SIEĆ NERDHEIM:

Zbawiciel ludzi i maszyn. Recenzja komiksu Geneza

Postapokaliptyczny pasterz. Czy pasterka?
Postapokaliptyczny pasterz. Czy pasterka?

Przed lekturą Genezy zastanawiałem się: kiedy ostatnio widziałem na okładce komiksu listę nazwisk długością odpowiadającą wyjściowej szóstce siatkarskiej? Wyjąwszy antologie i omnibusy, rzecz jasna. Gdy już poznałem przydział funkcji, jakie w tej drużynie pełnią panowie Amel, Krieger, Oxford, Chapman, Rebelka (ta akurat była oczywista) i Delpeche, zastanawiałem się, z jakim to zaawansowanym efektem kolektywnego tajfunu myśli przyjdzie mi się zmierzyć i czy aby mu samodzielnie podołam. Zaś po wszystkim zastanawiam się tylko, w jakim teamie będzie dane Jakubowi Rebelce zagrać następnym razem, gdyż transferowe perspektywy reszty składu niewiele mnie obchodzą.

Czwórka wymienionych przed polskim rysownikiem nazwisk zasłużyła sobie na to opracowaniem generycznej fabuły komiksu. Oto ona: tysiąc lat po zagładzie ludzkości (ach, te milenijne prognozy…) dokonanej za sprawą buntowniczych poczynań sztucznej inteligencji (ach, ta niepoprawna ludzka krótkowzroczność…) w laboratoryjnych warunkach odradza się człowiek, David Adams (ach, ten usłużny materiał genetyczny…). Jego „matką” jest android o imieniu Chloe, zaprogramowany do tychże czynności przez samego Adamsa przed rzeczoną zagładą (ach, ta przezorność geniusza…). Po pewnym czasie (szczęśliwie o niebo krótszym niż okres, jaki upłynął od jego śmierci, choć i tak niewystarczającym w ocenie opiekuńczej Chloe – ach, te rodzicielskie obawy…) David odzyskuje też pamięć. W efekcie transferu wspomnień i uświadomienia sobie własnej roli w losach ludzkości mężczyzna decyduje się na próbę reintrodukcji swojego gatunku (ach, te nieśmiertelne sentymenty…). Wraz z łudząco kobiecą Chloe i typowo mechanicznym w wyglądzie Cliffem rusza do miejsca, gdzie zgromadził potrzebne do tego materiały, do „Skarbca Życia”. Ekspedycja narażona jest na ataki sprzęgniętej z naturą „sieci”, która nie życzy sobie przywrócenia dawnego układu podległości, więc możecie się domyślić – ach, ten nastrój Epickiej Wyprawy, od Której Zależą Losy Świata…

Widziała cię sieć, więc cicho siedź!
Widziała cię sieć, więc cicho siedź!

Tak, pokpiwam sobie wprost z rezultatów pracy pomysłodawców (w liczbie trzech!) i scenarzysty, bo z zamieszczonych na tylnej okładce reklamowych opinii usunąłbym wszystkie epitety, zostawiając tyko „utarty”. Ten bowiem miał być przeciwwagą wobec podejścia autorów do schematu postapokaliptycznej opowieści, a okazał się jego wagą właściwą.

Nie oczekiwałem przy tym kołodziejskich rewolucji lub filozoficznie zaawansowanej dialektyki, licząc raczej na wiarygodną atmosferę towarzyszących nam już od dawna wątpliwości w temacie ingerencji w naturę i cybernetyzacji. Niestety cały możliwy komentarz został strywializowany przez pospieszność akcji (nie niwelują tego zastosowane retrospekcje), a nade wszystko przez sztuczny dramatyczny rozmach i ckliwość. Usilna ekspozycja emocji miała zapewne z subtelnością megafonu przy uchu osłupić nas przypomnieniem, że tym, co pozwala odnawiać nadzieję w ludzkość, jest niezłomność ducha, poczucie odpowiedzialności, dająca wolność wyboru samoświadomość i siła miłości, zdolna zhakować najbardziej zaawansowany w kryteriach samodzielnej, tysiącletniej ewolucji system i uczłowieczyć maszyny.

