SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Nie tylko dla orlątek. Część 2: odkrycia.

    W szeregu nie według wzrostu zbióóór-ka!
    W szeregu nie według wzrostu zbióóór-ka!

    Oto i zapowiedziana przeze mnie kolejna wspaniała siódemka(jeżeli ktoś jednak nie miał okazji zapoznać się z poprzednią, a zależy mu na zachowaniu chronologii, to proszę bardzo. Jeśli chce jednak kontynuować to, co zaczął, kliknąwszy na tytuł niniejszego zestawienia, to również proszę bardzo. Nie ma to znaczenia dla lektury). Tym razem obejmuje ona tytuły, które odkryłem, gdy już sam założyłem gniazdo i miałem dzieci. Wtedy nie byłem zachłanny i dbałem, by im ptasiego mleka (czyli książek) nie zabrakło, dziś czynię podobnie przed wami. Może z tą różnicą, że nie ja będę czytał (w dodatku na głos), a wy przeczytacie to, co o nich napisałem. A potem sami przeczytacie (sobie, niekoniecznie na głos, chyba że dzieciom, wtedy koniecznie) którąś z nich. Chyba że już je czytaliście, to wtedy napiszcie coś o nich do mnie. Przeczytam sobie. Nawet na głos.

    1. Wielkomilud, Roald Dahl (1982, pierwsze polskie wydanie 1991, tłumaczenie Michał Kłobukowski, ilustracje Franciszek Maśluszczak)

    Natenczas Wojski chwycił...
    Natenczas Wojski chwycił…

    „Kiedy rozum śpi, budzą się potwory” – sentencjonalny tytuł grafiki Goi w przełożeniu na język powieści Dahla brzmiałby prawdopodobnie „Kiedy ludziowie chrapczą, łowiszczują olbrzymy”, co tylko przenosi psychologiczne zagrożenie w trójwymiarową rzeczywistość. Oczywiście najpierw trzeba zgodzić się z obecnością innego wymiaru, zamieszkiwanego przez rzeczone olbrzymy, które przy całej swej prymitywności znają sposób pozwalający im, jako smakoszom ludzkiego mięsa (ludziny?), odwiedzać ziemię. Jednak w każdym rodzie musi znaleźć się odszczepieniec. Takim jest też Wielkomilud – cherlawy niedorostek (tak kończą wegetarianie!), hobbistycznie zajmujący się odłowem i transformacją snów (ze znawstwem skatalogowanych), które potem najchętniej wdmuchuje do dziecięcych sypialni. Podczas jednej z wypraw dostrzega go Zosia, jedna z wielu mieszkańców londyńskiego domu dziecka. Olbrzym zabiera dziewczynkę ze sobą i w ten sposób dla systematycznie nadżeranej ludzkości pojawia się szansa na zlikwidowanie przyczyny licznych tajemniczych zaginięć. Tylko po najsampierwszaste: kto wysłucha dziecka, a po drugowate: kto uwierzy w jego opowieść o olbrzymach?

    Dla książek Roalda Dahla musiałbym sporządzić osobny spis, ale ta jest moją faworkowytną (dobrze, może ex aequo z Jakubkiem i brzoskwinią olbrzymką). Ma wszystko to, co określa styl Dahla: groteskę, absurd, nieco makabry, nieograniczoną językową elastyczność, bezpardonowe obserwacje społeczne i unikatową wiarygodność autora w tym, co i jak pisze. Jeśli macie praktykę w rozwiązywaniu krzyżówek z „Przekroju”, to z Wielkomiludem (oryginalnie BFG, w innym polskim, odradzanym przeze mnie, tłumaczeniu także BFO) dogadacie się bez trudu.

    2. Rozbójnik Hotzenplotz, Otfried Preussler (1962, pierwsze polskie wydanie 2012, tłumaczenie Joanna Borycka-Zakrzewska, ilustracje F.J. Tripp)

    Kargul, podejdź no... O, przepraszam.
    Kargul, podejdź no… O, przepraszam.

