Więcej

    Cudodziejska awanKura. Recenzja książki Sylwia Sylwester jest niecałopełnista

    KorektaLilavati

    sylwiacover

    Moja córka zarzuciła już (kiedy to się stało?) kompanię My Little Pony, Barbie, Littlest Pet Shop i Lego Friends. Podobny los spotkał czołową Disnejowską hostessę, czyli Dzwoneczka i towarzyszącą jej grupkę wróżek. Dlatego nieco żałuję, że nie mogę za pośrednictwem własnej latorośli sprawdzić podczas wieczorynkowych czytanek, czy wykazująca spore pokrewieństwo z ostatnią wymienioną bohaterką Sylwia Sylwester i towarzysząca jej z kolei paczka zdołałaby wywołać rumieniec ekscytacji i bezdech zbliżony do tych gwarantowanych niegdyś obcowaniem z którąkolwiek z wymienionych marek. Ale osobiście absolutnie nie odbieram takiej szansy Cudodziejkom. Cudodziejkom, czyli takim wróżkom, które czynią cuda, jak objaśnia swój neologizm Maciej Kur, scenarzysta komiksowy, debiutujący tym razem jako autor książeczki Sylwia Sylwester jest niecałopełnista. Ja zaś, aby zapobiec niecałopełnistości recenzji, zacznę ją upełniomocniać.

    Sylwia jest jedną z młodszych, nieprzysposobionych jeszcze do samodzielnego życia mieszkanek przypominającego olbrzymi dąb cudodziejskiego dworku. Wraz z koleżankami – Śmieszynką, Niezapominajką, Speszką, Termilką, Samowierzką i Lucyferetką – poddawana jest przez starsze cudodziejki edukacji obejmującej zarówno sztukę cudodziejstwa, jak i znane wszystkim uczniom standardowe przedmioty. I może właśnie ta powszednia pula wiedzy powoduje, że życiu młodszych cudodziejek towarzyszą równie powszednie perypetie, czyli nierówny przydział sympatii, jaką obdziela się koleżanki i wychowawców, celowo i niechcący uczynione psoty, niewinne plotki i ujawniające się kompleksy, wyciąganie do wszystkich pomocnej dłoni, której zdarza się wyświadczyć niedźwiedzią przysługę… Krótko mówiąc – witamy w świecie potwierdzania wyjątkowości i poszukiwania akceptacji!

    sylwia1

    Te zabiegi wiążą się z problemem tytułowej „niecałopełnistości”, która, wspomniana przez dyrektorkę cudodziejskiego dworku, Dezyderatkę, w kontekście jednej z uczennic, staje się powodem dociekań Sylwii i Śmieszynki: kto jest nią dotknięty? Kto jest, mówiąc bardziej ludzkim językiem, „wybrakowany”? Zanim pytanie znajdzie odpowiedź i odsłoni przesłanie nie odbiegające poziomem od satysfakcjonującego Disnejowskiego modelu, przeżyjemy z młodymi cudodziejkami kilka przygód zapewniających odpowiedni dla całopełnistości fabuły (i docelowego młodszego czytelnika/czytelniczki) przekrój emocjonalny.

    Kur, zgodnie z tym, do czego przyzwyczaił nas na kartach Lila i Puta, co rusz częstuje nas wielopostaciowym humorem, dostosowując go wszak do płci i wieku bohaterek. Jest subtelniej, na miarę wróżek, nie niziołków, co wyklucza pewną przaśność. Za to obszerniejszy od wypełniających komiksowe dymki tekst zostawia pole dla obfitszego humoru językowego, zwiększa ilość gier słownych spod znaku idiomatycznych dosłowności i dwuznaczności dzielących półkę z kanonicznymi gagami Tadeusza Baranowskiego (pod tym względem prawdziwym majstersztykiem jest fragment, w którym Sylwia udaje się po radę do Idiomki) i daje pohulać cudodziejskiemu idiolektowi (czasem wręcz prosi się o więcej), przypominającemu język Wielkomiluda z powieści Roalda Dahla i tak też bliskiemu dziecięcej słowotwórczej inwencji (jeśli zaś chcemy nobilitować te zabiegi, to nietrudno znaleźć związek z poetyckimi poszukiwaniami futurystów, hem hem). Imiona bohaterek, firma „Merkurier” czy „dyszenie maratończyka” jako składnik mikstury to „faktonamacalne” dowody dowcipu, który przydaje ogromu czytelniczej frajdy niespecjalnie wyszukanym, ale budzącym sympatię przygodom cudodziejek.