Cała treść, od tytułu począwszy, wykazuje duże pretensje do wzorców mitologicznych, szczególnie w biblijnym wydaniu. David (tak, jak ten procarz sparowany po wsze czasy z Goliatem, późniejszy król odpowiedzialny za zjednoczenie plemion Izraela) Adams (komentarz zbędny) to wybraniec, który musi dojrzeć do swojego dzieła odkupienia (do samego „dzieła” zresztą też, bo konsekwentnie nazywany jest stworzycielem, a raz nawet mesjaszem). Chloe (z greckiego „kwitnąca”) skupia w sobie cechy troskliwej, cierpiącej, ale ufnej wyrokom losu matki i oddanej oblubienicy, choć finalnie równie mocno wybrzmiewa jej związek z odnawiającą się w zmienionym kształcie naturą. Towarzyszące ich relacji pojęcia zaufania, wiary, zawodu, poświęcenia w dialogach i rozwlekłych wewnętrznych wyznaniach wybrzmiewają niestety pretensjonalnie. Sekunduje temu android Cliff, cytujący parokrotnie Moby Dicka, czym ma zapewne wzmóc naszą empatię względem nieprzydatnych dla „sieci”, a wykazujących podejrzanie ludzką wrażliwość maszyn. To społeczność robotycznych renegatów w imię „wolności” mobilizuje zresztą do walki David. Naiwny patos tych scen osiąga stopień nieznośności.

Automatyczna odpowiedź, he, he...
Automatyczna odpowiedź, he, he…

Jednak bardziej nieznośne było dla mnie irytujące towarzystwo pytań „dlaczego?” i „jak?”. Dlaczego wyspecjalizowane drony tropiące „sieci” są równie skuteczne jak osławieni szturmowcy z Gwiezdnych wojen? Jak to możliwe, że wierne człowiekowi roboty utrzymywały przez tysiąc lat sprawność bez jej wsparcia? Dlaczego „sieć” zrekonstruowała prehistoryczną faunę? Jak mogła nie namierzyć „Skarbca życia”, któremu brakuje tylko neonu nad monumentalnymi podwojami? Dlaczego? Jak?? Dlaczego??? Zmętniałe dywagacje na temat „świadomości” i „programowania” oraz wymachiwanie (dosłowne) szabelką na barykadach „ludzkości” nie przynoszą odpowiedzi.

Dlatego z chęcią pozostałbym tylko przy wrażeniach wzrokowych, bo Rebelka swoją pracą w podpisującym się pod Genezą zespole zasłużył bezsprzecznie na nagrodę MVP. Jest jednocześnie, odnosząc się ponownie do siatkarskiej analogii, atakującym i libero. To kolejna zagraniczna zwycięska próba wszechstronności polskiego artysty, który w każdym firmowanym przez siebie tytule mierzy się z innym gatunkiem, trafiając estetycznie w jego potrzeby. I choć nie jest to moja ulubiona odsłona jego umiejętności, to wciąga wizualnie w wyludniony świat do tego stopnia, że uwydatnia się miałkość i zbędność całych partii obecnego w Genezie tekstu. W aranżacji postindustrialnych zgliszczy i kanciasto obłamanej kresce przypomina mi Teda McKeevera, w kolorach… Stop, no tak – to akurat miejsce dla ostatniego z wymienionej szóstki, Patricia Delpeche’a. I tak, ten gość widocznie dogaduje się z Rebelką na boisku. Początkowo założyłem nawet, że to właśnie Polak sam nałożył kolory – podobne paleta i fakturowanie, nasycenie kolorów. Zatem w podsumowaniu jeszcze zasłużone punkty dla kolorysty.

O rany, Rebelka... Znaczy się - rewelka...
O rany, Rebelka… Znaczy się – rewelka…

Zaś na sam koniec wyskanduję jeszcze raz „Re-bel-ka!”, życząc naszemu rodakowi scenariuszy, które będą lepiej współgrać z możliwościami jego talentu. Gdyż poza graficzną oprawą (dodatkową osłodę stanowią zamieszczone na końcu tomu okładki oryginalnego zeszytowego wydania) Geneza nie dała mi oczekiwanej satysfakcji.

Wydawnictwu Kultura Gniewu serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Geneza
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Scenariusz: Clay McLeod Chapman
Rysunki: Jakub Rebelka
Kolory: Patricio Delpeche
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Typ: komiks
Gatunek: postapo
Data premiery: 20.01.2022
Liczba stron: 144
ISBN: 9788366128903

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Przed lekturą Genezy zastanawiałem się: kiedy ostatnio widziałem na okładce komiksu listę nazwisk długością odpowiadającą wyjściowej szóstce siatkarskiej? Wyjąwszy antologie i omnibusy, rzecz jasna. Gdy już poznałem przydział funkcji, jakie w tej drużynie pełnią panowie Amel, Krieger, Oxford, Chapman, Rebelka (ta akurat była oczywista)...Zbawiciel ludzi i maszyn. Recenzja komiksu Geneza
Enable Notifications    OK No thanks