SIEĆ NERDHEIM:

Samuraju, ucz się sam! Recenzja komiksu Droga miecza. Pierwszy zwój: Popioły dzieciństwa

Na plasterki! Znaczy się: na sushi!
Na plasterki! Znaczy się: na sushi!

Jakie są przywileje i przekleństwa legendarnych i zarazem historycznych postaci? Po stronie korzyści pozostają wieczna sława, emanacja inspirującej osobowości, miano autorytetu w dziedzinie, która zapewniła im ów ponadczasowy awans. Po stronie niechcianych dowodów idolatrii znajdują się wybiórczo bądź alternatywnie uposażone życiorysy, samozwańcze patronaty, wypaczający ideologiczną schedę kontynuatorzy… Legendy żyją własnym życiem, poza wąskim odcinkiem czasu, w którym miały okazję spełniać się ich fizyczne pierwowzory. Ten proces nie ominął też osoby Miyamoto Musashiego.

Żyjący w XVII-wiecznej Japonii mistrz miecza stał się dla światowej kultury jednym z ambasadorów dalekowschodniej duchowości i archetypem niepokonanego wojownika. Musashi swoje doświadczenia szermierza i myśliciela zebrał pod koniec życia w Księdze pięciu kręgów, pozycji wynoszącej sztukę walki do poziomu życiowej samodyscypliny i rozwoju w sposób bliski kodeksowi Bushidō. Spośród zróżnicowanych gatunkowo popkulturowych eksploatacji jego wizerunku dziś przyjmiemy frankofońską perspektywę za sprawą autorów rozpisanego na 3 tomy komiksu Droga miecza.

Jego scenarzysta, Mathieu Mariolle, dokonał w tym celu adaptacji powieści Thomasa Daya. Jako że książka nie została opublikowana na polskim rynku, nie mogę stwierdzić, ile poza tytułem użycza fabule, ale wstępne słowo autora oryginału pozwala przypuszczać, że zachowana została struktura narracji i relacje bohaterów, z pewnością zaś estetyka fantasy. Zresztą, zanim wkroczymy na drogę krytyki, wejdźmy na drogę miecza, a przynajmniej na jej pierwszy odcinek.

Mijał oto Miyamoto zamek Pana Nakamury...
Mijał oto Miyamoto zamek Pana Nakamury…

Na dworze ambitnego i nowoczesnego władyki pośród licznego przyrodniego rodzeństwa cieszy się zaocznym statusem dziedzica prowincji 12-letni Mikedi. Dumne prognozy chłopaka zweryfikuje jednak pojawienie się obszarpanego ronina, który upokarza w walce reprezentację samurajów pana zamku. Kunszt Musashiego rozbudza w tym ostatnim pragnienie poznania szermierczych arkanów, ale bezkompromisowy mistrz składa mu inną propozycję. Może przyjąć na naukę jego syna i tym samym uczynić go godnym sięgnięcia po rękę córki cesarza, co trafia w sedno rodowych aspiracji Nakamury. I tak z dnia na dzień chłopak staje się uczniem, którego z nauczycielem od początku łączyć będą uczucia dalekie od uwielbienia.

Edukacja, jak zapewne podpowiada wam intuicja, nie obejmuje wyłącznie obsługi śmiercionośnej katany – tego etapu zresztą nasz małoletni bohater nie osiągnie w recenzowanym tomie. Pozna za to potrzebną porcję opatrzonych praktycznymi czynnościami przypowieści oraz istotne dla zrozumienia drogi mistrza życiowe historie. Będzie musiał skonfrontować wyniesione z zamku pojęcie prawości i męstwa z warunkami, w jakich żyją (i powodami, dla których znaleźli się w takim położeniu) poławiacze zajmujący się pozyskiwaniem pożądanego przez cesarski ród tuszu shō. I jeszcze nauczy się, że bezwzględność, determinacja i zasadniczość u zahartowanego w krwawych bojach wojownika nie wykluczają… No, pewno już wam intuicja spieszy z podpowiedzią.

... i pomyślał: "Wstąpię, bo to szansa jest do awantury".
… i pomyślał: „Wstąpię, bo to szansa jest do awantury”.

