SIEĆ NERDHEIM:

Hero shooter na Dust 2. Recenzja gry Valorant

Twórcy Valorant opisują swoją darmową grę jako taktyczną strzelankę pierwszoosobową, w której dwie drużyny liczące po pięciu graczy próbują wygrać trzynaście rund. W każdej z nich można zwyciężyć poprzez wyeliminowanie wszystkich przeciwników lub podłożenie, a następnie obronienie bomby w jednym z wyznaczonych sektorów. Istotną cechą gry jest również to, że przed rozpoczęciem meczu każdy z graczy wybiera sobie unikalnego bohatera posiadającego swoje umiejętności oraz wygląd. Każdemu zaznajomionemu bliżej ze światem gier komputerowych nasunęły się już zapewne skojarzenia. Powyższy opis to wypisz wymaluj połączenie czołowego hero shootera Overwatch i eksportowego klasyka Counter Strike. Skojarzenie jest na tyle powszechne, że do Valorant na stałe przypięto łatkę „takiego CS: GO, ale z postaciami jak w Overwatch”. Na początku także odnosiłem takie wrażenie, jednak każdy kolejny mecz uświadamiał mi, jak bardzo pozory potrafią mylić.

Kampiłem i się tego nie wstydzę.

Grę zaczynamy od samouczka, który nie przygotowuje nas zbytnio na to, co będzie dalej. Nie uświadczymy tutaj kampanii jednoosobowej, więc od razu po pokonaniu kilku robotów sterowanych przez SI i zapoznaniu się z klawiszologią zostajemy rzuceni na głęboką wodę. Prawdziwa nauka zaczyna się wraz z próbą ustrzelenia pierwszego wroga. Poprowadzenie kilku wymian ognia pokazało mi, że stare nawyki muszą zostać zmienione. Valorant nagradza precyzyjne strzelanie z biodra, szczególnie gdy jesteśmy w bezruchu, jeszcze bardziej niż CS: GO. Kiedy celujemy z przyrządów optycznych, odrzut broni drastycznie spada na wzór Call of Duty, jednak posiada zupełnie inną dynamikę i fizykę. Na dodatek każda broń ma inny odrzut, statystyki i cechy. Szybko przekonamy się także, jak ważne jest odpowiednie poruszanie się. Biegnąc, jesteś szybszy, ale głośniejszy i tracisz na celności. Chodząc, jesteś cichy, precyzyjniejszy, ale wolniejszy. Próbując biegać jak w większości współczesnych FPS-ów, dostałem szybką nauczkę – sprint i bunny hopping tutaj nie popłacają.

Kiedy strzelanie i obsługa poszczególnych pukawek zacznie nam w miarę wychodzić, kolejną ścianą do przeskoczenia będzie mechanika umiejętności poszczególnych bohaterów. Nauczenie się zdolności bohatera, którym sterujemy, nie wystarczy. Musimy poznać arsenał także innych agentów, żeby wiedzieć, jak zareagować i jakich zagrań się spodziewać. Znajdziemy tutaj Sage, która może leczyć i wskrzeszać sojuszników, Sove, specjalizującego się w strzałach wykrywających pobliskich wrogów czy w końcu mogącą dryfować w powietrzu i błyskawicznie przemieszczającą się Jezz. To tylko wierzchołek góry lodowej, ponieważ w grze na chwilę obecną dostępnych jest łącznie 13 unikalnych agentów. Wachlarz możliwych bohaterów jest szeroki i różnorodny, więc czeka nas sporo nauki.

Każdy znajdzie coś dla siebie. Gwarantuje.

Cały proces poznawania gry utrudnia dodatkowo fakt, że równolegle musimy zgłębiać temat równie trudny, o ile nie trudniejszy, czyli topografię terenu. Riot Games oddało nam do dyspozycji pięć map, z czego każda jest inna. Ba, niektóre nawet specjalnie wychodzą naprzeciw naszym przyzwyczajeniom z innych e-sportowych gier, z którymi Valorant jest kojarzony. W Haven zamiast standardowych dwóch punktów możliwej detonacji mamy trzy. Z kolei Bind odbiera nam środek planszy, przez co nasz wybór drogi ogranicza się do decyzji: w lewo czy w prawo? Jeszcze gdzie indziej znajdziemy bramy teleportacyjne, które pozwalają szybko zmienić lokalizację, ale korzystanie z nich jest tak głośne, że może zdradzić nasze położenie.

Na koniec zostanie nam „tylko” doszlifowanie ekonomii. Gdy na początku rundy robimy zakupy,  musimy wiedzieć, kiedy oszczędzać, a kiedy wydać więcej. Czy lepiej kupić mocniejszą tarczę, czy umiejętność, która może być kluczowa dla wyniku rundy? Próg wejścia jest bardzo wysoki, jeżeli wcześniej nie mieliście styczności z tego rodzaju grami. Ja nie miałem i odczuwałem to na każdym kroku. Każda sekunda zawahania to hańba dla gracza i dodatkowy punkt w tabeli zagonów. Na szczęście w grze odczuwalny jest progres umiejętności, więc już po kilku meczach udało mi się zrobić zadowalające postępy. Nawet stare nawyki strzelania na pełnym automacie zaczęły ustępować na rzecz prób pestkowania pojedynczych pikseli, które mignęły za narożnikiem.

