SIEĆ NERDHEIM:

Żywo o śmierci. Recenzja komiksu DCEased – Nieumarli w świecie DC

Kiepska opieka dentystyczna jak na taki majątek.

Pamiętam ten magiczny moment, gdy Egmont ogłosił polskie wydanie DCEased. W pewnych miejscach internetów wypłynęły całkiem liczne, kreatywne i prześmieszne pomysły na polski przekład sprytnego tytułu, wszystkie całkowicie fatalne w kontekście choć trochę odległym od żartów. Fajnie, że ostatecznie oryginalnej wersji nie przetłumaczono. Trochę mniej fajnie, że ktoś poczuł potrzebę za to ją czytelnikom wytłumaczyć jak chłop krowie na miedzy. Komiks Toma Taylora broni się bowiem sam, a potrzebę wprowadzenia łopatologicznego podtytułu raczej eliminuje wiele mówiąca, przepięknie paskudna okładka.

Darkseid jest, znowu, ale nie na długo. Jego kolejna inwazja kończy się potężnym, łamiącym szczękę sierpowym wymierzonym przez dumnego syna Kryptonu. Szaromordy teoretycznie podkula ogon i ulatnia się, jednak w tej partii szachów wyprzedza (oczywiście) o jeden ruch swoich heroicznych, kolorowych przeciwników. Udało mu się bowiem porwać Cyborga, za którego pomocą przywołuje Śmierć, grzebie jej w czarnych trzewiach i wydłubuje z nich legendarne równanie antyżycia. Pomysł kończy się mniej więcej tak samo dobrze, jak każdy projekt naukowy sztampowego, szalonego megalomana – równanko zostaje spaczone, obraca się przeciwko Darkseidowi i trafia na Ziemię wraz z Cyborgiem, już w postaci wirusa zmieniającego ludzi i wszechmocnych peleryniarzy w nadgniłych promotorów aktywnego stylu nieżycia. Taką gimnastykę fabularną trzeba uprawiać, żeby zrobić zombiaka z Supermana.

Niestety te fajowe rysunki wypełniają tylko kilka stron. Skan z wersji oryginalnej.

Starczy tego udawanego narzekanka. Choć nazwisko Toma Taylora niesie za sobą zwykle zaskakującą jakość w teoretycznie niesprzyjających warunkach (Injustice!), tym razem naprawdę spodziewałem się przynajmniej drobnej kalki Marvel Zombies i te obawy chyba były w pewnym stopniu uzasadnione. Bardzo się cieszę, że nie znalazły pokrycia w rzeczywistości. Scenarzysta ponownie ogarnął skazany na porażkę temat w wyjątkowy sposób, mniej makabryczny i przerysowany, świadomie wykorzystując swoje mocne strony i możliwości oferowane przez absurdalnie złożony świat DC Comics. Facet po prostu uwielbia to uniwersum i doskonale zna jego mieszkańców. Potrafi celnie przewidzieć, jak dużym zagrożeniem będą w przypadku strupowacenia i jak zachowają się, gdy ich codzienność zrobi fikołka na skutek przerysowanej, popkulturowej zarazy. Co najważniejsze, Taylor nie sili się przy okazji szczególnie na patetyzm, który w tej otoczce byłby karykaturalny. Potrafi przemycić drobne śmieszki tam, gdzie nie wzbudzą zażenowania.

Chodzi o to, że DCEased (pomimo teoretycznie ponurego settingu) to przede wszystkim parada makabrycznej frajdy. Co motywuje nas do ciągłego tolerowania wałkowania tematu oszalałych zgniłków? Z pewnością, przynajmniej po części, możliwość obserwowania wypaczonej, brutalnej rzeczywistości, w której czarne konie zaczynają ociekać złodupnością. Dzięki elegancji Taylora ta prymitywna radocha z ociekającej juchą akcji znajduje oparcie w ustanowionej wcześniej logice świata przedstawionego i w charakterach postaci. Niespodziewanie wielką rolę odgrywa Constantine, występy Mistera Miracle i Big Bardy cieszą odniesieniami do genialnej serii Toma Kinga, a Cyborg staje się zmechanizowanym Strażnikiem Teksasu i mistrzem ciętej riposty. Gdy najpotężniejsi z odzianych w spandeks koksów padają ofiarą wirusa, ławka rezerwowa staje na baczność, nawet Green Arrow w wielkim stylu udowadnia swoją użyteczność, więc naprawdę solidna narracja jest tylko miłą wisienką na torcie zajebistości przekładanej krwawym kremem. Zdziwiłem się tylko, że cała draka zaczęła się właściwie tylko z winy Ligi Sprawiedliwości, która troszeczkę olała temat zaginięcia Cyborga po oklepaniu Darkseida.

