SIEĆ NERDHEIM:

Marionetka po tuningu. Recenzja komiksu Pinokio

Pinokio? Zapuszkowali cię?
Pinokio? Zapuszkowali cię?

Jeśli chodzi o ilość komiksowych wznowień w roku 2021, to wydawnictwo Kultura Gniewu bezsprzecznie zgarnia Grand Prix. Właśnie kluczem kolejnych wydań postanowiłem ułatwić sobie selekcję tytułów do podsumowującego ubiegły rok rankingu „Top 5”, jaki tradycyjnie wielogłosowo przygotowuje nasza redakcja. Nim jedynie tłumaczę wyłączenie spośród kandydatów do czołowej piątki Black Hole, Przybysza, Jak zrozumieć komiks i, oczywiście, Pinokia (I wydanie: 2011).

Jeśli zaś rok 2021 chciałby ubiegać się w Polsce o patrona innego niż przypisany mu przez chiński horoskop Bawół, to osobiście wysunąłbym właśnie kandydaturę Pinokia, który doczekał się w nim trzech ważnych prezentacji (uwzględniając wyłącznie kontekst wydawniczy), a są to: Pajacyk, Pestka, Śliwka, Polano i znów Pajacyk Vojtěcha Maška i Chrudoša Valouška (Centrala, więcej tutaj), Pawełek Pinokio Lucasa Vareli (Mandioca, więcej tutaj) i, oczywiście, Pinokio Winshlussa (Kultura Gniewu, więcej poniżej).

Jeśli uwzględnić w tym jeszcze okoliczność, iż rzeczony Bawół pozostawał w ubiegłym roku związany z żywiołem metalu, to trop poprowadzi nas, oczywiście, do Pinokia. Nie, nie pomyliłem się – imć Vincent Parronaud a.k.a. Winshluss zapisał się w dziejach kultury poniekąd wzorem Kazimierza Wielkiego: zastał lalkę drewnianą, a zostawił blaszaną. I ta zmiana budulca jest istotną częścią planów (de)konstrukcyjnych, jakim autor poddał opowieść Carla Collodiego.

Zróbmy sobie... dziecko? zabawkę? sługusa?
Zróbmy sobie… dziecko? zabawkę? sługusa?

Objęły one wszystkie znane z oryginału wątki, obrabiając je w warunkach miejskiej przestrzeni przemysłowej i podmiejskiej degeneracji poprzemysłowej przy użyciu niezastąpionego anarchistycznego multitoola, czyli łomu, podważającego fasady społecznej harmonii i wtykanego pomiędzy tryby machin systemu. I tak Pinokio jest prototypem robota, który Gepetto chce sprzedać armii do seryjnej produkcji jako doskonałego, niezniszczalnego żołnierza, Cyrk Stromboli to fabryka zabawek wykorzystująca do pracy dzieci, Lis i Kot występują jako Baron i Wonder – dwójka kloszardów, Kraina Zabawek staje się Zaczarowaną Wyspą, miejscem obalającej tamtejszą monarchię rewolucji wraz z typowymi dla podobnych przewrotów konsekwencjami, obecność Monstra, odpowiednika straszliwego rekina z powieści, zawdzięczamy wlewanym do morza toksycznym odpadom, a zamiast przestróg i pouczeń Gadającego Świerszcza dostajemy cynizmy i wulgaryzmy Karalucha Jiminy’ego, niespełnionego pisarza, który skłotuje w blaszanej łepetynce Pinokia.

Tę totalnie niebaśniową degrengoladę autor zasila wątkami z udziałem m.in. detektywa o rysach twarzy uformowanych na wzór moai, Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków (których opiekuńczość względem spoczywającej w szklanej trumnie dzieweczki niewiele ma wspólnego z odruchami serca) czy pewnego pingwina. Przy tym wszystkie epizody mają w opowieści uzasadnienie wykraczające poza poziom okazjonalnego gagu/cytatu. Winshluss powiązał je brawurowo, nadając każdemu znaczenie współtworzące ów makabryczno-pulpowo-undergroundowo-satyryczny charakter całości. Ten montaż zaskakuje trafnością rozwiązań niby oczywistych w parodystycznej perspektywie, a przecież nie pozbawionych smutku, jaki kryje się za sarkastyczną oceną materialistycznych, militarystycznych, manipulacyjnych tendencji w sposobach organizacji społeczeństwa. Smutku wynikłego z dogorywającej nadziei na możliwą odmianę losu, na nagrodę za trud podjęcia stawianych przezeń wyzwań, czego zwycięską ilustrację przedstawiają u Collodiego przemiana Pinokia w chłopca i rodzinne spełnienie.

Generale, znowu jakiś gagatek z "Weapon X"...
Generale, znowu jakiś gagatek z „Weapon X”…

Jednak Winshluss nie oferuje nam zażegnującego ów smutek happy endu. Uniemożliwia to nie tylko patologicznie skażony świat, ale i tytułowy bohater, za którego blaszaną powłoką nie spodziewajcie się ani łobuzerskiego temperamentu, ani poczciwej dobroci, jakie wspólnie gwarantowały psychomachię u drewnianego pierwowzoru. Robotyczny Pinokio jest biernym narzędziem w przechodnich rękach napotykanych postaci, których działania czynią zeń parokrotnie przypadkowego anioła zagłady. Czy jednak tak dosłownie wzniecony ogień hartuje mniej dosłownie tworzącą jego ciało stal? Macie pełne prawo wątpić. Chociaż… Finał z udziałem dotkniętego rodzinnym dramatem małżeństwa pozostawia nas w zachwianiu na krawędzi studni nihilizmu.

