Więcej

    Nie od razu Café René zbudowano. Recenzja serialu Come Back Mrs. Noah

    KorektaLilavati

    Come Back Mrs. Noah

    Są seriale, które trafiają idealnie w swój czas, doczekując się wielu kolejnych odcinków i sympatii widzów w całym kraju, a czasami poza jego granicami. Są też takie, którym ta sztuka się nie udaje, więc giną, pogrążone w odmętach niepamięci. Duet znakomitych brytyjskich twórców, Jeremy Lloyd i David Croft, ma na swoim koncie produkcje klasyfikujące się zarówno jako pierwszy, jak i drugi rodzaj. Chyba pół świata zna ‚Allo ‚Allo!, poza granice Zjednoczonego Królestwa wyszła też popularność wcześniejszego Are You Being Served? (choć niestety do Polski nie dotarła). Ale przed nimi był jeszcze inny sitcom, Come Back Mrs. Noah. W przeciwieństwie do swoich następców niezbyt rozpoznawalny nawet w swojej ojczyźnie, zdjęty z anteny po jednej, zakończonej wrednym cliffhangerem, zaledwie sześcioodcinkowej serii – marna to liczba wobec 85 epizodów ‚Allo ‚Allo! czy 70 Are You Being Served?. Come Back Mrs. Noah powraca najczęściej w przeróżnych przeglądach najgorszych brytyjskich sitcomów w dziejach. Nie do końca słusznie.

    W Internecie można spotkać się z tłumaczeniem tytułu jako Podróż Pani Noah. Jednak jako że nie jest to przekład oficjalny – bo serial nigdy nie był emitowany w Polsce – będę używać w poniższym tekście tytułu oryginalnego.

    Jest rok 2050. Gertrude Noah, gospodyni domowa, wygrywa konkurs kulinarny. Nagrodą jest supernowoczesny czajnik do herbaty i wycieczka po stacji Britannia Seven – szczytowym osiągnięciu brytyjskiego programu kosmicznego. Podczas wizyty pani Noah dochodzi do niespodziewanej awarii, na której skutek statek zostaje wystrzelony na orbitę okołoziemską. Na pokładzie oprócz naszej bohaterki jest jeszcze czwórka równie przypadkowych osób: reporter BBC Clive Cunliffe, który pojawił się na Britannii razem z Gertrude, dwóch oderwanych od rzeczywistości matematyków w osobach Carstairsa i Fanshawa oraz konserwator Garstang, specjalista od wkręcania żarówek. Przypadkowi astronauci muszą przywyknąć do nowych warunków, zaś ekipa naziemna – za wszelką cenę sprowadzić ich cało i zdrowo na ziemię.

    Come Back Mrs. Noah

    Faktem jest, że od strony komediowej Come Back Mrs. Noah nie sprawdza się szczególnie. Trudno tu szukać momentów zabawnych aż do rozpuku, choć nie jest to największy grzech tej produkcji. Większym zapewne jest niedobór odpowiedniego tempa, wyważenia elementów komicznych i ogólnie przemyślanej konstrukcji fabuły. Pewne oznaki powyższych zaczynają się pojawiać dopiero w połowie serialu. Ktoś może powiedzieć, że lepiej późno niż wcale, ale w wypadku tego tytułu okazało się, że jednak zbyt późno. Inna rzecz, że telewizja trochę zbyt pochopnie postawiła krzyżyk na przygodach pani Noah. Ostatnie dwa odcinki wypadają całkiem sympatycznie i jestem niemal pewna, że gdyby twórcy dostali szansę na drugą serię, mogliby wyrobić się i stworzyć garść może niewybitnych, ale całkiem przyzwoitych historyjek. Z drugiej strony nie da się ukryć, że duet Lloyd i Croft sam sobie wbił gwóźdź do trumny sporą ilością fizjologicznego humoru w początkowych epizodach. Na tyle dużą, że nie miało zbyt wielkiego znaczenia wyraźne wycofywanie się z niego w dalszych odcinkach, bo złe pierwsze wrażenie już zostało zrobione. Tego typu żarty przewijają się zarówno w sytuacjach, jak i w dialogach czy nawet nazwach własnych – spróbujcie sobie utworzyć skróty od Pontefract International Space Centre albo Flight Escape Re-entry Trainer. Czasami bywają dość zabawne, jak na przykład scena o tym, że wyrzut gazu to najlepszy napęd dla człowieka zawieszonego w stanie nieważkości (chodziło oczywiście o butelkę perfum z atomizerem, a o czym wyście myśleli, świntuszki?). Ale w większości to jednak trochę niska liga żartu. Chociaż ciągle bardziej jestem w stanie zrozumieć taki humor w serialu z końca lat 70. niż w sitcomie zrealizowanym dwie bądź trzy dekady później, gdzie ma się wrażenie, że ktoś tu nie posunął się zbyt do przodu. Tak, amerykańskie komedie, o was mówię.