Zgniła zieleń. Skan z wersji oryginalnej.

Jak na każdy większy event trykociarski przystało, strony albumu traktowało swoimi ołówkami wielu ilustratorów, a najwięcej roboty przypadło w udziale chyba najmniej interesującemu z nich. Trevor Hairsine w żadnym wypadku nie jest beztalenciem, udało mu się stworzyć kilka naprawdę fajnych splashy i adekwatnie epickich kadrów, ale jego styl (poza lekkim rozedrganiem kreski) wpisuje się mocno w standard superbohaterski. Obok wyrazistego sznytu Jamesa Harrena, łączącego kreskówkowość z mrokiem i przy uporządkowanej, posępnej szczegółowości prac znanego głównie z The Boys i Transmetropolitana Daricka Robinsona, Hairsine wypada w najlepszym wypadku przeciętnie. Przyznam, że różnorodność kreski dopasowana często do bohaterów będących aktualnie w centrum uwagi jest zdecydowanym plusem tego albumu, ale nawet pośród artystów bardziej o bardziej peleryniarskich upodobaniach wizualnych znalazłby się lepszy kandydat na decydenta ogólnej szaty graficznej albumu (na przykład Richard Friend, no błagam!). Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że mniej sztampowy szlif mógłby podbić całokształt w rejony wykraczające nawet poza peleryniarski normatyw z górnej półki. Dałoby to też większe pole do popisu koloryście, bo Rain Beredo nieustannie z wyczuciem równa do poziomu kreatywności swoich współtworzących.

Osobny akapit pochwalny należy się z pewnością jakości samego wydania, głównie ze względu na materiały dodatkowe. Główna okładka i te dodatkowe, zawarte na końcu albumu to istny sztos. Francesco Mattina jest po prostu wyjadaczem fantastycznego, kompleksowego realizmu i płynnego cieniowania. Moje czarne serducho kupiły jednak najbardziej nieco mniej jednolite i bardziej pulpowe okładki alternatywne autorstwa (głównie) Yasmine Putri, odnoszące się do plakatów promujących głośne horrory takie jak Obecność, To, Koszmar z ulicy Wiązów, czy nawet Critters. Wieszałbym na ścianie bez wahania.

W DCEased Tom Taylor składa hołd wielu dziełom popkultury. Hołd świadomy, pełen zrozumienia i szacunku, prawie całkowicie wykorzystujący dostępny potencjał. To historia u podstaw będąca przede wszystkim bardzo dobrym przykładem stworzonego z pasją superbohaterstwa, ale i ukłon w stronę klasyków fikcji mózgożerczej, nawet jeśli w tym konkretnym przypadku żadne pożeranie tkanki nerwowej nie zachodzi. Do prawdziwego błyszczenia albumowi brakuje odważniejszej decyzji w doborze głównego ołówkującego, ale i bez tej śmiałości rysunki nie kłują w oczy. Nie spodziewałem się, że eksploatacja najbardziej oklepanych tropesów zrodzi tak fajny komiks i choć może nie jest to dzieło lepsze od Marvel Zombies, to dzięki swojej odmienności i talentowi scenarzysty spokojnie może bez wstydu stać obok, na tej samej półce.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: DCEased – Nieumarli w świecie DC
Wydawnictwo: Egmont
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Trevor Hairsine, James Harren, Darick Robinson, Richard Friend, Rain Beredo, Laura Braga, Trevor Scott, Neil Edwards
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Typ: Komiks
Gatunek: akcja, horror, superhero
Data premiery: 25.11.2020
Liczba stron: 232

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).