    Nie było szansy, abym poznał Hotzenplotza jako dziecko. A przygody Józia i Kacpra, zmierzające do odzyskania babcinego młynka, skradzionego przez tytułowego rozbójnika, idealnie odpowiadają chłopięcej awanturniczej naturze i pomysłowości. Nie żeby dziewczynki były jej pozbawione, tylko jakoś tak to już jest w tym wieku, że zabawę organizuje się raczej w grupach jednopłciowych. Znają to nawet w Bullerbyn. Naruszenie praw własności i pozbawienie szansy na deser to męska sprawa, a ponieważ przedstawiciel publicznego porządku musi wpierw nadać jej urzędowy tok, chłopcy spróbują przyspieszyć go na własną rękę. Co dwie głowy to nie jedna. Tylko że szczwany przeciwnik szybko uniemożliwia Kacprowi i Józiowi dalszą kooperację, jednego zatrudniając do posługi, drugiego odstępując za worek tabaki czarodziejowi Atanazemu Doskwierusowi. Obu do niewolniczej pracy przymuszają odpowiednio fizyczne i magiczne pęta. Chłopcy jednak nawet rozdzieleni mają głowy nie od parady, choć jeszcze większa rola przypadnie nakrywającym je czapkom.

    Preussler do podstawowych baśniowych składników – czarnoksiężnik w zamku, rozbójnik w jaskini (obaj odpowiednio groźni), żaba, okazująca się (miejsce na suspens) – dołączył nie mniej baśniowe odczucie swojskiego, sielskiego świata, gdzie największa magia tkwi w placku ze śliwkami, ukochanej szlafmycy i małych słabostkach, przez które nawet najdziksze charaktery ulegają domestykacji. Bo kogo nie skonsternuje widok zbója w szlafroku czy niepowstrzymany apetyt na ziemniaczane dania u wielkiego czarodzieja? Komizm idzie łeb w łeb z akcją na tym idealnie wymierzonym torze. Dystans? Hmm… 400 przez płotki?

    3. Opowieści z ulicy Broca, Pierre Gripari (1967, pierwsze polskie wydanie 1988, tłumaczenie Barbara Grzegorzewska)

    Ula, Urszula, Ulica.
    Ula, Urszula, Ulica.

    Pamiętacie opinię o dorosłych wyrażoną w Małym Księciu słowami „Im wszystko trzeba tłumaczyć”? Potwierdza ją wstęp do zbioru opowiadań, który przyniósł ogólnoświatową sławę innemu francuskiemu autorowi, nie mniej wnikliwie i z szacunkiem podchodzącemu do dziecięcej wrażliwości i otwartości. Zresztą zdanie otwierające ów wstęp jest przedłużeniem myśli Exupéry’ego: „Dzieci rozumieją wszystko, to rzecz wiadoma”. Dlatego jest dla nich oczywiste, że diabełek, który chce być dobry, zdaje egzamin u  Jezusa, Pana Boga i Marii, Mały Bóg też rysuje kredkami, para butów to tak naprawdę przykład kochającego się małżeństwa, pani ziemniakowa zostaje żoną sułtana, a miłości nie przeszkodzi bycie olbrzymem, syreni kształt ukochanej czy niepoważne nazwisko Tereferekuku.

    Owa umiejętność zadecydowała o tym, że dzieci stały się faktycznymi współtwórcami Opowieści z ulicy Broca. Owoce partnerskiego układu pisarza z małoletnimi pomysłodawcami baśniowych intryg to sycące wyobraźnię, bogate w wieloznaczność hybrydy (jeśli już ktoś chce koniecznie, aby wykazać mu ich pożyteczność w stopniu wykraczającym poza fakt nieskrępowanej zabawy w tworzenie opowieści), w których oczywistość cudowności zrównuje postaci, rekwizyty, sytuacje znane z baśni, religii, sąsiedztwa, szkoły oraz dziecięcego pokoju. Jak dokładnie, jakimi etapami odbywał się ten proces, pozostaje tajemnicą zapewne dla samych uczestników tego eksperymentu, ale czytając jego finalny zapis czuć, że towarzyszyła mu prawdziwa burza pomysłów, z których żaden nie został zlekceważony. A dorośli, skoro chcą, aby i to im tłumaczyć, niech to zrobią sami.

    4. Mio, mój Mio, Astrid Lindgren (1954, pierwsze polskie wydanie 1968, tłumaczenie Maria Olszańska, ilustracje Ilon Wikland)

    Wio, (koniu) mój, wio.
    Wio, (koniu) mój, wio.

