodziłem w ciemno – jestem fanem oryginalnej serii i kiedy tylko usłyszałem, że Niezwyciężony nareszcie doczeka się adaptacji (nie liczę ruchomego komiksu z dubbingiem, który również można znaleźć na Amazonie) to z radości prawie zacząłem lewitować jak główny bohater. I chociaż animacja wprowadziła sporo zmian, chociażby przestawiając wątki, by bardziej pasowały do medium, fani Marka Graysona koniecznie powinni sięgnąć po serial.

Jurkir: Pewnego wolnego popołudnia usiadłem i postanowiłem sprawdzić plotki. Skończyło się na obejrzeniu wszystkich dostępnych odcinków jednego dnia. Po tym pozostało wielkie wyczekiwanie na finał, który pięknie skwitował wszystko. Nie przyjdzie mi się martwić o dalsze losy bohaterów, bo Amazon zamówił już dwa kolejne sezony i bardzo dobrze. Obejrzałem w tym roku już ponad 30 seriali i ten dopiero, jako pierwszy, mnie zachwycił. Ma gwarantowane miejsce w topce roku.

Nolan parafrazuje fanów serialu, którzy teraz pędzą czytać komiksy Kirkmana.

Kerber: Nie mam takiego bagażu serialowego za sobą (w tym roku?! Człowieku, mamy maj!), ale Invincible podnosi poprzeczkę wszystkiemu, co w najbliższym czasie obejrzę. Ach i nie dajcie się zwieść prostej kresce i animacji – podejdźcie do tego jak do serialu aktorskiego. Oprócz tego, że epizody mają pełną długość do godziny (co jest praktycznie niespotykane w odcinkowych animacjach i całym sercem pochwalam taki format), to samo podejście do tematu superbohaterstwa ma sznyt podobny do The Boys czy Umbrella Academy.

Jurkir: Jak mogliście wywnioskować z poprzedniego akapitu, nie czytałem komiksu, ale zdecydowanie się to zmieni w najbliższej przyszłości. Z tego, co się dowiedziałem, produkcja bardzo wiarygodnie oddaje oryginał, więc jestem ciekaw lektury, mimo że znam kolejność zdarzeń. Fabuła rozpoczyna się w stylu klasycznego superhero – nastolatek jest synem największego superbohatera na świecie i w końcu nadchodzi jego moment, by otrzymać moce. Jak zwykle rozpoczyna to cykl wydarzeń. Nie jest to jednak typowa historia od zera do bohatera.  Na naszego protagonistę – Marka – czekają coraz to trudniejsze wyzwania zarówno na stopie heroicznej jak i prywatnej. Końcówka, która nie jest zaskoczeniem dla widza po pierwszym odcinku, będzie największym wyzwaniem ze wszystkich.  Abstrahując od domysłów widzów, z ogromną przyjemnością ogląda się to, w jaki sposób sznurki tajemnic rozplątują się, ujawniając coraz więcej informacji. 

Sezon pierwszy ma takie poziomy przemocy, jak komiksy pod koniec. Dzięki czemu ta konkretna scena jest dużo bardziej dramatyczna, drastyczna… a przy okazji ma niebosiężnie lepszą choreografię.

Kerber: Czeka cię sporo lektury, szczęśliwie wydawanej już po polsku. Jak już wspominałem, serial wprowadza w historii znaczące różnice– które mogę streścić jako destylację najważniejszych, podstawowych wątków dla kluczowych postaci i przedstawienie ich wcześniej. Dla przykładu nie musimy czekać osiemdziesięciu numerów komiksu, aby William wyszedł z szafy, w serialu jest od początku gejem. Zmiany zostały zręcznie zmontowane w spójną całość, dodatkowo więcej uwagi poświęcono Amber i Eve. Najbardziej kluczową zmianą jest wprowadzenie działań Omni-mana od pierwszego odcinka, inny tok śledztwa z tym związanego oraz podkręcenie poziomu gore. W serialu krew tryska wiadrami bez chwili wahania, na co w komiksie trzeba było trochę poczekać podczas żonglerki motywami superhero (potem radośnie rozpaćkanymi o ścianę). I ten brak zwłoki działa! Powiedzmy sobie szczerze, brutalna przemoc w otoczce trykociarzy nikogo już nie szokuje. Ba, Amazon przecież ma The Boys, na którego tle próba zrobienia przewrotu tematyki wzbudziłaby może tylko wywrócenie oczami. Zamiast tego obrano drogę takiej eskalacji, że nawet Homelander mógłby poczuć mdłości. Świetnie ilustruje to zresztą tytułowa plansza, co odcinek coraz bardziej zalana juchą.