    Postacie nie wydają się mieć zbyt rozbudowanych charakterystyk. Trudno mi powiedzieć, czy taka była konwencja, czy po prostu bohaterowie nie zdążyli się rozkręcić przez te marniutkie sześć półgodzinnych odcinków. Stawiam na to drugie, wnioskując po różnych drobnych niuansach, rozsianych gdzieniegdzie przez twórców. Choćby nasza protagonistka, pani Noah – pięćdziesięcioletnia gospodyni domowa, która piecze nieziemskie (hehe, żart zamierzony) ciasta, a w wolnych chwilach lubi sobie… pójść na mecz wrestlingu. Albo Garstang, ulubiony obiekt drwin wywyższającego się Carstairsa, znaleziony jako podrzutek, zawinięty w gazetę razem z rybą i frytkami. Jednak z oczywistych względów bohaterowie najwięcej zawdzięczają aktorom. A grają ich ludzie nie byle jacy. W panią Noah wcieliła się Mollie Sudgen, uznawana za jedną z najlepszych brytyjskich aktorek komediowych, reportera Clive’a zagrał Ian Lavender, znany z Dad’s Army, zaś odtwarzający role Carstairsa i Fanshawa Donald Hewlett i Michael Knowles występowali też w innych rozpoznawalnych angielskich sitcomach: It Ain’t Half Hot Mum i Pan wzywał, milordzie? Chyba nie będzie dużym zaskoczeniem, jeśli powiem, że są to ludzie, z którymi Lloyd i Croft wielokrotnie współpracowali tak przed, jak i po realizacji Come Back Mrs. Noah. W dalszym planie serialu o przygodach przypadkowych astronautów znajdziemy zresztą kolejne twarze, które będą dla nas jeszcze bardziej znajome. Prezentera telewizyjnego, na bieżąco relacjonującego przebieg akcji ratunkowej, gra Gorden Kaye, czyli legendarny René Artois z ‚Allo ‚Allo!, zaś gościnnie w odcinku piątym jako mechaniczna pokojówka pojawia się Vicki Michelle, odtwórczyni roli Yvette Carte-Blanche. A żeby było jeszcze śmieszniej, to mamy w obsadzie również młodszą siostrę tej ostatniej, Ann Michelle, wcielającą się w postać członkini ekipy ratunkowej o wdzięcznym imieniu Scarth Dare.

    Największą wartością Come Back Mrs. Noah jest ta jedna, nabyta z upływem czasu – pokazanie tego, jak w roku 1977 wyobrażano sobie rok 2050, czyli fachowo rzecz ujmując, retrofuturyzm. To chyba cecha typowa dla wszystkich tekstów kultury, które chociaż trochę otarły się o konwencję science fiction, bo właściwie zawsze patrzy się w nich na przyszłość przez pryzmat teraźniejszości. I dlatego koniec końców często więcej dowiadujemy się o świecie współczesnym autorowi, niźli o tym, jak będziemy jego zdaniem żyć za osiemdziesiąt czy sto lat. Więc jak według Lloyda i Crofta miał wyglądać świat Anno Domini 2050? Dość… paradoksalnie. Bo z jednej strony dostajemy wizję łechtającą brytyjskie ego ponad miarę – Wielka Brytania jest mocarstwem z potężną infrastrukturą, włączając w to własny program lotów kosmicznych, podczas gdy Niemcy zmagają się z kryzysem gospodarczym, Afrykę otaczają plamy oleju, bieguny się topią, a Rosjanie odsłaniają na Placu Czerwonym pomnik Margaret Thatcher. Do tego ambitny plan wysłania w kosmos na sześćdziesiąt lat – celem poszukiwania nowych miejsc do życia w okolicach Drogi Mlecznej – grupy 500 osób obojga płci, wybranych pod kątem idealnego wyglądu i wysokiej inteligencji. Jednak z drugiej strony Anglicy nie byliby Anglikami, gdyby nie zadrwili sami z siebie. Otóż ich fantastyczna technologia XXI wieku, której pełno jest na Britannii Seven i która w teorii ma pomagać ludziom, w praktyce jest awaryjna, toporna, niepraktyczna albo wszystko to naraz.

