SIEĆ NERDHEIM:

Czy masz je wszystkie? Recenzja filmu Pokémon: Detektyw Pikachu

Cofając się pamięcią do lat tak odległych, że najstarsi górale o nich nie pamiętają, muszę przyznać, że fascynacja Pokémonami była mocno zarysowanym elementem mojego dzieciństwa. Zauroczenie Pikachu i resztą słodkich stworków przejawiało się nie tylko w oglądaniu animacji (i to – ku zgrozie rodzicielki – z zapałem godnym lepszej sprawy), ale również w kolekcjonowaniu tazosów (na chipsy nie raz przepuściłam ostatnie drobne) i zbieraniu naklejek, które można było znaleźć w rogalikach pewnej znanej marki, że o innych zabawkach nie wspomnę. A potem przyszła dorosłość i gra Pokémon GO (wychodziło się trochę kilometrów) oraz film o detektywie Pikachu! No więc… to warto być tym trenerem Pokémon, czy nie?

Nie ukrywam, że – chociaż zwiastuny zdawały się obiecywać całkiem niezłą produkcję – film o dociekliwym Pikachu obejrzałam dopiero wtedy, gdy pojawił się na HBO GO (a później z niego zniknął i zawitał na Netflixie, gdzie gości już od jakiegoś czasu). Co ciekawe Pokémon: Detektyw Pikachu, urósł w moich oczach do tytułu, który mogę oglądać dość regularnie, nie nudząc się ani przy nim, ani nim. Może to za sprawą wskrzeszonej przez Pokémon GO nostalgii, a może to po prostu urok uzależnionego od kofeiny Pikachu? Trudno jednoznacznie powiedzieć.

Kadr z filmu Pokémon: Detektyw Pikachu

W barwny świat Pokémonów zostajemy wrzuceni w chwili, gdy potężny Mewtwo ucieka ze świetnie strzeżonego, tajnego laboratorium, gdzie – jak nietrudno się domyślić – prowadzono na nim przeróżne eksperymenty i badania. Wiele wskazuje też na to, że stwór w jakiś sposób powiązany jest z wypadkiem, w którym śmierć ponosi policjant, Harry Goodman, oraz jego Poké-partner, Pikachu. Wszystko komplikuje się w momencie, kiedy do Ryme – miasta, gdzie Pokémony i ludzie żyją ze sobą w zgodzie – przyjeżdża syn stróża prawa, Tim. Chłopak chciał jedynie pożegnać się z niewidzianym od dekady ojcem i uporządkować jego rzeczy, te plany psuje jednak nieoczekiwane (przynajmniej dla naszego bohatera, bo widz z pewnością właśnie tego się spodziewa) spotkanie z uzależnionym od kawy i cierpiącym na amnezję Pikachu. Tak, dokładnie tym samym, który rzekomo zginął w wypadku.

Uroczy stworek przekonuje chłopaka, że wypadek Harry’ego może być pokłosiem jakiejś grubszej sprawy, na której trop wpadł szanowny detektyw, a – kto wie – może ten po prostu sfingował własną śmierć (przecież ciała nie odnaleziono), by zniknąć z oczu przestępcom? I, jakżeby inaczej, tylko dream team składający się z Tima i Pikachu jest w stanie rozwiązać tę  tajemnicę… w końcu ich duet jest wyjątkowy, niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju – młody Goodman doskonale rozumie żółtego Pokémona (który, na użytek ich konwersacji, przemawia głosem Ryana Reynoldsa). Z początku nasz bohater nie pała szczególnym entuzjazmem do wikłania się w jakieś wydumane sprawy, trafiając jednak co rusz na kolejne poszlaki, sugerujące, że gadatliwy Pokémon może mieć rację, zaczyna wierzyć, iż za zniknięciem jego ojca kryje się nieokreślone „coś więcej”. Coś, za czym stoją osoby posiadające władzę i pieniądze.   

Kadr z filmu Pokémon: Detektyw Pikachu

Wszystko to brzmi całkiem intrygująco i… faktycznie takie jest. No, przynajmniej do pewnego momentu, gdzieś w drugiej połowie filmu okazuje się bowiem, że naszym bohaterom więcej wskazówek „przydarza się” niż faktycznie jest przez nich odkrywanych: ktoś im coś wyjaśnia lub niemal pokazuje palcem, ewentualnie zostają oni po prostu rzuceni w wir wydarzeń, które od nich nie zależą. Sprawia to wrażenie, jakby twórcy nie do końca mieli pomysł, czy Pokémon: Detektyw Pikachu ma być produkcją detektywistyczną, czy filmem przygodowym, w efekcie dostajemy produkt leżący gdzieś na granicy, a przez to – no cóż – tracący na wyrazistości oraz charakterze. Jeśli zaś chodzi o fabułę, to i ona jest dość pretekstowa i naciągana. Nie chce mi się wierzyć, że w prawdziwym życiu żaden z policyjnych kumpli Harry’ego (a podobno był on legendą na posterunku) nie wpadłby na to, aby powęszyć przy śmierci znajomego gliny. Ot, był do tego potrzebny syn zmarłego i jego Pokémon. Serio?

