SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Bob po kres Wszechświata. Recenzja książki Nasze imię Legion, nasze imię Bob

    Okładka polskiego wydania Nasze imię legion, nasze imię Bob

    Tęsknicie za hard science fiction? Takim naprawdę nerdowskim, chociaż niekoniecznie wypełnionym technicznymi szczegółami? Zajrzyjcie do Bobiverse, bo to właśnie coś dla was.

    Bob jest inżynierem, konkretnie programistą, i właśnie zmierza na konwent fantastyki. Chce posłuchać o eksploracji kosmosu – to pieśń przyszłości, ale pomarzyć zawsze warto, zwłaszcza nad schematami sond.  Przecież kiedyś znowu wyślemy ludzi poza naszą małą, zanieczyszczoną, uwikłaną w wewnętrzne konflikty planetkę. I wtedy zacznie się prawdziwy Star Trek!

    Chociaż kolejne rozdziały książki są poprzedzone cytatami z prelekcji, na które wybierał się Bob, on sam nigdy nie dotarł na konwent. W XXI wieku miał strasznego pecha, ale w XXII wygrał sporo. Umarł przechodząc przez ulicę, żeby powrócić po jakichś stu latach jako sztuczna inteligencja. Czy, ściślej mówiąc, „replikant” – kopia siebie samego z chwili śmierci.

    Jeśli spodziewacie się poważnej dawki filozofii, chociaż wątpliwości, jakiegoś Łowcy androidów, to nie ten gatunek. Bob w pewnym momencie podejmuje wysiłek ontologicznej refleksji nad swoją sytuacją, ale robi to w tak ekspresowym stylu, że ten fragment książki jest wręcz groteskowy. Na obronę autora powiem tylko, że gdyby stworzyć naprawdę idealną kopię dowolnej osoby, samoświadomą i choć trochę samodzielną, na pewno czułaby się sobą – bez względu na definicje. Poczucie ja jest jednym z głębiej zakorzenionych w naszych umysłach wrażeń czy stanów, słabo poddaje się introspekcji. Więc nawet jeśli filozofia i kognitywistyka badają je na wszystkie sposoby, dla przeciętnego przedstawiciela naszego gatunku ono sobie po prostu jest. Z kolei zaburzenia tego mechanizmu doprowadzają do przedziwnych, trudnych do wyleczenia stanów. Bob przynajmniej tego problemu nie ma.

    Poza odzyskaną samoświadomością nie jest u niego aż tak różowo. Przestał być niezależny, bo nie dość, że wymaga rozbudowanej infrastruktury, żeby istnieć, to stał się własnością państwa. To już nie „stare dobre USA”, ale jego nieżyczliwy potomek kojarzący się z Gileadem. Nazywa się WIARA (książka jest pełna kuriozalnych, świetnie przetłumaczonych skrótowców) i poza utrzymaniem żelazną ręką jedynej słusznej pobożności (ma nawet Ministerstwo Prawdy) podjął się misji wysłania w kosmos inteligentnej sondy. Czyli Boba.

    Oryginalne okładki serii Bobiverse. Tu w wersji audio

    Początek Nasze imię legion jest pełen akcji, ale kiedy Bob wydostaje się poza orbitę, zaczyna się spokojniejsze hard science fiction. Zadaniem sondy jest znalezienie planet nadających się do życia, Najlepiej, żeby bez większych modyfikacji można było wysłać na nie kolonistów. Pierwszym celem sztucznego nerda są słońca gwiazdozbioru Erydanu, gdzie, tak się przypadkiem składa, krążyły w innym uniwersum Wolkan i Romulus. Uwaga, Bobiverse jest pełen odniesień do popkultury i ironii. Ktoś z bookstagramu powiedział o tej książce, że brzmi, jakby napisał ją programista – owszem, ton jest w większości rzeczowy i oszczędny, ratują go właśnie sarkazm i okazjonalne suchary. Bob trochę sam się podśmiechuje ze swoich fantastycznych skojarzeń (narracja jest pierwszoosobowa), ale jak każdy z nas, bez nich zwyczajnie nie byłby sobą.

    Bibiverse nie jest znaną, popularną serią, tym większe uznanie należy się wydawnictwu Mag, że postanowił ją wprowadzić na nasz rynek. Z tego, co widzę, czytając drugi tom w oryginale, tłumaczenie Wojciecha M. Próchniewicza jest bardzo dobre, zwłaszcza jeśli chodzi o skrótowce i popkulturę. Może nie ma tu tyle pola do popisu, co Szmidt spolszczający Królów Wyldu, ale zrobił dobrą robotę. Książkę czyta się płynnie, wciąga, humor jest w niej wyraźnie obecny, podobnie jak dystans Boba do samego siebie i innych ludzi.

    Bobiverse to znacznie prostsze hard science fiction niż trylogia Liu Cixina, bliżej mu pewnie do Zaginionej floty Cmapbella czy klasyków opowiadających o eksploracji kosmosu. Nie ma tu elementów horroru, to nie Obcy, może faktycznie Star Trek jest tu najbliższym odniesieniem, jak sugeruje sam narrator. To, co opisałam w recenzji, nie obejmuje nawet połowy fabuły – świat pojedynczego replikanta znacznie się w Nasze imię legion powiększy i skomplikuje – ale to już byłby spojler.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Nasze imię legion, nasze imię Bob
    Wydawnictwo: Wydawnictwo Mag
    Autor: Dennis E. Taylor
    Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
    Typ: Książka
    Gatunek: science fiction
    Data premiery: 2020 (Polska), 2016 (pierwsze wydanie)

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + porządne hard science fiction
    + oszczędny styl, ale pełen ironicznego humoru
    + naprawdę nerdowska narracja

    Minusy:
    - brak głębszych filozoficznych rozważań

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    1 Komentarz
    najstarszy
    najnowszy oceniany
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Maciek
    Maciek
    5 miesięcy temu

    Minusy:
    – brak głębszych filozoficznych rozważań
    Plusy
    – brak głębszych filozoficznych rozważań
    😉

    Agnieszka „Fushikoma” Czoska
    Agnieszka „Fushikoma” Czoska
    Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).

    1
    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x