SIEĆ NERDHEIM:

Widziałem orła kieł. Rozmowa na temat 3 sezonu Cobra Kai

KorektaJustin

Nowy rok przywitał nas kolejnym sezonem kontynuacji Karate Kid. Serial od początku był ciepło przyjmowany, uderzał w nas dużą dozą nostalgii, a dzięki dobremu odbiorowi Netflix z ogłosił, że będą jeszcze przynajmniej dwa sezony.

Trzej przyjaciele z boiska... Przepraszam, z dojo.
Trzej przyjaciele z boiska… Przepraszam, z dojo.

Quack: Cobra Kai to chyba jeden z tych tytułów, gdzie ogółem ludziom spodobała się stagnacja, bo trzeci raz dostaliśmy mniej więcej to samo. A może raczej powolne pełzanie do przodu. Niemniej można odczuć, że twórcy raczej nie będą już próbowali przeskakiwać wyżej niż do tej pory, tylko trzymać się mniej więcej tego samego poziomu.

Justin: Quack, nie byłbym aż takim defetystą. Pełza, bo to w końcu kobra, co więcej – wychodzi poza terrarium, jakim były ścisłe ramy pierwowzoru, umiejętnie nakreślone w każdym z poprzednich sezonów. Ta zależność wciąż obowiązuje, ale czy aż tak ogranicza zakres scenariusza?

Quack: Nie chciałem być źle zrozumiany – jak wspomniałem, pełznie do przodu i dobrze, że robi to powoli, bo dzięki temu każdy ruch jest przemyślany. Scenarzyści świadomie trzymają się pewnego poziomu i po prostu nie przewiduję jakichś potężnych plot twistów czy innych zabiegów, które spowodowałyby, że kolejne sezony wgniotłyby poprzednie w ziemię. Niemniej mam dość mieszane uczucia względem najnowszej części serialu. Nadal dobrze się bawię i bardzo ciekawi mnie, co się stanie dalej, cieszę się też, że poziom wykonania został utrzymany. Jednak dwa pierwsze sezony nie obyły bez paru drobnych wad i w trzecim są one jeszcze bardziej wyraźne. Dla przykładu, do tej pory przeciętna gra aktorska Ralpha Macchio mi nie przeszkadzała, bo nie traktowałem go jako głównego bohatera. Nawet jego okropne ruchy, gdy próbuje udawać karatekę, widziałem bardziej jako dobry kontrast do Williama Zabki, prawdziwego protagonisty. Niestety teraz zaczynają wreszcie współpracować i fabuła próbuje ich zrównać ze sobą, przez co różnice w treningu zaczynają być bardzo widoczne. W serialu mamy nawet moment, w którym obaj walczą ramię w ramię i wtedy bardzo dobrze widać przepaść pomiędzy umiejętnościami obu aktorów.

Justin: Ha, w końcu ile można było wystawiać na próbę ich chłopięcy upór, obnoszenie się z urazami i zapalczywą rywalizację na polu konkurencyjnych dojo? W swojej recenzji dotyczącej pierwszego i drugiego sezonu (Jak godnie powrócić do marki sprzed 30 lat. Recenzja serialu Cobra Kai) zaznaczyłeś, że ich problemy dałoby się rozwiązać przez rozmowę. Może i bohaterowie nie osiągnęli tego sami, ale przecież nie mamy do czynienia z kinem psychologicznym, poza tym, jakkolwiek odpowiada to stereotypom, konflikt w kilku niezależnych fazach temperują kobiety! A próba wejścia w nastrój „buddy movies”, z typowym kontrastem charakterów i wymuszonym partnerstwem, które prowadzi do ustępstw dla osiągnięcia jednego celu, jest w Cobra Kai konsekwentna i różnobarwna pod względem emocji. Wobec tych mrugnięć w stronę widza i ja przymykam oko na choćby nierówny poziom umiejętności walki. Pamiętajmy, że to Daniel jest adeptem nauk Pana Miyagi i bliżej mu do stanu harmonii, medytacji, które płyną z kata niż do twardych zasad, jakie dopiero przedefiniowuje Johnny. Mówiąc wprost – obaj panowie mieli prawie trzy sezony na to, aby osiągnąć kolejne poziomy doświadczenia jako postaci i nie jest dziwnym, że wreszcie łączą siły.

Prawdziwy facet różu się nie boi!
Prawdziwy facet różu się nie boi!

Quack: Tak, ten sojusz był wręcz oczekiwany. I sam ten wątek mi nie przeszkadza, moje negatywne odczucia dotyczą tylko technicznego aspektu karate w wykonaniu nie tyle Daniela, a Ralpha Macchio. Teraz chyba będziemy częściej widzieć go walczącego u boku Williama Zabki. Nie zaskoczy mnie scena dwóch na dwóch przeciwko Kreese’owi i komuś mu przychylnemu. Ale wtedy raczej mocno widowiskowa nie będzie i William Zabka dalej będzie błyszczał na tle wszystkich pozostałych i to właśnie odrobinę mnie boli.

Justin: Oj, kusisz mnie do wytypowania swojego pewniaka, który może stworzyć duet z pyszałkowatym dziadziem. Ale dla znających trylogię Karate Kid to w zasadzie żadne wyzwanie – tropy są wyraźne i nie będzie zaskoczenia w tym, do kogo prowadzą. Może za to zaskoczy Cię jednak sam Macchio (albo przynajmniej jego dubler)?

Quack: Sama fabuła przez stagnację również przestała zaskakiwać – już przy zakończeniu drugiego sezonu można było się domyślić, że Daniel i Johnny wreszcie zaczną współpracować, a wszelkie problemy nastoletniej części obsady zaczynają się trochę rozmywać, tracą wyrazistość. Przez cały trzeci sezon był tylko jeden moment, który rzeczywiście pozostawiał wątpliwość – kto zostanie w Cobra Kai Kreese’a.

Justin: Tak, przyznaję – to była chwila niepewności, ale zapewne przemawia przez nas obu sympatia do Johnny’ego, bo jak tu przyjąć, że młodzież nie doceni jego szczerości, zwłaszcza gdy po drugiej stronie jest antypatyczny dziadek Kreese? Nie mam jednak wrażenia, że problemy nastolatków tracą na intensywności – przeciwnie, teen-drama puchnie na potęgę, jest podniośle i naiwnie, co zresztą uwydatnia poziom aktorskiej wiarygodności. Oglądam serial z 12-letnim synem i on też z większym zaangażowaniem podchodzi do działań dorosłych bohaterów, z pobłażaniem kwitując zapalczywe akty młodocianych rywali. Tylko ta pokoleniowa okoliczność znów budzi we mnie retoryczne pytanie: jak by się miała rzecz bez oryginalnego odnośnika (syn sam chciał obejrzeć pierwowzór przed serialem)? Daniel i Johnny, już jako dorośli, mają za sobą filmowe zaplecze cytatów i wymówek pozwalających traktować ich jak kumpli, których bierzemy takimi, jakimi są. I dobrze, bo dzięki temu właściwy im obu upór i brak dystansu budzi sympatię. Jeśli chodzi o młody narybek, taki poziom akceptacja nie jest, niestety, oczywisty.

Cobra's tongue! Wprawdzie nie rozdwojony, ale za to podwójny.
Cobra’s tongue! Wprawdzie nie rozdwojony, ale za to podwójny.

Quack: Już w drugim sezonie niektóre sytuacje, w jakie wplątała się młoda część bohaterów, były trochę zbyt absurdalne jak na mój gust (zwłaszcza finałowa walka, o czym wspomniałem w recenzji), a trzeci sezon dalej brnie w tym kierunku. Na tym tle rywalizacja Daniela z Johnnym wydaje się być realistyczna i może dlatego też bardziej mi odpowiada. Jeszcze po pierwszym sezonie szykowałem się na coś trochę bardziej wiarygodnego, niż ostatecznie dostaliśmy. Równocześnie rozumiem, że jednak bez tego serial straciłby na widowiskowości. Dla kontrastu dostaliśmy backstory Kreese’a, ale w jego przypadku trochę spodziewałem się karykatury;  wszak to główny antagonista, dlatego jego wątek (do tej pory) mi nie przeszkadza.

Nie ma rewolucji, nie oznacza to jednak ciągłej nudy. Pozytywnie zaskoczyło mnie to, że w pełni wykorzystano fabułę Karate Kid 2, zapraszając występujących w nim aktorów, jak Traci Toguchi, która w oryginalnym filmie grała nienazwaną postać, a w Cobra Kai jej krótka relacja z Danielem ma spory wpływ na postęp fabuły. Do tej pory do sequela nawiązywano tylko za pomocą easter eggów gdzieś w tle lub wspominając na szybko w dialogach, dlatego myślałem, że tak pozostanie do końca serialu.

Justin: Doprawdy? Mnie zaskoczył sposób, w jaki sprowokowano wycieczkę Daniela na Okinawę, ale gdy już okazało się, że jest ona nieunikniona, to od razu zacząłem sobie projektować okoliczności spotkania z kluczowymi postaciami. Jasne, nie udało mi się całkiem wyprzedzić myśli scenarzystów, choć puent japońskiej wyprawy Daniela nie da się przyjąć inaczej niż przy udzieleniu zgody na konwencjonalność „Szczęśliwych Przypadków na Drodze do Umocnienia Ducha i Nagrody za Niezłomność Wiary w Jego Wartość”. Powrót Kumiko i Chozena nacechowany jest właściwym całej produkcji nastrojem nostalgii złagodzonej poczuciem humoru. Wymowa tego zabiegu współtworzy przekaz: waga wspomnień i jednoczesny dystans do przeszłości pozwalają bohaterom dojrzewać. Oczywiście ta lekcja nie dotyczy aż tak wyraźnie nastolatków. Ci muszą być skrajni w potrzebach i decyzjach, teen-drama operuje szerokim gestem, nie subtelnościami.

Quack: Cieszy mnie taka powolna ewolucja postaci. Do tej pory dostaliśmy naprawdę dużo barwnych postaci, mniej lub bardziej irytujących. Wszystkie one jednak przechodzą jakąś drogę, doświadczają różnych sytuacji i w końcu zmieniają się na naszych oczach. Oczywiście dotyczy to głównie młodej obsady, gdzie chyba najbardziej prominentny jest Hawk. Po drugiej stronie barykady stoi Dimitri, który miał świadomie irytować swoim zachowaniem, a także on na wskutek doświadczeń zmienił się na plus. W moich oczach jednak najwięcej zyskała Tory, którą w drugim sezonie wprowadzono trochę nagle i bez większych wyjaśnień. Poznając jednak jej backstory, można lepiej zrozumieć, skąd u niej taki charakter, aczkolwiek jej zachowanie nadal pozostaje irracjonalne. Niemniej bardzo liczę na to, że i ona przejdzie ewolucję. Johnny i Daniel są bardziej odporni na ten proces, co mnie nie dziwi – na tle pozostałych są starymi dziadami, którym wydaje się, że nic się nie zmienia. Jedyna postać, która nie przechodzi żadnej ewolucji, to największy dziad z nich wszystkich, Kreese. Sam odbieram to właśnie w ten sposób: im starsze postacie, tym trudniej przychodzi im uczenie się na błędach czy w ogóle ich zauważanie. Nie oznacza to jednak, że główny antagonista serii jest postacią słabą. W trzecim sezonie dostaliśmy dość pokaźną porcję jego backstory, tłumaczącą dlaczego jest tak rygorystyczny i bezwzględny. Historia ta jest dość absurdalna, ale pasuje idealnie do stylu filmów akcji z lat 80. i właśnie ich klimat mocno poczułem przy tym wątku.

Oczywiście zgodzi się Pan ze mną, Mistrzu Splinter?
Oczywiście zgodzi się Pan ze mną, Mistrzu Splinter?

Justin: Powtórzę – niepojęty jest dla mnie ów magnetyzm, w jaki scenarzyści wyposażyli Kreese’a. Wolałem w nim tę chwilową (niestety!) chwiejność dumnego, ale przecież przegranego faceta, który pomieszkiwał w przytułkach (sezon 2). Nagle nie ma problemu, z którym by sobie nie poradziło jego uparte credo „No mercy”. Poświęconą mu retrospekcję podsumowałeś bezbłędnie, choć jest to dla mnie moment, w którym scenarzyści wpadli w sidła pastiszu: czemu bardziej ma służyć ta melodramatyczna opowieść? Gdyż dla mnie przechyla się w stronę topornych fabuł wspomnianego przez Ciebie nurtu niż uwiarygodnienia życiowej filozofii weterana z PTSD. No, zapowiada jeszcze ewidentnie powrót wątku z Karate Kid 3 – tylko tym tłumaczę sobie paradowanie jednego z amerykańskich żołnierzy po wietnamskiej dżungli ze spiętymi w kucyk włosami.

Co do ewolucji młodych bohaterów to jej schematyzm pozostaje w zgodzie z konwencją i podporządkowany jest oczywistym kontrastom zbudowanym wokół statusu społecznego, modelu rodziny, kompleksów i pewności siebie. Jest tego sporo, ale wszystkie wątki są czytelne, pisane wręcz drukowanymi literami. Przed parodystycznym sylabizowaniem bronią się dynamiką wydarzeń. Twórcom udało się sprawić, że w trakcie akcji bardziej wciągają, niż każą przystanąć i zastanawiać się nad ich logiką. Dimitri, ów „comic relief”, którego darzę wespół z moim synem wielką sympatią, korzysta z tego nad wyraz świadomie (dziewczyny, dziewczyny!).

Quack: Już finał drugiego sezonu zwiastował, że jednak dostaniemy nieco kiczu i absurdu, które w odpowiednich dawkach mogą nadać więcej smaku całej produkcji. Jak wspominałem wcześniej, w przypadku perypetii młodziaków dla mnie to już jednak za dużo, ale Kreese’owi służy dość dobrze. Przez chwilę zdawało mi się, że stanie się postacią, której będziemy współczuć (zresztą Johnny też miał taką chwilę refleksji), ale koniec końców twórcy zrobili z niego czarny charakter z krwi i kości, jakich było na pęczki w przywołanych produkcjach z lat 80.. Takie postacie nie były mocno rozbudowane, nie powinniśmy też z nimi sympatyzować, jedynie cieszyć się, jak dostaną wreszcie w papę, bo żadne doświadczenia i przeżycia nie usprawiedliwiają zadawania cierpienia innym. Inne prowadzenie jego postaci mijałoby się chyba z celem, a przynajmniej ja tak to odbieram.

Justin: Jest to twardy orzech do zgryzienia nawet dla tak emblematycznie męskich szczęk, jak te należące do Kreese’a. Przecież formuła serialu daje o wiele większe możliwości niż fabułka zamykająca się w 90 minutach. Dlatego liczę na coś bardziej autentycznego, skruszenie zardzewiałego pancerza czy inne wskazanie jego właścicielowi tej żałosnej korozji. Niekoniecznie przy użyciu nokautującego ciosu karate.

Quack: A propos – mimo tego, iż Cobra Kai to nadal serial przede wszystkim o problemach dorastania i rodzicielstwa, nie odbiega on od swojego motywu przewodniego, jakim jest właśnie karate. W przypadku ogólnej choreografii i pracy kamery nadal dostajemy kawał dobrej roboty, chociaż wciąż najbardziej widowiskowa walka jest niezwykle absurdalna, zupełnie jak w sezonie drugim. Z tego powodu teraz mam pewność, że to efekt w pełni zamierzony przez twórców. Bez wątpienia znajdą się pośród widzów serialu fani naprawdę dobrze wyglądających walk wynikłych z dość głupich okoliczności i żerujących na idei, że młodzież absolutnie nie myśli o konsekwencjach swoich czynów.

Prywatka? Raczej prywatny pokaz karate.
Prywatka? Raczej prywatny pokaz karate.

Justin: Od początku serial godził w sportową uczciwość dyscypliny i jej “gatunkową” czystość. Z karate mamy do czynienia jedynie w zadziwiająco powtarzalnych sekwencjach treningowych (prawy prosty dzielnie ćwicz!), w trakcie samej walki każdy dostaje szansę na przemianę w Super Saiyanina i ok, to jest znak czasów, to jest umowność, to jest wymóg widowiska. Czekam z uśmiechem na odsłonięcie kolejnych poziomów ukrytej furii i zdyscyplinowanej mocy.

Quack: Walki nie mogą być nudne, więc choreografowie dwoją się i troją, by wyglądały widowiskowo. Dużo im też pomaga fakt, że część obsady zna jakieś sztuki walki, głównie Tanner Buchanan, odtwórca roli Robby’ego, który kiedyś trenował taekwondo, a niedługo przed angażem do serialu poznawał muay thai. A że wszyscy aktorzy, gdy tylko to możliwe, sami wykonują kaskaderkę, to może w międzyczasie też nabierają wprawy, dzięki czemu jeszcze nas czymś widowiskowym zaskoczą.

Justin: Osobiście wolałbym, aby rozwinęli się pod względem aktorskim, szczególnie wspomniany serialowy syn Johnny’ego, o którego uwagę zabiegają postaci tworzące ów trójkąt konfliktu na linii metodyki karate. To wątek dobrze prowadzony przez pasmo wielu życiowych zawodów, ale dlaczego w ich obliczu ten chłopak ma w sobie tyle ikry, co Brandon Walsh z Beverly Hills, 90210? Zdecydowanie bardziej rozwinął się na tym polu Xolo Maridueña, z serialu znany jako Miguel. Może dlatego, że jego sensei to niezmiennie Johnny, który niezłomnie i entuzjastycznie zaszczepia w chłopaku retro bakcyla.

Quack: O tak, wisienką na torcie nadal jest klimat lat 80-tych, a raczej wielkiej nostalgii do tego okresu z perspektywy już podstarzałych osób. W trzecim sezonie udało się nawet wcisnąć do fabuły pewną gwiazdę rocka, która właśnie w tamtych latach cieszyła się największą popularnością, a dekadę później musiała pracować w call-center, czy roznosząc ulotki. Cały czas odnoszę wrażenie, że te nawiązania wykorzystywane są celowo, by wykreować dodatkowe przesłanie ukryte w tle – czasu nie cofniemy, mimo iż każdy w pewnym momencie życia zaczyna tęsknić za młodością.

Justin: To jest ujmująca treść produkcji. Tak jak dzięki wycieczce w czasie porwała mnie bez oporu seria Stranger Things, tak i tutaj antykwaryczny okaz, jakim pozostaje Johnny, pomaga mi się rozgrzeszyć z własnych sentymentów. Trochę będę gloryfikował epokę, która znalazła się tak wyraźnie na złączu technologii i popkultury, ale nie dziwi mnie to, że tęsknią za nią i nastoletni bohaterowie (wielokrotnie z ich ust właśnie padają takie opinie), bo i mój syn uległ tej magii lunaparków, salonów gier i muzyki (uff, dobrze, że mam i takie bezpośrednie, niewymuszone świadectwo).

Czyżby nowe jury kolejnej edycji "Mam talent"?
Czyżby nowe jury kolejnej edycji „Mam talent”?

Quack: Moim zdaniem nadal warto oglądać ten serial, chociaż po kolejnych sezonach nie spodziewam się większych zaskoczeń. Najprawdopodobniej w czwartym i zapowiedzianym piątym znów dostaniemy mniej więcej to samo, plus nawiązania do Karate Kid 3 (a może i do The Next Karate Kid), bohaterzy będą nam dalej powoli, ale stabilnie ewoluować na naszych oczach, a Ralph Macchio wciąż będzie grał gościa święcie przekonanego, że jest protagonistą, podczas gdy w walkach dalej będzie ruszał się jak drewno.

Justin: Ha ha, heblujesz go równie konsekwentnie! Widocznie w dojo przypadła mu rola ćwiczebnego manekina. To niech przynajmniej stoi pewnie i nie zmieni się w przysłowiową kłodę, która mogłaby podciąć nogi serialu. Ja w 3 sezonie widzę kulminację akcji – teraz oczekuję konsekwencji w rozwiązaniach, choć nie wydaje mi się, że może jej starczyć w wiarygodnym wydaniu na jeszcze dwa sezony. To oznaczałoby zdecydowane wyjście poza zakres oryginalnej trylogii, której wątki właśnie się wyczerpują, a czy w oderwaniu od niej Johnny i Daniel mogą wieść życie inne niż sitcomowe? A poza tym duetem nie widzę nigdzie szansy na dalsze utrzymanie zaangażowania i wyrozumiałości widza.

Quack: I dlatego możemy tylko trzymać kciuki za scenarzystów, by zaskoczyli nas jeszcze czymś pozytywnym. Naprawdę nie zdziwię się, jeśli do grona postaci dołączy Julie Pierce i jej przybycie wywoła dostatecznie duże zamieszanie, byśmy nie mogli oderwać oczu od ekranu przy kolejnych sezonach.

Justin: Nawet jeśli trzeba będzie w tym celu założyć okulary, jak sugerowałaby popularna nazwa kobry. I nawet niekoniecznie klasyczne lustrzanki z lat 80. czy od razu (asekuracyjnie) różowe. Przecież pozostajemy wiernymi uczniami Eagle Fang Karate, prawda, Quack?

Quack: Niezaprzeczalnie.

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Cobra Kai Sezon 3
Typ: serial
Gatunek: komedia, akcja, dramat
Data premiery: 01.01.2021
Liczba odcinków: 10
Twórcy: Josh Heald, Jon Hurwitz, Hayden Schlossberg
Obsada: William Zabka, Ralph Macchio, Courtney Henggeler, Xolo Maridueña, Tanner Buchanan, Martin Kove

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+dalsza eksploracja wątków z trylogii
+poszerzony background kilku postaci
+świadomość zastosowanych konwencji
+to wciąż dobry serial trzymający swój poziom...

Minusy:
-... i nie wychodzący ponad niego

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.