Wiele postaci ma potężną siłę, ale one same są potężną siłą serialu.

Jurkir: Chciałbym teraz wspomnieć trochę o postaciach. Większość z nich jest fenomenalna. Z jednej strony część korzysta z ogranych archetypów, z drugiej strony bardzo dobrze siętymi motywami bawi. Robi to za sprawą sugestii popularnych rozwiązań fabularnych, które następnie obraca w perzynę. Najbardziej jestem zauroczony Eve, to świetnie napisana, stojąca na własnych nogach bohaterka, która ma sporo osobistych wątków.Pewnie wiele osób będzie w stanie się z nią utożsamić. Co by jednak nie mówić, mimo że Mark jest protagonistą, to tak naprawdę jest wpisany ciągle w jakiś kontekst i schemat fabularny – muszę być lepszy; mam problemy w związku; próbuję pogodzić szkołę, przyjaciół i ratowanie świata.  Jasne, nie mówię, że to nie prowadzi do przemyśleń, ale wątki Eve bardziej eksponują jej charakter. Bardzo mi się podobało, że prawie wszystkie postacie otrzymały jakąśproblematykę. Muszę przyznać – byłem zachwycony motywami dotyczącymi Amandy oraz Williama. Niestety nie przypadło to wszystkim – Dupli-Kate (Tu wielkie szkoda, bo lubię Elizabeth Jow) i Shrinking Ray zostały pominięte. O istnieniu tej drugiej postaci łatwo zapomnieć.

Kerber: Pocieszę cię, że Dupli-Kate będzie miała swój spotlight w kolejnym sezonie. Tymczasem Ray… no tak. Jak wspominałem wcześniej, komiks Invincible bawił się w dekonstrukcje superfranczyz, a takie traktowanie postaci typu Ray służyło w tym celu. Oryginał ośmieszał pewne archetypy i elementy fabuł, stawiał typowe skojarzenia na głowie (jak nagły przeskok w krwawą, brutalnie realistyczną przemoc), śmieszył satyrą branży, szokował i porażał geniuszem rozwiązań, a także oporem wobec typowego prowadzenia komiksów swojego gatunku (jak cofanie wszystkiego do statusu quo po pewnym czasie). Oczywiście, nie da się tego przenieść do serialu, ani nie odkrywa się tego samego lądu na nowo, ale pewne elementy zostały. Na dobre (jak scena znudzonego Aquariusa pod wodą) czy złe, co widać w traktowaniu pewnych postaci po macoszemu. W komiksie często działało to jako brick joke, spadający na czytelnika kilka numerów później, jak cały wątek demona-detektywa. U Amazona Darkblood otrzymał rolę zupełnie na serio, zamiast bycia parodią na kilka scen, ale wielu innych nie spotkał taki zaszczyt.

My tylko jemy i dryfujemy… a gdzie? Na morza dnie.

Jurkir: Prawda jest taka, że fabule można zarzucić sporo głupotek, uproszczeń i pierdółek. Całość jest jednak tak dobrze napisana i spójna, że aż szkoda się czepiać i nie mam zamiaru przez to obniżać swojej oceny, jednakowoż wspomnę ogólnikowo o kilku uderzających podczas seansu rzeczach. Weźmy przykładowo wątek romantyczny Marka – to jeden z lepszych motywów romansowych, jakie widziałem w telewizji, powaga. Szkoda, że na końcu może nie tyle zepsuli, ile dodali do niego element, który wprowadził lekką sprzeczność. Co ciekawe, wspomniane zachowanie, jest bardzo w charakterze postaci, a zarazem mu zaprzecza. Warto jeszcze dodać, że twórcy skrupulatnie domknęli wszystkie otwarte wcześniej wątki.

Kerber: Serial rządzi się swoimi prawami i działa sprawnie, dając nam najważniejsze elementy ze świata Image Comics. Jak widzicie po reakcji Jurkira, pewne rzeczy nie zestarzały się ani o jotę od czasu publikacji w 2003 roku. Tym, co podkręcono i uwspółcześniono jest fenomenalna akcja. Wspominałem już o eskalacji brutalności, a tej towarzyszy odpowiedni montaż walki i popisów nadprzyrodzonej siły. Chwilę na potężne popisy dostają nawet oryginalni Guardians of the Globe, którzy w komiksie byli niewiele więcej ponad rubaszną kalką Ligi Sprawiedliwości. Niektóre kluczowe momenty zostały zrealizowane niemalże od nowa, co wyszło serii na zdrowie. Przy całej mojej miłości do komiksowego źródła, pierwsze choreografie akcji były… ech, żenujące? Jak walka w biurze Machine Head’a, która z kolei w serialu wbija w fotel. A finałowa sekwencja dostała najlepsze z obu światów – zarówno upgrade serialowy, jak i zachowanie najbardziej ikonicznych kadrów, dialogów i wymiany ciosów. I tak, również tutaj przemoc urasta do kwadratu… brrr. Trzy słowa: scena w metrze. Obejrzyjcie sami i szykujcie żołądki.

