SIEĆ NERDHEIM:

Mamma-mia, jakie to dobre! Recenzja gry TMNT: Shredder’s Revenge

KorektaJustin
TMNT: Shredder’s Revenge – okładka gry

Jak każdy słyszał, żółwie są długowieczne, a te konkretne okazy o imionach zapożyczonych od renesansowych malarzy pozostają w wiecznym stanie nastoletnim od roku 1984. Od tamtego okresu podbiły rynek komiksów, TV oraz gier. W tych ostatnich zdarzało im się nawet podróżować w czasie i chociaż nowa odsłona gry o żółwich miłośnikach pizzy tego nie dotyczy, magicznie zabiera nas prosto w klimaty lat dziewięćdziesiątych.

Jest faktycznie jakiś czar w tych zielonych typkach. Zagrywałem się w TMNT na swojskim Pegasusie w latach młodości, a współcześnie, kiedy na imprezie kolega odpala emulator SNES, wszyscy chcą najpierw pyknąć „w żółwie”, co kończy się ich arcade’owym maratonem do świtu. Shredder’s Revenge jest stworzone dla ludzi takich jak my, ale co więcej, roztacza ten urok na nowych odbiorców. Pod kątem grywalności to nie mniej, nie więcej jak właśnie wskrzeszenie starej formuły znanej z salonów gier z małymi dodatkami, a także pełnoprawny sequel do starszych żółwich mordobić.

„Klanie Stopy – jakiś komentarz w sprawie powiązań z Quentinem Tarantino?”

Samych chłopaków nie muszę chyba przedstawiać. Są młodzi, zieloni, żyją w Nowym Jorku, machają japońską bronią i wcinają pizzę, jednocześnie odpowiadając za miłość do tego dania sporej grupy mojego pokolenia. Jeśli ktoś tych wariatów nie zna, to nie ma problemu, bo gra serwuje nam w pełni animowaną czołówkę rodem z kreskówki, podającą wszystkie potrzebne informacje o bohaterach. Na żółwiach pula postaci się oczywiście nie kończy i wśród grywalnych wojowników znajdziemy też reporterkę April, ich mentora, czyli szczura Splintera oraz mściciela Caseya Jonesa (odblokowujemy go dopiero po przejściu kampanii). Będziemy przemierzać Wielkie Jabłko w trybie do czterech osób naraz, aby skopać zadki sługusom Shreddera z klanu Stopy i zapobiec tytułowej zemście. Między odcinkami (jak nazywa się tutaj etapy) pojawiają się statyczne plansze, pokazujące bez słów następstwa akcji i powody  zmiany lokacji.

Dostajemy dosłowną klasykę gatunku beat’em’up w wersji uwspółcześnionej. Przesuwamy się po pełnych życia i smaczków tłach, po drodze klepiąc zamaskowane gęby za punkty i paski do ataków specjalnych, aż trafiamy na bossisko. Złych ninja naparzamy bronią, ciosami karate, rzutami (powraca ikoniczne ciskanie niemilcem w ekran) i tym, co znajdziemy w otoczeniu. System walki jest prosty, ale zostawia dużo miejsca na główkowanie, a przeciwnicy są na tyle różnorodni, że nie da się przejść gry z jedną tylko taktyką. Grywalne postacie różnią się jedynie trzema statystykami: szybkością, zasięgiem i siłą ciosów. W praktyce obecne są jeszcze drobne różnice, jak skoczność April i jej inny rodzaj ataku specjalnego, dzięki którym czujemy, że sterujemy kimś zupełnie innym. Wszystkie animacje są bardzo płynne i dopracowane, z każdej bije wręcz (ha!) charakter bohatera.I ja, i moi współgracze zauważyliśmy jednak, że niestety najwolniejsi herosi (Donatello i Splinter) są najmniej satysfakcjonujący, a do gry solo wręcz niepraktyczni przy tym, co potrafi dziać się na ekranie. Przy liczbie graczy większej niż dwoje przestaje to jednak mieć znaczenie, a dodatkowy zasięg zaczyna działać na plus dzięki możliwości naparzania zza pleców towarzyszy.

Przy tym układzie, Jonesowi bardziej przydałaby się kula do kręgli.

Mamy dwie opcje zabawy – w trybie kampanii oraz arcade. Ta pierwsza pozwala nam dowolnie powtarzać odblokowane lokacje, szukać znajdziek i pobocznych postaci z serialu oraz zmieniać bohaterów między etapami. Ci rozwijają się pasywnie wraz z postępami w grze oraz przy wykonywaniu wyzwań na mapach. Z ukończenia poziomów dostajemy więcej życia, pasków energii specjalnej i garść dodatkowych mega technik, tak więc nie ma najmniejszego problemu, by doświadczony gracz śmigał przy zupełnej świeżynce. Drugi tryb to powrót do przeszłości, gdzie musimy przejść całą grę za jednym podejściem na ograniczonej liczbie żyć. W każdej chwili możemy dokooptować kolejnego gracza z sieci albo posadzić go obok siebie z padem. To także przypomniało mi stare salony gier, gdzie każdy mógł się dołączyć do naszej partii, jeśli tylko miał drobne – a tutaj dostajemy to za friko (chyba że grasz na Playstation w sieci) i gładko funkcjonujące. Zabawa w grupie pozwala wycisnąć z żółwików najwięcej. Dochodzą ciosy drużynowe, możliwość reanimacji towarzysza (kawałkiem pizzy, a jakże) czy przybijania sobie piątki, aby przekazać odrobinę punktów życia.

Gra jest króciutka. Dzieli się na szesnaście epizodów, a każdy można ukończyć poniżej dziesięciu minut. I jest to długość tak w sam raz! Pozornie to niedużo. Jeśli jednak chcemy wypróbować różne postacie, powtarzać mapy, mierzyć się z wyzwaniami i znaleźć każdy sekrecik… a to tylko w kampanii, bo przecież w arcade porażka oznacza, że wracamy na start. Nagle żywotność podstępnie się przedłuża, a jednocześnie gra nie zniechęca do siebie. Tryskający na każdym kroku humor bardzo w tym pomaga.

April nie jest ninja, więc w walce naparza beztrosko dziennikarskim sprzętem.

Kreskówkowa konwencja sprzyja radosnym absurdom, jak ninja strzelający przepychaczami albo rozjechany żółw zmieniający się w kartkę papieru. Osobiście jestem fanem wszystkich pobocznych aktywności Klanu Stopy, zanim wdadzą się z nami w bójkę. Z czasem będziemy bić się także z robotami, triceratopsami i kamiennymi mocarzami. Każdy epizod przemyślany jest tak, by dostarczać innych wrażeń, a prawdziwą perełką są mapy, którym towarzyszą utwory specjalnie wykonane na potrzeby gry. Kiedy moja postać po raz pierwszy wsiadła na odrzutową deskę i usłyszałem skoczne „Mutants over Broadway”, banan od razu pojawił mi się na twarzy. Ścieżka dźwiękowa w TMNT: Shredder’s Revenge to odlot. Oryginalne głosy postaci są również wielkim ukłonem w stronę oryginału i fanów (jednym z wielu, gra jest nimi przesycona). Jedyne, czego mi zabrakło, to większej puli odzywek. Możemy prowokować przeciwników (taunt), ryzykując plombę w twarz, w zamian za naładowanie paska mocy. Postacie mają swoje własne pozy i po jednej odzywce… więc właśnie, to trochę mało. Jak łatwo sobie wyobrazić, powtarzalne pyskówki mogą stać się męczące.

W ramach swojej prowokacji, Raphael wyśmiewa przeciwników. Pod koniec gry uszy mają go już trochę dość.

Skoro już jestem przy tej mechanice, to nie ma w niej żadnych ograniczeń – możemy naładować naszą ninja energię do pełna, nawet jeśli przeciwników brak. Ciężko powiedzieć czy to przeoczenie, czy celowy zabieg. I widzę w tym jedyną potencjalną upierdliwość przy grze z losowymi graczami, bo jeśli mamy pecha, możemy trafić na kogoś, kto co krok przerywa zabawę, aby doładować postać. W zabawie przy jednej konsoli problemu nie było i tempo tak gnało, że nawet zapominaliśmy o temacie. Inny zarzut, jaki mogę znaleźć, to chaos, który potrafi zdarzyć się na planszy przy większej ilości graczy, ale to niejako standard w gatunku. Pomijając jeszcze kiepskie wrażenia ze sterowania wolniejszymi postaciami (co jest subiektywne), to nie ma się tu czego więcej uczepić! W małym, tanim pakiecie znajdujemy dopracowany tytuł i ogrom grywalności. Jedyny niedosyt, jaki zostaje po grze, to ten na pizzę.

Chciałem pobawić się z żółwiami dla samej nostalgicznej przyjemności, a dostałem produkt, który przerósł moje oczekiwania. TMNT zaliczają odświeżający powrót z piękną, pikselową animacją, wypasioną muzyką, oryginalnymi głosami z kreskówki oraz gładkim systemem multiplayer, a odjęto zeń tylko wysysanie złotówek przez drapieżne automaty. Tylko tyle i aż tyle, bo jak przysłowie głosi, jeśli coś działa, to po co coś zmieniać.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge.
Wydawca: DotEmu, Gamera Games
Producent: Tribute Games
Platformy: Nintendo Switch, PC, PS4, XONE
Gatunek: beat’em up
Data premiery: 16.06.2022
Recenzowany egzemplarz: PS4
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.
Mamma-mia, jakie to dobre! Recenzja gry TMNT: Shredder’s RevengeJak każdy słyszał, żółwie są długowieczne, a te konkretne okazy o imionach zapożyczonych od renesansowych malarzy pozostają w wiecznym stanie nastoletnim od roku 1984. Od tamtego okresu podbiły rynek komiksów, TV oraz gier. W tych ostatnich zdarzało im się nawet podróżować w czasie i...
Włącz powiadomienia    OK Nie, dzięki