Tutaj też z nożem biega się szybciej!

Oprawa audiowizualna stoi na wysokim poziomie, jednak posiada swoje słabsze strony. Modele postaci, broni oraz projekty map są naprawdę dobrze wykonane. Nikt nie silił się tutaj na fotorealizm. Twórcy poszli w kierunku nieco komiksowej stylistyki, dzięki czemu gra wygląda dobrze nie tylko na najwyższym poziomie szczegółów, ale także nie obciąża zbędnie PC, kiedy konkurujemy z żywymi graczami. Zachowanie kompromisu pomiędzy atrakcyjnością a kwestiami technicznymi w e-sporcie jest bardzo ważne. Nagrane kwestie oraz odgłosy broni to kawał dobrej roboty. Projektanci mogli jednak wykazać się większą pieczołowitością, jeżeli chodzi o zdolności bohaterów. Bardzo wiele z umiejętności, które pojawiają się fizycznie na mapie, sprawia wrażenie oderwanych od świata przedstawionego. Różnego rodzaju sfery i ściany, przywoływane przez naszych agentów, wypadają miejscami blado. Zdarzają się także momenty, kiedy możemy odczuć pewien brak konsekwencji. Bohaterowie mają swoje unikalne zdolności magiczne, ale twórcy podkreślają, że chcą, aby to broń palna była głównym bohaterem przedstawienia. Podobnie jest w przypadku nacisku na grę drużynową. Jest to całkowicie zrozumiała decyzja, która jednak bardzo ogranicza możliwość grania solo. Dlaczego więc po wyjściu z rozgrywki jednego z graczy jego miejsca nie zajmie SI? Miałem nieprzyjemność rozegrać mecz, w którym jeden z sojuszników opuścił nas na początku, a po kilku minutach postanowił do niego dołączyć następny. W konkurencyjnych tytułach do osłabionej drużyny dołączyłyby boty. Rozwiązanie jest oczywiste, jednak w Valorant go nie uświadczymy.

Czasami warto kupić mniej, żeby zaoszczędzić nieco grosza na następną rundę.

Przejdźmy jednak do kwestii najważniejszej w darmowych grach. Mikrotransakcje. Uspokajam wszelkie obawy, nie mają one wpływu na rozgrywkę. Lwia część płatności przekłada się na nowe skórki do broni albo na przepustki sezonowe, które odblokowują nam nowe graffiti czy ikony. Jednym słowem: kosmetyka. Nie dostrzegłem żadnych śladów tego, żeby zainwestowane pieniądze dawały jakąkolwiek przewagę. Nie są także potrzebne do odblokowania nowych agentów.

Niektóre skille są naprawdę super!

Valorant to wymagająca gra, która wymaga zaangażowania, jeżeli chcemy równać się z silniejszymi graczami. O wiele łatwiej przyswaja się ją, mając doświadczenie z innych tytułów, na przykład z Counter Strike’a, z którym gra dzieli wiele podobnych mechanik. Ma swój charakter, więc unikniemy poczucia obcowania z podróbką albo odgrzewanym kotletem. Niestety, nie jest przy tym tak wciągająca jak konkurencja. Nie wywołuje syndromu jeszcze jednej tury ani nie pobudza układu nagrody. Valorant to solidny, ale nie wybitny produkt. Szkoda, bo miał potencjał.

Na koniec chciałbym podziękować Szubikowi i Muffikowi, którzy pomogli przedzierać mi się przez kolejne mecze, aby ta recenzja mogła powstać!

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Valorant
Platformy: PC
Producent: Riot Games
Wydawca: Riot Games
Data Premiery: 02.06.2020
Recenzowany egzemplarz: PC

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ różnorodność map oraz bohaterów
+ porządna i dopracowana mechanika strzelania
+ głębia rozgrywki
+ darmowa
+ rozsądne mikrotransakcje

Minusy:
– kilka nieprzemyślanych rozwiązań
– niektóre elementy graficzne są nieestetyczne.
– brakuje „tego czegoś”

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Janusz "Kocilla" Walaszek
Janusz "Kocilla" Walaszek
Miłośnik psów, koni i sportów walki, który uwielbia leniwe wieczory przy grach planszowych lub z padem w dłoni. Otwarty na każdą książkę, jednak otwarcie faworyzuje polską literaturę fantastyczną. Oddany fan Blizzard Entertainment oraz uniwersum Warcraft. Gdyby mógł wybrać najlepsze miejsce na planecie, zdecydowanie byłyby to rodzime góry. Do dziś nie przyjmuje do wiadomości, że nie może pogłaskać każdego zwierzaka w zasięgu wzroku.