Day we wspomnianej przedmowie uczciwie nakreśla pole własnych inspiracji i autorskiej kreacji. Dlatego nie nastawiałem się, że w proponowanej przez twórców wersji losów „świętego od miecza” znajdę bezpośrednią wykładnię Gorin-no-shō czy skrupulatne odtworzenie udokumentowanych historycznie wydarzeń. Osoba narratora, którym jest wspominający swoją „drogę” Mikedi, dodatkowo tłumaczy swobodę całej wizji – to przez jego oczy i uszy poznajemy słynnego samuraja. Musashi w tym wydaniu ma wszak cechy, jakie złożyły się na jego legendę: jest bezpośredni, śmiały, samotny z wyboru i… brudny (podobno unikał kąpieli, by nigdy nie znaleźć się bez miecza w pobliżu). Nie znajdziecie w nim jednak tej emocjonalnej powściągliwości, którą reprezentują moi ulubieni samurajscy bohaterowie, czyli Usagi Yojimbo i Kozure Okami. Ci jednak na niespieszne odsłanianie wielowarstwowości swoich charakterów dostali znacznie więcej przestrzeni w ramach poświęconych im serii; Mariolle (zapewne w ślad za Dayem) operuje inną skalą, jest bardziej patetyczny i momentami rozpoetyzowany, co przy tym zagęszczeniu akcji prowadzi siłą rzeczy do uproszczeń.

Nie ma mowy o takich, gdy chodzi o pracę rysownika, Federica Fernianiego. Format komiksu pozwala oddać cały rozmach, z jakim oddane zostały tła, architektura i detale. Jest zasłużenie monumentalnie i przestrzennie, z poszanowaniem realizmu i elementów charakterystycznych dla pejzażu Japonii okresu Edo. Są plansze, które kompozycją niewymuszenie przyćmiewają treść obecnych na nich słów. Często stosowane w nich otwarte krawędzie dają imponujące wrażenie panoramy – jak w części ilustrującej pobyt na pływających wyspach Kido i podczas połowu fantastycznych odpowiedników pąkli z ciał równie fantastycznych cetusów. Rozwiązania samych walk nie są jednak równie udane – jak na dzieło traktujące o drodze miecza i powołujące się wprost na tradycję komiksu samurajskiego brak tu napięcia i „kontemplacji” ruchu. Osobiście życzyłbym sobie więcej wymownych ilustracji na wzór tej, gdzie nagi Musashi ściera się z morskimi falami.

I na Kido (nie do Kioto) ruszył razem z uczniem, który...
I na Kido (nie do Kioto) ruszył razem z uczniem, który…

Ale to naprawdę takie marudzenie na poboczu drogi, która roztacza sycące oko widoki i dodatkowo przenosi nas w świat cytowanych legend (choć, wedle mojego rozeznania, nie za Kojiki czy innym źródłem japońskich wierzeń, są to raczej pomysły Daya) za sprawą gościnnych występów Mikaëla Bourgouina oraz Yanna Tisserona. Stworzyli oni dopieszczone koncepcyjnie 4-planszowe wstawki, utrzymane każdorazowo w innej technice i kolorystyce, podnoszące i tak już niebagatelną wartość graficzną całości. Edytorska strona zasługuje na osobne słowa pochwały – wspomniany format, grubość kartek, okładka. A, jest jeszcze pokaźny szkicownik, który we mnie, fanie kształtów wyłaniających się spośród czarnych i białych linii, rozbudził ciekawość ujrzenia, jak Droga miecza wyglądałaby w takiej surowej postaci.

Akceptuję autorską wariację na temat, uznaję konwencjonalne wyobrażenie świata, delektuję się jego wizualizacją i przede wszystkim czekam na to, co odsłoni kolejny etap drogi. Ufam, że Miyamoto Musashi i Mikedi Nakamura staną się duetem godnie realizującym uniwersalny topos wspólnej podróży nauczyciela i ucznia.

Wydawnictwu Lost In Time serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Droga miecza. Pierwszy zwój: Popioły dzieciństwa
Wydawnictwo: Lost In Time
Scenariusz: Mathieu Mariolle, Thomas Day
Rysunki: Federico Ferniani, Mikaël Bourgouin, Yann Tisseron
Tłumaczenie: Jakub Syty
Typ: komiks
Gatunek: fantasy
Data premiery: 15.02.2021
Liczba stron: 64

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+popkulturowa wizja legendarnej postaci
+przygodowo skrojona fabuła
+graficzny przepych
+szkicownik

Minusy:
-skrótowe tempo akcji
-podniosłość kilku dialogów

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.