Winshlussowski Pinokio mieści w sobie prowokacyjną, demaskatorską, zajadłą energię właściwą językowi kontrkultury, wywrotowe zasady gry symbolami z czytelnikiem i fantazję w wykorzystaniu turpistycznej ornamentyki, zaś w spajaniu tych warstw zaprawą absurdu zdradza pewność ręki murarskiego mistrza kielni. Chociaż efekt jego pracy sugerowałby raczej specjalizację asenizacyjno-kanalizacyjną, tak często z wisielczym humorem podkreśla rozległość i głębię szamba, jakie co rusz wylewa na i tak już zasyfioną powierzchnię (jakże rozkosznie drwiącemu przeinaczeniu ulega promująca życiową śmiałość maksyma navigare necesse est, gdy widzimy Gepetta uwięzionego na łajbie pośród kwasów żołądkowych Monstra). Powracający parokrotnie w komiksie motyw „trepanacji” wyraźnie wskazuje na konieczność wbudowania w głowę podobnego wentylu bezpieczeństwa, któremu w obietnicy szybkiej ulgi niebezpiecznie blisko jest jednak do pokusy ostatecznej rezygnacji, czego dowód w Pinokiu też znajdziecie.

Pierwszy kontakt i już spięcie.
Pierwszy kontakt i już spięcie.

Oko szybko zresztą wyczuli się wam na powszedniość podobnych znalezisk, gdyż Pinokio pozostaje głównie komiksem niemym – oszczędność słowna nie dotyczy scenek z udziałem Jiminy’ego (stanowiących właściwie osobny meta plan opowieści o życiowym przegrywie), opracowanej w duchu biblijnego nawrócenia historii Wondera i paru kwestii detektywa, podkreślających noirowy charakter postaci. Siła tego zabiegu uwydatnia się najbardziej podczas agitatorskiego przemówienia upiornego clowna na Zaczarowanej Wyspie i w samym Pinokiu, podkreślając jego… bezwolność? Obojętność? Mechaniczność wolną w tym wypadku od kwestii wyzwalającej się SI? Potężnieje retoryka milczącego komentarza i punktuje slapstickowe zaplecze.

Co prawda Winshluss pośród inspiracji wymienia pierwsze długometrażowe animacje Disneya (do tej grupy zalicza się również Pinokio z 1940 roku) i parodiuje w kadrach kilka scen z tychże (bezcenna reakcja grupy leśnych zwierząt obserwujących przez okno rozwój sytuacji w domku siedmiu krasnoludków!), ale pokrewieństwo nastroju i estetyki wiąże go zdecydowanie bardziej z konkurencyjnymi produkcjami Fleischer Studios – bliżej ulicznego brudu, abstrakcyjnej logiki i niewybrednych aluzji. Podążając za sekwencjami głównie drobnych i regularnych kadrów Pinokia, łatwo ulec analogii z filmami animowanymi właśnie (cóż, w końcu Parronaud zajmuje się i tą dziedziną). Kreska nie pozostawia wątpliwości – to przeciwieństwo słynnej frankofońskiej „czystej linii”, anarchistyczna scheda po Jean-Marcu Reiserze i Philippie Vuilleminie, technika odpowiednia do treści. Winshluss przy jej użyciu dokonuje jednak wielu czytelnych stylizacji – na stary komiks prasowy, szkic, pulpową okładkę, całostronicowe, bajkowe ilustracje. Na całość kładzie głównie gwarantujące efekt retro rastrowe kolory – wyjątki stanowią plansze z udziałem karalucha i kilka przerywników w ciemnej pastelowej sepii, co oczywiście ma swoją wymowę.

Ludzie też potrzebują smaru.
Ludzie też potrzebują smaru.

Tyle (co nie znaczy, że wszystko) o wielopoziomowej treści i takiejże technice. Ach, jeszcze kusi mnie, żeby podywagować na temat zrośniętego z pajacem problemu kłamstwa, którego tutaj (przynajmniej w jego wykonaniu) nie uświadczymy – niemożliwością jest przecież zdiagnozowanie choćby intencji zafałszowania prawdy u kogoś, kto uparcie milczy. Zresztą, podążając śladem Winshlussowskiego Pinokia, napatrzycie się dosyć na jawne i perfidne występki, którymi można sobie zasłużyć nie tyle na wydłużenie nosa, co na skrócenie o głowę. Przy czym autor tej bezceremonialnej antybaśni może i szydzi, kpi, zohydza, drażni, ale czy kłamie?

Wydawnictwu Kultura Gniewu prawdziwie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Pinokio
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Scenariusz i rysunki: Vincent Paronnaud Winshluss
Kolor: Cizo
Tłumaczenie: Katarzyna Koła-Bielawska
Typ: komiks
Gatunek: antybaśń
Data premiery: 03.11.2021
Liczba stron: 192
Wydanie: II
ISBN: 9788366128866

spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Jeśli chodzi o ilość komiksowych wznowień w roku 2021, to wydawnictwo Kultura Gniewu bezsprzecznie zgarnia Grand Prix. Właśnie kluczem kolejnych wydań postanowiłem ułatwić sobie selekcję tytułów do podsumowującego ubiegły rok rankingu „Top 5”, jaki tradycyjnie wielogłosowo przygotowuje nasza redakcja. Nim jedynie tłumaczę wyłączenie spośród...Marionetka po tuningu. Recenzja komiksu Pinokio
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki