SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Randonautica: Przeklęta aplikacja czy tylko gra?

    Logo aplikacji, z sówką.

    Co byście powiedzieli na aplikację, która czyta wasze myśli, żeby skierować was w straszne miejsca? Brzmi jak materiał na opowiadanie albo miejską legendę, ale to fenomen Randonautica, aplikacji ochrzczonej przez część użytkowników „nawiedzoną”. Jak to ma się do rzeczywistości?

    Gra, ufundowana przez Joshuę Lengfeldera i stworzona przez zespół testerów, wystartowała dwudziestego drugiego lutego tego roku. Zabawa jest prosta – program generuje losowy punkt na mapie w pobliżu twojej lokalizacji na podstawie kilku wytycznych oraz rzekomo „odczytywania” myśli użytkownika. Gra terenowa szybko zyskała rozgłos z powodu raportów randonautów donoszących o zjawiskach paranormalnych i odnajdujących… zwłoki. Nie brakuje też donosów o innych niepokojących zjawiskach, co stworzyło wokół apki atmosferę tajemnicy. Z paczką przyjaciół, hobbystycznych urban explorerów, postanowiliśmy sprawdzić, ile warty jest ten szum i wykorzystać ją w naszym wyjeździe na Pomorze. Czterech upartych chłopa (pozdrowienia dla ekipy The Pniak), zainstalowane dwie apki i naładowane powerbanki.

    Władysławowo, znalezisko: graffiti przy torach kolejowych.

    Zabawa polega na wybraniu jednego z typów zjawisk, a kiedy aplikacja generuje losowy punkt na mapie, mamy intensywnie myśleć o tym, co chcemy zobaczyć (co jest najbardziej kluczowym haczykiem programu). Każda lokacja zużywa żetony z puli gracza (15 użyć), ale więcej zawsze można dokupić za mikrotransakcję. Kiedy korzystaliśmy z Randonautiki była jeszcze w wersji beta i wszystkie tokeny miały wartość jeden, co dawało nam trzydzieści prób dziennie. Inaczej wyglądał też sklepik, a pakiety premium oferowały m.in. możliwości manipulowania zasięgiem apki oraz pomijanie akwenów. W tej chwili bez dopłat każdy może ustawić zasięg w przedziale 1-10 kilometrów.

    Bunkry, opuszczone hotele i nadmorskie kurorty, ruiny magazynów czy wraki – Pomorze oferuje wiele miłych znalezisk dla osób zainteresowanych urbexem, czasem wystarczy wręcz rzucić kamieniem i już trafiamy między piękne betonowe resztki z czasów wojny. Byliśmy ciekawi, czy Randonautica pomoże nam znaleźć coś interesującego. A może nawet przestraszy. Niestety. Pomijając jedno graffiti we Władysławowie (moją intencją dla aplikacji był „ciekawy budynek”), nawigacja wskazywała albo niepozorną przyrodę, albo zwyczajne śmieci. I nie polecam używania jej w pobliżu Bałtyku, ponieważ apka ochoczo próbuje wysłać randonautów na dno morza. Skończyliśmy grę, gdy wskazała nam punkt na Helu, obiecująco położony za ulicami, blokami i zaułkami. Aplikacja zaprowadziła nas w skupisko krzaków na brzegu lasu, chociaż po drodze mijaliśmy dużo ciekawsze widoki, jak zaniedbany magazyn i opuszczony foodtruck za płotem. Intencją kolegi był list w butelce i gorączkowo rozglądał się za celem, natrafiając tylko na wyrzuconą mineralną. Oczekiwana wiadomość to chyba tylko ta przykra, że ludzie śmiecą w lasach. Żadna nowina. Moim zdaniem to bardzo dobry dowód na czystą losowość apki, gdy w terenie tak bogatym w odkrycia wskazuje przypadkowy szmelc.

    Screenshot z aplikacji – typy lokacji.