Pokémon: Detektyw Pikachu nie tylko gatunkowo siedzi przysłowiowym okrakiem na płocie i radośnie majta nogami. Także humor filmu stąpa po cienkiej granicy oddzielającej rozrywkę dla dzieci od tej dla dorosłych. Zapewne wynika to z faktu, że twórcy jedną produkcją chcieli przypodobać się zarówno fanom, którzy pokochali słodkie stworki dawno temu, jak i tym młodszym wielbicielom Pokémonów, teraz może kilkunastoletnim. W efekcie trafiają nam się tu żarty celujące w obie te kategorie wiekowe, co sprawia, że starszy widz nie raz i nie dwa wywróci oczami, zaś młodszy nie wszystkie „śmieszki” wyłapie lub uzna za zabawne. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się tutaj Reynolds, użyczający swojego głosu Pikachu, aktor spisuje się bowiem w tej roli świetnie, kradnąc praktycznie wszystkie sceny. Absolutną perełką jest też moment, w którym żółty Pokémon daje popis wokalny.

Kadr z filmu Pokémon: Detektyw Pikachu

W tym miejscu muszę przyznać, że Pokémony wykreowane w produkcji – z Pikachu i Psyduckiem na czele – zaanimowane zostały pierwszorzędnie: ich futerko wygląda ze wszech miar naturalnie, budząc mój podziw. W tych dwóch przypadkach doskonale widać też, że oba stworki mają jasno zarysowany i dobrze wybrzmiewający charakter, zaś interakcja między nimi jest naprawdę zabawna. Właściwie nie obraziłabym się, gdyby w produkcji mocniejszy nacisk położono właśnie na relację między Pokémonami, ograniczając do absolutnego minimum rolę ludzi. Ci bowiem w większości wypadają aktorsko… tak, że po prostu mam to ochotę skomentować słowami „bardzo ładnie, siadaj, dwója”. Jednym słowem: miernie. I w tym wypadku nie ma chlubnych wyjątków w obsadzie. Nie ukrywam też, że w filmie strasznie brakowało mi tego, co w animacjach przykuwało mnie do ekranu telewizora – walk Pokémonów, ich trenowania oraz łapania. To, co postrzegałam jako kwintesencję tej serii, zostało sprowadzone tak właściwie do jednej sceny i może dwóch wzmianek. Szkoda, naprawdę.

Muszę stwierdzić, iż historia ekranizacji gier komputerowych pełna jest przypadków raczej dość niechlubnych i zapadających w pamięć bardziej jako porażki niż podbijające serca widzów sukcesy, godne naśladownictwa. W tym wypadku Pokémon: Detektyw Pikachu stanowi jednak niewątpliwie przykład produkcji, która wyłamuje się z tego schematu, okazując się całkiem udaną adaptacją gry, dodatkowo trafiającą nie tylko do oddanych fanów, ale także do tych młodszych widzów, dopiero łapiących pokémonowego bakcyla. Nie ma bowiem większych problemów z poznaniem prawideł rządzących tym fikcyjnym światem oraz jego realiów. Pokémon: Detektyw Pikachu zapewne wielu z was rozbawi, a słodka mordka Pikachu rozczuli, warto jednak wziąć pod uwagę, że – co tu dużo ukrywać – nie jest to produkcja ze wszech miar ambitna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Pokémon: Detektyw Pikachu
Reżyseria: Rob Letterman
Scenarzysta: Rob Letterman, Dan Hernandez, Benji Samit, Derek Connolly
Obsada: Ryan Reynolds, Justice Smith, Kathryn Newton, Bill Nighy, Ken Watanabe, Chris Geere i inni.
Gatunek: familijny, akcja
Czas trwania: 104 min.
Produkcja: Warner Bros.
Premiera: 3 maja 2019 (świat).

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ Ryan Reynolds użyczający głosu Pikachu
+ sam Pikachu z jego uzależnieniem od kawy łapie za serduszko
+ relacja między Pikachu i Psyduckiem
+ animacja Pokémonów i efekty specjalne
+ ciekawie przedstawiony świat
+ poczucie humoru…

Minusy:
-… które jednak nie zawsze trafia w kategorię wiekową widza
- praktycznie całkowite pominięcie walk, treningów i łapania Pokémonów
- pretekstowa fabuła
- postacie „ludzkie” i ich relacje

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Martyna „Idris” Halbiniak
Martyna „Idris” Halbiniak
Geek trzydziestego poziomu. Wyznawca Cthulhu i zasady, że sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kiedyś zginie przywalona książkami, z których zbudowała swój Stos Wstydu™. W czasie wolnym od pochłaniania dzieł popkultury, pracuje i studiuje, dorabiając się już odznaki Wiecznego Studenta™. Znajduje się również w zacnym gronie organizatorów Festiwalu Fantastyki Pyrkon. Absolwentka psychokryminalistyki i studentka psychologii, nałogowo przetwarzająca kawę na literki.