Jak pokazać lot superbohatera 101 – nieruchoma rysowana postać na 3D tle, które przesuwamy i dodajemy linie szybkości. Na szczęście łatwo jest zignorować takie babole…

Kerber: Pozwolę sobie też wykorzystać temat, by trochę pomarudzić – o ile akcja jest tak intensywna, że zawstydza heroiczne anime, to animacja wydaje się momentami cofać do lat dwutysięcznych. Elementy 3D kontrastują z resztą i często wydają się tanie, co dziwi przy rozmachu produkcji, a minimalistyczna kreska czasem traci przez uproszczenia. Jak twarz Cecila, jego ikoniczna szrama w ogóle nie przypomina oryginału i równie dobrze mogłoby jej nie być. W kilku scenach wyraźnie spadają też klatki na sekundę i widać graficzne skróty (jak turlający się po ulicy Mark, zapętlony na przesuwającym się tle). Reszta serialu zupełnie wynagradza te niedoróbki i gdyby nie recenzencki obowiązek pewnie szybko bym o nich zapomniał.

Jurkir: Jeszcze tylko dwa krótkie słowa o obsadzie – dobór jest fenomenalny. Zatrudnili ekipę z samego szczytu. Aktorzy grali postacie podobne do ról, w których zwykle są obsadzani. Efekt był świetny. Przykładem niech będzie Walton Goggins jako Cecil Stedman, to jeden z najlepszych wyborów castingowych w mojej opinii patrząc przez pryzmat tego kryterium. Aktor ten jest znany z nie do końca prostych do kategoryzacji postaci, które operują bardziej w przestrzeniach szarości, niż jednoznacznie określają się jako dobre lub złe. Tak samo jest i w tym wypadku. Uważam, że obsada głosowa, to około pół sukcesu całej produkcji. 

Kerber: Nic dodać, nic ująć. Głosy zostały tak fantastycznie dobrane, że mogłem zamknąć oczy i od razu poznałbym, kto kogo gra! Jakby ktoś je wyciągnął z mojej głowy podczas lektury komiksu. Dla mnie szczególnie genialny był J.K. Simmons w roli Omni-Mana. Na ekranie nie było miejsca na liczne scenki z uroczej codzienności Graysonów, które w komiksach poprzedzały działania Nolana (i osłabiały czujność czytelnika), ale Simmons nadrabia tę podbudowę emocjami wkładanymi w usta swojej postaci. Finałowa tyrada uderza dzięki temu nawet mocniej niż w oryginale.

…zwłaszcza, że ikoniczne sceny zrealizowane są fan-ta-stycznie!

Jurkir: Invincible wzięło mnie kompletnie z zaskoczenia. Cieszę się, że nie przegapiłem tej fenomenalnej produkcji przez swoją ignorancję. Amazon zamówił już kolejne dwa sezony i będę wyczekiwał ich premiery. W międzyczasie przyjrzę się pierwowzorowi. Moja recenzja jest jednoznacznie pozytywna i chyba nie muszę dodawać nic więcej ponad to, że polecam i teraz wszyscy wio przed ekran.

Kerber: Ja swoje pomarudziłem, ale również jestem pełen pozytywnych wrażeń i mógłbym zalać recenzję wspominaniem ulubionych momentów z każdego odcinka. Serial nie jest tak przełomowy jak materiał źródłowy, ani nie imponuje kreską, ale oferuje solidną rozrywkę dla każdego fana trykociarzy. Kontynuuje też trend adaptacji komiksów wartych uwagi, które nie należą jedynie do Marvela bądź DC. Oferuje przy tym lepsze sceny superbohaterskiej akcji niż dwa wspomniane studia razem wzięte. I nade wszystko – dojrzalsze, bardziej życiowe podejście do osobistych wątków postaci, mierzących się ze swoimi problemami zamiast uciekania w fantastyczny eskapizm.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Niezwyciężony
Data premiery: 25.03.2021
Typ: serial animowany
Gatunek: superhero, akcja
Liczba odcinków: 8
Twórcy: Robert Kirkman, Maude Lewis
Studio: T.A.P.
Obsada: Steven Yeun, Sandra Oh, J.K. Simmons

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.