    To najsmutniejsza znana mi książka Astrid Lindgren. Tak, smutniejsza niż późniejsi Bracia Lwie Serce. Do tego tak oszczędna i sugestywna, że czasem podczas lektury aż prosiłem autorkę o więcej powietrza, małe wytchnienie od nieubłaganie rosnącego napięcia. Nie buduje go jednak akcja, a właśnie poczucie, że oto los dziewięcioletniego chłopca dojrzewa, prowadzi go ku nieuniknionemu powoli, bez pocieszenia, stanowczo. Prowadzi w asyście strachu, lęku i niepewności, tym mocniejszej, że poprzedzonej doznaniem małych, prostych chwil szczęścia, które do tej pory było nieosiągalne. Bowiem cała opowieść ma miejsce w Dalekiej Krainie, do której trafia wychowywany bez uczucia i opiekuńczości adoptowany chłopiec. Tam odnajduje kochającego ojca, będącego władcą tej krainy, zyskuje przyjaciela i konia, a przy tym stopniowo odkrywa bliskość zagrożenia, jakie wiąże się z działaniami panującego w Krainie Zagranicznej rycerza Kato, zamieniającego porwane dzieci w ptaki. W chłopcu rośnie poczucie, że musi udać się do siedziby okrutnego rycerza i przynieść wszystkim wyzwolenie.

    Tak, schemat wybrańca. Tak, schemat inicjacyjny. Ale w żadnej książce, której wyjściowym odbiorcą jest dziecko, nie znalazłem tak surowego, szczerego i przede wszystkim udzielnego mnie, czytelnikowi, innemu człowiekowi, wymiaru strachu, z którym trzeba się zmierzyć samemu i determinacji, która nie rozwikłuje do końca przerażającej zagadki zła. Brzemię świadomości wyboru, poczucia konieczności, które w baśniowych światach wspomaga się słowem „przeznaczenie”, przybliżają frazowane niezmiennie zdania, składające się w  rozbudowywaną wraz ze zbliżaniem się do celu litanię przerażenia. „Gdyby chociaż drzewa nie rosły tak gęsto…”, „gdyby ciemność nie była tak czarna…”, „gdybyż ta góra nie była taka przerażająca…”, „gdyby śmierć nie była tak ciężka, a my tacy mali i samotni”.

    Nie ornamentacyjna, a żywa, unerwiona symbolika. Smutna, przepiękna powieść.

    5. Błękitna księga bajek, L’ubomír Feldek (1976, pierwsze polskie wydanie 1984, tłumaczenie Ewa Kraszewska, ilustracje Albín Brunovský)

    Pośród ogrodu siedzi ta królewska para...
    Pośród ogrodu siedzi ta królewska para…

    Tak. Ta książka była dla mnie jak wejście do lunaparku, gdzie wyposażenie stanowią szalone w koncepcji, ale ryzykowne w użytkowaniu prototypy, przy których sprzęt w ośrodku przygotowawczym dla astronautów to osiedlowy plac zabaw. Lektura miała w sobie coś narkotycznego: w ciągłym oniemieniu, nie dowierzając swoim reakcjom, upajałem się własnym śmiechem. Dosłownie w tej chwili, pomiędzy wystukiwaniem kolejnych słów na klawiaturze, otworzyłem ją na chybił trafił, przeczytałem zdanie ze środka strony i to wciąż działa! Bawi! Prowokuje!

    Nie obiecuję, że doświadczycie identycznych wrażeń, ale trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kto pozostałby obojętny wobec tego gawędziarstwa, krasomówstwa, narracyjnej brawury. Feldek pisze tak, jakby improwizował w oparciu o banały codzienności, włączając rodzinę, znajomych i współczesność w serię bajkowych metamorfoz. Nigdy nie wiadomo, jak długo będzie miał chęć je podtrzymywać (bo o brak fantazji nie da się go podejrzewać), ale wystarczy zdać się na jego wyczucie. Od niechcenia zaczyna opowiadać o wróblu, który, aby zapomnieć o głodzie, wybiera się na mecz hokejowy, o słoniu, którego poczta omyłkowo dostarcza pajacykowi, o górze śmieci, która rozeszła się po świecie w obawie przed planowanym przez radę miejską podpaleniem, udaremniając tym samym plany francuskiej wyprawy wysokogórskiej… Feldek tą zwariowaną gmatwaniną udowadnia, że opowieść to żywioł, który można odkryć w najbardziej niepozornej sytuacji. I do tego wie, że komizm nie wyklucza refleksyjności.

    6. Przygody Pędrka Wyrzutka, Stefan Themerson (1951, pierwsze polskie wydanie 1958, ilustracje Franciszka Themerson)

    Czy to pies, czy to bies? Niewiadomoco, czyli Pędrek Wyrzutek.
    Czy to pies, czy to bies? Niewiadomoco, czyli Pędrek Wyrzutek.