    Come Back Mrs. Noah

    Owszem, komputer pokładowy dostarczy wybrane przez ciebie przedmioty z magazynu, ale żeby je wybrać, należy wklepać w maszynę ciąg cyfr. Wystarczy jedna mała pomyłka i już zamiast kubków do herbaty dostaniesz akwarium, a zamiast kostek cukru – talerz z sypkim cukrem. Gadająca sypialnia odpowie na każde twoje pytanie, ale bez ośmiu godzin snu nie pozwoli ci wyjść. O świeże jajka zadba… kanciasta mechaniczna kura, karmiona specjalnymi pigułkami. Jest nawet eksperymentalna maszyna do klonowania, ale żeby zadziałała, delikwent musi wcześniej opić się nieludzką ilością podobnego do piwa płynu. A superpatelnia? Sama obraca naleśniki, ku smutkowi pani Noah, której zdaniem w ten sposób odbiera się kucharzowi całą frajdę ze smażenia. Są wśród różnych dziwnych wynalazków przyszłości rzeczy niepokojące, jak hełm produkujący impulsy przyjemności podobnej do tej doświadczanej podczas wykonywania ulubionych czynności – żeby kosmonauci, latami niemający co robić w ograniczonej przestrzeni stacji, nie zwariowali z nudów. Albo stymulator snów, zwany elegancko Gablotą Orfeusza, mający wygląd niepokojącego pudła z rzeźbioną twarzą, a stworzony w założeniu, że z czasem odcięci od ziemskiego życia członkowie wyprawy mogliby zacząć śnić o niczym, a to byłoby straszne. Można wybrać sobie dowolny temat marzeń sennych, zapisany na jednej z licznych specjalnych kart. W ofercie są między innymi Rasputin, Robert Redford czy niejaka Boobie LeFan, zeszłoroczna Miss Universe. Imię podobno nieprzypadkowe. Jak widać, twórcy nawet złowieszczo zapowiadające się elementy przyszłości próbują przełamywać humorem w typowo brytyjski sposób. Z różnym skutkiem, bo ciągle niektóre motywy mogą budzić bardzo mieszane, niepokojące uczucia (akcja rodem z Muchy w finale trzeciego odcinka?). Pomijam tu zupełnie aspekt techniczny serialu, bo nie należy się spodziewać fajerwerków i czegoś więcej niż efekty czy rekwizyty, które pamiętamy chociażby z klasycznych odcinków Doktora Who.

    Jako wisienkę na torcie można dorzucić smaczki pomniejsze. Panie z ekipy naziemnej z fryzurami bardzo z epoki powstawania serialu oraz błyszczącymi strojami o krótkich spódniczkach, ogólnie pojawiający się czasem motyw ubrań w metalicznych kolorach jako elementu futurystycznego, reporter wręcz krzyczący swoim wyglądem „Dzień dobry, tu lata 70.!” (choć niby mamy 50. następnego wieku) czy program informacyjny Far and Wide, będący tylko minimalnie zakamuflowaną przeróbką ówcześnie emitowanego przez BBC Nationwide. Tak nieznacznie, że twórcy wykorzystują lekko przerobione ówczesne logo i kompletnie nienaruszony motyw muzyczny oryginału. Ironią losu jest tu fakt, że w rzeczywistości program Nationwide na początku lat 80. zmienił oprawę graficzną, żeby finalnie nie dotrwać nawet do końca XX wieku i zniknąć z anteny BBC w 1983 roku.

    Come Back Mrs. Noah, choć nie jest sitcomem wybitnym czy nawet szczególnie dobrym, nie jest również wcale sitcomem najgorszym. Może stanowi tę słabszą sztukę w stadzie seriali Jeremy’ego Lloyda i Davida Crofta, która na tle innych stworzonych przez nich produkcji (niekiedy wręcz wybitnych) wygląda jeszcze gorzej. Może jest tytułem, który nie trafił w swój czas – wszak parę dekad później podobny koncept wykorzystał kultowy w niektórych kręgach Czerwony Karzeł. Może nie najgorszym w teorii pomysłem, któremu w praktyce zabrakło zwykłego szczęścia. Jedno jest pewne. Stanowi ciekawy dokument epoki, jej trendów i zainteresowań, a także próbę wprowadzenia na ówczesny serialowy rynek czegoś z kompletnie innej beczki. A w sytuacji, kiedy próbuje się zrealizować takie zdecydowanie ambitne zamierzenie, nawet porażka w rankingach oglądalności nie jest wcale powodem do wstydu.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Come Back Mrs. Noah
    Produkcja: BBC
    Typ: serial
    Gatunek: komedia, science-fiction
    Data premiery: 13.12.1977
    Liczba odcinków: 6 (1 seria)
    Twórcy: Jeremy Lloyd, David Croft
    Obsada: Mollie Sudgen, Ian Lavender, Donald Hewlett, Michael Knowles, Joe Black, Gorden Kaye i inni.

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + oryginalny jak na swoje czasy pomysł
    + ciekawie naszkicowana część postaci
    + dobra obsada
    + niebanalna, retrofuturystyczna wizja przyszłości
    + dokument epoki

    Minusy:
    - źle wyważone tempo akcji i gagi w pierwszych odcinkach
    - nadmiar fizjologicznych żartów w pierwszych odcinkach
    - charakterystyki bohaterów nie zdążyły się rozwinąć
    - efekty specjalne i strona plastyczna jednak trochę się zestarzały

    Dodaj komentarz

    avatar
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://ostatniazzielonych.pl).