    Nasze doświadczenia były bez polotu, nie znaleźliśmy nawet jednego pentagramu ani czaszki. Skąd więc ta niepokojąca reputacja? Pomijając już kwestie ludzi składających fałszywe raporty, hałas dla wzbudzenia atencji, wszystko leży w naszych głowach. Co więcej, sama apka nie kryje się z tym – jej logo, sowa, pochodzi od psychologicznego mechanizmu, który jest za to odpowiedzialny, a Randonautica aktywuje go właśnie przez zachętę do wymyślania celu. I nie ma tu żadnej telepatii. Efekt Baadera-Meinhofa, zwany iluzją częstotliwości, polega na odczuwaniu wrażenia, że rzecz, która zwróciła naszą uwagę, pojawia się częściej, niż powinna. Jeśli pomyślimy, że otacza nas dużo koloru czerwonego, to możemy bardziej zwracać uwagę na ten kolor w czasie spaceru. A pamiętacie z wiadomości tego nienawistnego pana, który przeczytał „płeć”, zamiast „piec”? Sowa w logo jest nawiązaniem do eksperymentu, po którym uczestnicy wszędzie zaczęli doszukiwać się tematów nawiązujących do sów. Opiera się to o naturalne dla ludzkiego mózgu wyszukiwanie wzorców, lubimy też zauważać rzeczy, które potwierdzają nasz sposób myślenia albo obraną hipotezę. Innymi słowy, jeśli nastawiasz się, że znajdziesz coś strasznego, to instynktownie się za tym rozglądasz i spróbujesz pod tym kątem zinterpretować to, co wskaże apka. Albo też spędzisz czas na szukaniu czegoś, co potwierdzi twoje oczekiwania, nawet jeśli będzie to jakiś kamyk lub sterta patyków ułożona w przypadkowy wzór.

    „Proces używa teoretycznej interakcji między umysłem a materią, sparowanej z kwantową entropią…” No przecież!

    Moim zdaniem jest tu też mniej oczywisty czynnik, powiązany z dysonansem poznawczym. Wracając do historii z Helem i krzakami – trasa, jaką prowadziła nas aplikacja, wcale nie była najkrótszą możliwą. Jak już wiecie, było to rozczarowanie, ale zanim się poddaliśmy, rozglądaliśmy się z zaskakującym uporem, wbrew wszelkiej logice. Tyle łażenia po nic, więc może tu coś będzie, chociaż jakaś głupotka do wyśmiania? Nie było, co tylko nas sfrustrowało i zniechęciło do dalszej zabawy. To właśnie wspomniany dysonans – stan napięcia psychicznego, kiedy dwa elementy poznawcze nie są ze sobą zgodne (jak zamiary i znalezisko). Mózg odruchowo chce zredukować doznanie poprzez potwierdzenie i każe nam znaleźć uzasadnienie dla zastanego stanu rzeczy, a w wypadku Randonautiki, całego wysiłku włożonego w poszukiwania. Myślę, że przy całej swojej losowości punkty i trasy oferowane przez apkę są celowo w pewnym oddaleniu od użytkownika, aby zabezpieczyć efekt iluzji częstotliwości. Przecież jeśli na pierwszy rzut oka nie widzisz tego, na co się nastawiasz, to może po prostu źle szukasz – skoro już pokonujesz taki kawał drogi, to coś musi w tym być! A niektórzy nawet wyobrażają sobie duchy i diabły.

    Screenshot z aplikacji – fragment FAQ

    W prostych słowach: jeśli wchodzicie do ruiny, którą ktoś nazywa „nawiedzoną”, to jest większa szansa, że zinterpretujecie nagły podmuch wiatru jako coś bardziej niebezpiecznego niż normalnie. Nieskomplikowane z nas zwierzaki, chcące przygód i dreszczyku.

    Skąd w takim razie raporty o zwłokach? Historia pochodzi od video na TikTok, gdzie grupa młodych ludzi odnalazła walizki na plaży Duwamish Head w zachodnim Seattle. A w środku rzeczywiście były dwa ciała. Sprawę przejęła policja i jest to udokumentowane zdarzenie, więc o fałszerstwie nie ma mowy. Jednak to tylko statystyczny przypadek. Aktualnie Google Play podaje 5 milionów pobrań Randonautica, wersja beta miała wskazania w okolicy 10 milionów– jeśli rozrzucimy taką liczbę ludzi po losowych miejscach, często mniej uczęszczanych, prędzej czy później ktoś wdepnie w coś dziwnego, albo zwyczajnie będzie miał pecha i dozna krzywdy.

    Najlepszym tego przykładem jest inna popularna gra terenowa oparta o Rzeczywistość Rozszerzoną – Pokemon GO. Zobaczmy… gracze GO znaleźli ciała w San Diego, Wyoming, w parku Nashua… w sieci nie brakuje raportów z samego tylko roku 2016. Nie mówiąc już o tym, że istnieje strona Pokemon GO Death Tracker, licząca rannych i zmarłych z m.in. powodu nieodpowiedzialnego używania telefonu za kierownicą, albo innych wypadków (każdy przypadek ma odnośniki do artykułów prasowych). Nie ma w tym żadnej nadprzyrodzonej siły.

    Screenshot z aplikacji – porady bezpieczeństwa.

    Czy więc Randonautica jest niebezpieczna? Nie bardziej niż każda inna gra terenowa. Apka bardzo ładnie informuje o potencjalnych zagrożeniach. Wszystko sprowadza się do zdrowego rozsądku – nie chodzić po ciemku, być w grupie, mieć jakieś wyposażenie, jeśli idziesz w nieznany teren. Uszanować prywatne posesje i miejsca pochówku. Praktycznie te same zasady co przy urban exploring. FAQ jest bardzo treściwe i wyczerpujące, w tym również na temat, że to tylko rozrywkowa gra, ale osoby, które piszą relacje o spotkaniach ze straszydłami, chyba nawet tam nie zaglądały. W Internecie nie brakuje też teorii na temat, że apka operuje poprzez Dark Web albo służy jako narzędzie do handlu ludźmi. Nie ma na to jednoznacznych dowodów, a sam autor wyrażał żal, że ludzie wiążą grę z takimi zjawiskami. Spotkałem też teorię skoków między wymiarami – jeśli ktoś znajdzie na to dowód, niech nie zapomni zgłosić kandydatury Lengfeldera do Nagrody Nobla.

    Za to faktycznie należy przyklasnąć pomysłodawcy za zręczny marketing, bo jak widać kilka enigmatycznych słów i wtrącenie o kwantach działa na pewnych ludzi jak magnes. Nie pojawiają się też raporty o tym, aby aplikacja rzekomo nielegalnie używała naszych danych albo czyniła inne szkody. Oczywiście, gdy tylko takie się pojawią, należy ją usunąć. Tak jak każde szkodliwe oprogramowanie na telefonie czy komputerze. Na chwilę obecną jest całkiem niewinna, wbrew swojej reputacji. Wydaje mi się też, że część niesławy Randonautiki wynika z jej długiego pobytu w wersji beta. Obecna wersja wymaga logowania i ma dużo klarowniejsze wyjaśnienia swojej natury i mechanizmów. Wcześniej mieliśmy anonimowo dostępną apkę z czarnymi tłami, enigmatycznymi hasłami, a do tego gliczami (których nie dało się odróżnić od normalnego działania), co całościowo oddziaływało na wyobraźnię.

    Kerberos z aplikacją.

    Do czego więc nadaje się Randonautica? Jako twardo stąpający po ziemi sceptyk w śmiesznej masce powtórzę: do zabawy. Kiedy to piszę, zbliża się Halloween (co prawda w czasie, gdy bardziej straszą ludzie bez masek niż w nich, ale jednak). Randonautica może posłużyć jako urozmaicenie wieczoru z dreszczykiem, przy zachowaniu norm bezpieczeństwa, oczywiście. Postraszcie znajomych, gości, spróbujcie wymyślić straszną historię do tego, co znajdziecie. Taki generator miejskich legend. Może się też spisać jako test czy spodoba ci się urban exploring albo już dla bardziej doświadczonych – jako narzędzie do eksperymentowania w terenie. Tak jak spróbowaliśmy my. I chociaż teraz w związku z pandemią są ograniczenia dotyczące podróży, widziałbym użycie apki jako zabijacza czasu w oczekiwaniu na dworcu albo lotnisku, zakładając, że mamy mapę. Czyli – jak każda inna gra.

    Miłego straszenia i odkrywania. Byle odpowiedzialnie.

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Sebastian
    Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
    Kosmaty diabeł co pochłania popkulturę i fantastykę we wszelkich smakach słuchając przy tym muzyki ze starą duszą. Gra w co pod rękę podejdzie, chociaż najczęściej wraca do pada i dwudziestościennej kostki. RPGowiec z doświadczeniem, student dziennikarstwa, gryzipiórek, pogłaska każdego kota na ulicy. Niepoprawny fan i kolekcjoner Transformersów. W trudnym związku z własną pasją literacką.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x