Więcej

    Weird fiction ma tyle oblicz, ile Cthulhu macek, a każde obślizgłe jest i nieprzyjemne. Recenzja książki Sny umarłych (2018).

    KorektaLilavati

    W horrorach bohaterowie walczą z mordercami, duchami i wampirami, w SF z pasażerami na gapę oraz inwazjami obcych najeźdźców, a w fantasy ze smokami, czarodziejami, goblinami i perwersyjnym zboczeńcem podglądającym wszystkich ze szczytu swojej wieży. W weird fiction to rzeczywistość odkrywająca swe mroczne sekrety jest głównym przeciwnikiem i to ona za każdym razem dotkliwie kopie tyłki bohaterom. Gdy uchyli rąbka tajemnicy i pokaże trochę swojego robaczywego ciała, to umarł w butach – klepki już nigdy nie ustawią się we właściwej kolejności. Sny umarłych też nieźle poniewierają. Takich projektów nam trzeba, bo spotkania z nimi zapadają na długo w pamięci.

    Weird fiction nie należy do zbyt popularnych gatunków zarówno u nas, jak i za granicą. Z jednej strony nie jest to niespodzianką – w końcu przyjemność z obcowania z tym odłamem horroru polega na aplikowaniu sobie dużej dawki niepokojącej dziwności. Z drugiej jednak strony to jeden z czołowych twórców nurtu już od dziesięcioleci stanowi niewyczerpalne źródło inspiracji dla pisarzy i filmowców. W końcu twórczość Lovecrafta przejawia wszelkie cechy charakterystyczne dla „dziwnej fikcji” – nieustanne poczucie podskórnego niepokoju, rzeczywistość rozchodzącą się w szwach, prawdy burzące naturalny porządek świata oraz zjawiska, które lepiej tłumaczyć sobie gorączką i słabą psychiką. Natomiast na końcu historii zwykło czekać z szeroko otwartymi ramionami szaleństwo i obłęd. Samotnik z Providence łączył wiktoriańską grozę, science fiction i fantasy, a straszył w pewien dogłębny sposób. Takiej właśnie mieszanki spodziewałem się po Snach umarłych i ich pierwszym roczniku wydanym w 2018 roku – cóż, to Lovecraft najmocniej wpłynął na moje gusta i potrzeby. Było nieprzyjemnie, może nie zawsze idealnie, ale za to z dreszczykiem niepokoju. Było naprawdę dziwnie, a to chyba najlepszy możliwy komplement.

    Pośród tekstów zebranych do pierwszego wydania nie sposób wskazać dwóch podobnych. Mamy bowiem do czynienia z przeglądem pomysłów nieograniczonych gatunkowymi ramami. Jest tu horror, science fiction, mroczne urban fantasy czy cyberpunk przeplatający się z baśnią o smoku. Jedna historia jest dziwniejsza od drugiej, a każde następne opowiadanie to w zasadzie niespodzianka, bo trudno przewidzieć, co na nas może czekać. Jedynym motywem przewodnim jest niepokój, któremu dzielnie partnerują nihilizm, poczucie odrealnienia czy oniryczne majaki. W dawkach dużych i przede wszystkim skutecznych.

    Część tekstów to historie krótkie, konkretne i z mocnym zakończeniem, które idealnie mogłyby się nadawać do straszenia towarzystwa przy ognisku. Takim właśnie opowiadaniem rozpoczyna się zbiór (zaraz po wprowadzeniu Krzysztofa Grudnika na temat weird fiction). Diorama Anny Marii Wybraniec opowiada o biblijnym Jonaszu, który zaciąga się na statek, gdzie staje się świadkiem rozwijającej się wśród marynarzy choroby. Rozwiązanie zagadki okazuje się proste, ale jakże nieprzyjemne zarazem. Już chwilę później w Tamtej dzielnicy Gapiński przedstawia mroczną wariację na temat końca świata, który ma w sobie pewien spokój i wyciszenie – koniec zabawy, pora zgasić światła. Dobranoc. Biblijne nawiązania powracają jeszcze kilkukrotnie m.in. w Śniegu widmo Dagmary Adwentowskiej. Po latach bohater zdaje sobie sprawę, że przypadłość z dzieciństwa mogła być próbą nawiązania kontaktu przez istoty zwiastujące apokalipsę – tak dla odmiany. Nawiedzenie mężczyzna za pomocą śnieżącego ekranu telewizora przypominało najlepsze odcinki Z Archiwum X. Krótko i konkretnie jest też w korporacyjnym horrorze Najlepszy pracodawca Norberta Góry, w którym kontrola w magazynie zamienia się w odrealniony hipnotyzujący koszmar. W tym przypadku szkoda jednak, że było zbyt krótko i z nieco pośpiesznym zakończeniem.

    Zbiór od początku obiecywał dużą ilość dziwności i za sprawą kilku opowiadań słowa dotrzymuje nawet z nawiązką. We W poszanowaniu dla zasad pustynnego miasta Knapka mamy do czynienia z chaotycznym telefonicznym monologiem przywodzącym na myśl Truman Show. Przepełniony paranoją narrator zakłada, że świat jest filmem, a ludzie jedynie aktorami – w tym przypadku wizyta producenta nie oznaczałaby raczej niczego dobrego. Znacznie dziwniejszy pomysł prezentuje Krzysztof Matkowski w Odejdź królestwo Twoje. Mężczyzna poszukujący córki podąża przez zaświaty – odrealnione, oniryczne oraz pełne nietypowych pokręconych postaci i zjawisk. Prawdziwy hardcore dzieje się natomiast za sprawą Bartosza Orlewskiego i jego Ristretto…, przy którym trochę brakuje słów. To zupełny surrealistyczny zakręcony bajzel, w którym psy gadają, broń strzela polami nonsensu, a z uciskiem walczy Mała Czarna… i tak, chodzi o kawę. Za taki popis wyobraźni należą się ukłony, ale sam tekst najlepiej chyba przyjmować z dodatkowymi wspomagaczami.

