SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Wyboista droga do Valhalli. Recenzja mangi Saga Winlandzka tom 2

    KorektaLilavati
    Cwaniactwo, dzikość i tysiące ostrych krawędzi. Okładka streszcza wszystko.

    Czy próg wejścia w mangową wersję wikingów jest wysoki? Okazuje się, że nieszczególnie, nawet dla umiarkowanie szalejącego za japońskim komiksem, markotnego maniaka historii wczesnośredniowiecznej. Trochę na ten pierwszy tom ponarzekałem, ale jak już pogodziłem się z luźnym podejściem do faktów historycznych, pozostało cieszyć się z dzikiej rozwałki i z wypełnionej machinacjami opowieści o życiu napędzanym potrzebą honorowej wendetty. Czytam więc dalej, z zupełnie innymi oczekiwaniami.

    Przeskakujemy do Anglii, a konkretnie do czasów podboju saskich ziem przez króla Svena i jego zastępy wojowniczych Danów. Ku zdziwieniu romantycznych pieśniarzy, wojna szybko pokazuje swoją parszywą gębę. Nie ma miejsca na honor, braterstwo i heroizm – jest za to pełno zdrad, okrutnych mordów i ohydnych gwałtów. W samym środku tego piekła ponownie obserwujemy Thorfinna, który wciąż uparcie stara się ukatrupić swojego dowódcę – Askeladda, coraz bardziej zajętego snuciem własnej sieci zawiłych intryg. Wątki się mnożą, droga ku zemście się wydłuża, a konflikt dostarcza nowych, potężnych przeciwników i niespodziewanych towarzyszy.

    Zanim przejdziemy do smutów, omówmy rzeczy proste – Sagę Winlandzką czyta się coraz lepiej. Może to kwestia mniejszego skupienia na sentymentalnych retrospekcjach, ale w sumie przecież nie zawadzał mi tak bardzo flashbackowy charakter pierwszego tomu. Mamy więcej czasu na brutalną, porywającą akcję i widowiskowe walki, latka lecą szybciej od bełtu z kuszy, a główny bohater zaczyna faktycznie przejawiać jakieś cechy charakteru, poza szaleńczą rządzą zemsty. Oprócz niego poznajemy też całe zastępy ciekawych postaci, często opartych na prawdziwej historii, a ich wyrazistość jest podbita do potęgi przez mangowy charakter narracji. Wiecie jak to jest – mordercze bomby testosteronu miotające kilkusetkilowymi głazami, całkowicie poświęcone idei dotarcia do Valhalli poprzez wynalezienie sobie najbardziej epickiego sposobu na śmierć. Nie mam pewności, jak to faktycznie wyglądało w średniowieczu, ale te osiłki na stronach Sagi naprawdę budzą trwożny szacunek.

    Z drugiej strony ta historia intryguje też tak na poważnie. Paradoksalnie, pomimo historycznych nieścisłości i oczywistych przegięć, nie przekłamuje ogólnego nastroju moralnego tamtych czasów. Drugi tom Sagi Winlandzkiej nadal nie dostarcza za grosz zakłamanego, fałszywego heroizmu, oczywiście poza wspomnieniami o potężnym Thorsie, które powoli nabierają mało realnego, legendarnego charakteru. Dosłownie wszyscy są bucami, knują, kombinują i poddają się swoim najniższym instynktom. Gdy już zaczynamy do wojaków odczuwać jakąś sympatię, to albo lądują na glebie z toporem w czerepie, albo biorą udział w jakiejś masakrze lub gwałcie. Nie ukrywam, taki brak uosobionego punktu zaczepienia trochę utrudnia lekturę, ale wyeliminowanie naiwnego romantyzowania robi wrażenie – czasem bardzo intensywne i niekoniecznie przyjemne.

    Ta cała powaga skutecznie ukrywa się w sporadycznych przejawach mangowego przerysowania scenariusza. Rysunki działają w doskonałym akompaniamencie tych zabiegów, łącząc tryskającą juchę i mrok z dość mocno japońską stylistyką facjat i charakterystycznymi elementami komediowymi. Ten kontrast przeszkadza mi już mniej niż przy poprzednim tomie – pogodziłem się z zachowawczością autora przy kreśleniu naprawdę bujnych zarostów i z jego tendencją do paciorkowania oczu nawet najgroźniejszych sadystów. To głównie zasługa widowiskowej dynamiki ruchów postaci podczas krwawych bitew, których wbrew pozorem nie jest jakoś przytłaczająco wiele, a także teł narysowanych tak przepięknie, że wiatr snujący się po polanach czuć nawet pomimo braku kolorów. Zdarzają się mangi rysowane nieco pośpiesznie, szarpane setkami intuicyjnych kresek, ale Saga Winlandzka do nich nie należy – ręka Makoto Yukimury jest pewna i staranna, a jej wytwory nie rażą plastikową sterylnością pomimo misterności techniki.

    Okazuje się, że potrzebowałem wsiąknąć w klimat tej mangi, by w pełni cieszyć się jej jakością. Saga Winlandzka nie jest wynikiem rozrysowania pracy dyplomowej roztrzęsionego prymusa studiów historycznych i dopiero przy drugim tomie zrozumiałem, że nigdy nie starała się być czymś tak sztywnym. To doskonale zilustrowana, wciągająca historia młodego człowieka, który próbuje pozbierać do kupy swoją osobowość, zniszczoną przez okrutne okoliczności. Oprócz tego jest to również całkiem trzeźwy przekaz bezwzględności tamtych czasów, w którym typowo mangowe przegięcia ułatwiają lekturę. Teoretycznie trudno w pełni polubić któregokolwiek z bohaterów, ale polubienie całej serii nie sprawia na razie najmniejszego problemu.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Saga Winlandzka tom 2
    Wydawnictwo: Hanami
    Autorzy: Makoto Yukimura
    Typ: manga
    Data premiery: 22.09.2017
    Liczba stron: 424

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + świetne rysunki
    + brak fałszywego heroizmu
    + interesujące intrygi
    + zrównoważony klimat
    + rozwój fabuły i głównego bohatera

    Minusy:
    – zdecydowanie nie dla bardziej wrażliwych

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x