    Małżeństwo Themersonów to oczywiście osobny rozdział. Ten wpis dotyczy jednego z efektów ich współpracy, czyli po prostu Pędrka Wyrzutka. Ha, czy aby tak po prostu, skoro Pędrek dla różnych stworzeń (włączając w to ludzkie) ujawnia cechy pozbawiające go jednoznacznego przyporządkowania: dla ludzi ma w sobie coś psiego, dla psów człowieczego, dla ryb słowiczego? Nie dziwi więc, że, poirytowany udzielającą się i jemu wątpliwością, udaje się do miasta, gdzie spodziewa się od najmądrzejszej osoby otrzymać odpowiedź na jakże trudne pytanie „Kto ja jestem?” I tak rozpoczyna się jego rozpisana na dziewięć rozdziałów wędrówka, przynosząca wiele intelektualnych zdumień, obnażeń, pułapek i psikusów.

    Śledząc fundamentalny dylemat Pędrka, nie mogłem oprzeć się włączeniu jego opartej na kolejnych spotkaniach historii do poszukiwań, prowadzonych już wcześniej przez Małego Księcia i wiadomą Alicję. Oczywiście w wydaniu Themersona nie mają one aż tak emocjonalnego i psychologicznego charakteru, prowadzone są w pobliżu filozofii języka, której komiczny potencjał dzieci odkrywają samoistnie, tworząc neologizmy i paradoksy, gramatykę naginając do reguł własnej gry, bawiąc się brzmieniem słów, układając absurdalne ciągi skojarzeniowe, wyliczenia i powtórzenia. W tym wszystkim mnożą się argumenty na to, że język niekoniecznie prowadzi nas do ostatecznych definicji, wokół których organizowane jest „dorosłe” życie oraz działalność różnych orzekających instytucji. Logika wywodów i rozmów, prowadzonych w surrealistycznym świecie Pędrka Wyrzutka, dowodzi tego w niewymuszony sposób.

    7. Bromba i inni, Maciej Wojtyszko (1975, w 2003 wydanie rozszerzone Bromba i inni (po latach także…), ilustracje autora)

    Jak dla mnie b(r)omba!
    Jak dla mnie b(r)omba!

    Dlaczego właśnie Brombę autor uczynił przedstawicielką owych „innych”? Dlaczego ją wymienił z imienia i obciążył obowiązkiem reprezentacyjnym? Może dlatego, że Bromba jest posiadaczką dokumentów potwierdzających jej zdolności miernicze, stąd wydaje się mieć najlepsze kwalifikacje do właściwej oceny wagi tegoż obowiązku. Czy zabiegany Pciuch, melancholijny Fikander, skromny Gluś, autotematyczny Psztymucel, ciekawski Gżdacz, cipiejący Fum byliby w równym stopniu świadomi (po)wagi tej funkcji? A może trzeba zaufać autorowi, który samą Brombę określa jako „najniezwyklejszą postać ze wszystkich postaci zwykłych i małych” zamieszkujących Naszą Okolicę. Niezależnie od powodów Bromba metodycznie od lat wyznacza (w końcu jest autorytetem w dziedzinie wszelkich pomiarów) w osobie autora książki poziom profesjonalnego i zaangażowanego podejścia do problemów „istot niezwykłych i rzadko widywanych”.

    Ta kieszonkowa książeczka jest wzorem kondensacji abstrakcyjnego myślenia, poetyckiej wrażliwości i filozoficznej zadumy. Czytelnikom zasmuconym zbyt małą ilością udostępnionych opowieści oferuje skorowidz, który z iście Brombiastą precyzją wyszczególnia dostępne zagadnienia, będące same w sobie możliwościami fabularnymi. Ja też się teraz nim posłużę, bo doprawdy nie wiem, w jakie słowa wdzięczności mam ubrać moje niewystarczające podziękowanie za uświadomienie mi bytności tak zwyczajnie niezwyczajnych istot. O, mam. Pod „O” zresztą. „Odpowiedni chrząknięciu charakter nadać” – s. 97. Zatem ekhem…

    Siedem barw tęczy, siedem dni tygodnia, siedem lat w Tybecie… Wypadałoby w takim razie zachować prawidłowość i zaprezentować jeszcze pięć podobnych siódemkowych zestawień, wiecie, 7×7… Moment. Gdzieś tam się już przewinęło, kto to kocha liczby. A dziś Dzień Dziecka. Zatem dość. Nie liczmy. A już na pewno nie lat. Czytajmy.

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x