    sylwia2

    Wątek tajemniczej „niecałopełnistości” nie podporządkowuje sobie fabuły, a raczej towarzyszy mimochodem historiom, mogącym spokojnie funkcjonować w oderwaniu od tej linii – wymigiwanie się od karnych zadań szkolnych, próby udomowienia spotkanego cudacznego stwora, chęć rozweselenia przyjaciółki, współczesna wariacja Kopciuszka. Widzę w tym przeniesienie komiksowego myślenia autora, który nie tak dawno zaczął rozwijać swoje pomysły do dłuższych fabuł (Czarująca panna młoda w serii Lil i Put oraz Królewska konna, najnowsza odsłona przygód Kajka i Kokosza, która ukazała się przecież po recenzowanej Sylwii), z dużą swobodą operując krótszą formą. Nie jest to jednak zarzut pod adresem perypetii czytelnie odsłaniających charaktery psiapsiółek. Po prostu doceniając poszczególne epizody, chciałoby się, aby wspólny wątek, skoro już nadaje tytuł całości, zaistniał w tym układzie dobitniej. Wobec takiego braku nie widzę absolutnie potrzeby reklamowania książki sloganami zapowiadającymi „przerażający sekret” i „zawikłane śledztwo”. Czyta się dobrze i bez tych przesadzonych wskazówek nawigacyjnych.

    Ogląda się za to nieco słabiej. Komputerowe ilustracje Ewy Kossowskiej nieodmiennie niosą skojarzenie z estetyką kreskówek My Little Pony czy Littlest Pet Shop. Są ładne, zachowują znany dzieciom (zwłaszcza dziewczynkom) kartonowy styl, ale pozbawiają propozycję oryginalności. W zestawieniu z uznanymi na rynku tytułami automatycznie robi to wrażenie kopii, próbującej zwiększyć sobie tym sposobem szanse powodzenia na rynku wydawniczym. Do tego dochodzi samo wydanie, za które odpowiedzialne jest szerzej nieznane Beelieve publishing, w moim odczuciu załatwiające pisarski debiut Kura po taniości. Broszurowe wydanie formatem, gęstością i układem tekstu na stronie oraz rozmieszczeniem ilustracji realizuje co najwyżej standardy, jakimi wydawnictwo Siedmioróg od lat posługuje się w swojej ofercie lektur szkolnych. Nie jest samo w sobie reklamą. Szkoda.

    sylwia3

    Niestety równie nieciekawie przedstawia się kwestia samej redakcji i korekty. Może do wspomnianej przez autora w posłowiu Idiomki wprosił się pod pozorem gramatycznej konsultacji chochlik drukarski i napsował coniecaszczo zbyt swawolniście w jej pracy? Bo o tak rażące przykłady niepoprawności, jak „do póty” czy „tępo” zamiast „tempo” nie podejrzewałbym wykształconej polonistycznie cudodziejki.

    Zżymam się na te przykłady „niecałopełnistości” książki, bo kipiące humorem i inspirujące językowo przygody Sylwii mogą pomyślnie współzawodniczyć na polskim gruncie z wróżkami Disneya i kucykami Hasbro. Dlatego cudodziejskie „dowidzimisienia”, którym autor zamyka posłowie, odbieram z kciukotrzymaszczym dopingiem jako zapowiedź ponownego spotkania w bardziej całopełnistym kształcie.

    Wydawnictwu Beelieve publishing całopełniście dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Sylwia Sylwester jest niecałopełnista
    Wydawnictwo: Beelieve publishing
    Autor: Maciej Kur
    Ilustracje: Ewa Kossowska
    Typ: Książka dla dzieci
    Gatunek: Fantasy
    Data premiery: 19.12.2018 r.
    Liczba stron: 106

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + wartościowa rodzima alternatywa dla kucyków i księżniczek
    + mnóstwo różnorodnego, zawsze błyskotliwego humoru
    + dobrze skrojona grupa bohaterek
    + pozytywne przesłanie przedstawionych problemów

    Minusy:
    - przeciętny poziom wydania
    - nienajlepszy skład, redakcja, korekta
    - wtórność ilustracji

    Dodaj komentarz

    avatar
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.