    Część opowiadań robi niezwykłe wrażenie nie tyle za sprawą niezwykłości koncepcji, ile dzięki warsztatowi i realizacji obranych pomysłów. I z całą pewnością zasługują na szczególne ukłony i brawa. W Zużyć przed marcem 1998 Istvan Vizvary łączy podróże w czasie, okrucieństwo wojny, strach przed nieznanym oraz pesymistyczną wizję historii zataczającej koła. Snuje on klimatyczną i intrygującą historię skupiającą się na niewyjaśnionym zniknięciu, tajemniczej fotografii getta i odnalezionych fragmentach dziennika. Wojciech Gunia w Raporcie w sprawie objawień przy ulicy Szeptów przedstawia studium starości i zniedołężnienia. Niepełnosprawnego mężczyznę fascynuje opuszczony dom, w którego piwnicach objawiają się święci. Autor do nietypowego bohatera dodaje niezwykły klimat i mocne zakończenie, a całość podlewa naprawdę solidną dawką horroru. Paweł Mateja w swoim opowiadaniu buduje napięcie tak intensywnie, że historia aż trzeszczy. Ktoś powinien coś z tym zrobić opowiada o przeciętnym, nudnym i nieciekawym motelu, w którym nieustannie szczeka pies. Mimo że od początku czekamy, aż nadejdzie coś złego, finał uderza niespodziewanie, mocno i powoduje dreszcze z najwyższej półki. Obowiązkowo do tej grupy należy dorzucić zamykający zbiór tekst Ligottiego – króla współczesnego weird fiction. Nethescurial w lovecraftowskim klimacie opowiada o demonicznym bóstwie, bluźnierczych kultach, tajemniczych wyspach oraz szaleństwie. Wszystko to osnute nieprzyjemnym, gęstym klimatem, w którym jako miłośnik Samotnika z Providence czułem się jak Cthulhu na dnie oceanu. Idealne zamknięcie takiego zbioru.

    Na koniec jeszcze szybciutko i króciutko o opowiadaniu, które szczególnie przypadło mi do gustu. Ci, którzy trwają Tomasza Graczykowskiego to mroczna, demoniczna i pełna przemocy wariacja na temat urban fantasy, jakiej jeszcze nigdy nie dane mi było doświadczyć. Głównym bohaterem historii jest martwy policjant ożywiony przez tajemniczy iście lovecraftowski byt ukryty w podziemiach. Ceną za nieżycie, jakim został obdarowany, są ofiary dziękczynne w wygodnych ratach. Nasz demoniczny stróż prawa, w celu spłaty długu, wykorzystuje znajomości i stare umiejętności, by polować na najgorsze społeczne gnidy. Tym razem podąża tropem seryjnego mordercy okaleczającego brutalnie ofiary – z tego powodu zwanego Złodziejem Twarzy. Cała reszta to akcja, „ręka, noga, mózg na ścianie” i tryskająca wszędzie krew. Jest ostro, perwersyjnie i z olbrzymią dawką przemocy. Główny bohater na kolanie łamie kręgosłup wszystkim Dresdenom, O’Sullivanom i Swiftom. Jeżeli kiedyś powstanie cykl o przygodach tego brutala, to pobiegnę po niego w środku nocy nawet do najgorszej dzielnicy… uwielbiam, gdy ktoś najpierw wyrywa mi serce, a później je kradnie, a tak było w tym przypadku.

    Sny umarłych są niezwykłym zbiorem z kilku powodów. Dzielnie reprezentują i promują gatunek niezwykle niszowy, który niejednego po prostu odrzuci. Prezentują różnorodność nurtu weird fiction z jego możliwościami i ogromnym potencjałem. Co jednak najważniejsze, są zrobione z serduchem oraz odwagą – w końcu wiele nazwisk pojawiających się w środku to pisarze początkujący lub mało znani. Sny umarłych może i w niektórych momentach wypadają trochę gorzej, ale są przede wszystkim niepokojące, zapadają w pamięć, zmuszają do zastanowienia i dostarczają pewnej perwersyjnej (nie)przyjemności płynącej z tego, co niejasne i niewłaściwe. Są po prostu… dziwne, czyli takie, jakie powinny być. Bo czasem trzeba, żeby coś szarpnęło nami w środku, a Sny szarpią i to naprawdę porządnie.

    Dziękuję wydawnictwu Phantom Books za udostępnienie ebooka do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Sny umrłych. Polski rocznik weird fiction 2018
    Wydawnictwo: Phantom Books
    Autorzy: Thomas Ligotti, Paweł Matuszek, Adrianna Wiśniewska, Paweł Mateja, Istvan Vizvary, Tomasz Połoński, Bartosz Orlewski, Tomasz Graczykowski, David Harrington, Wojciech Gunia, Maciej Kaźmierczak, Krzysztof Grudnik, Dagmara Adwentowska, Norbert Góra i inni
    Gatunek: weird fiction
    Data premiery: 07.07.2018

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + różnorodne teksty
    + przegląd możliwości weird fiction
    + duża dawka niepokoju i dziwności
    + kilka świetnych tekstów i sporo naprawdę dobrych
    + intrygujące pomysły
    + oryginalność

    Minusy:
    - zdarzają się niedopracowane teksty

    Dodaj komentarz

    avatar
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.