SIEĆ NERDHEIM:

Kosmiczna niekompetencja. Recenzja komiksu Sztuczna inteligencja

Statek musi wyglądać na zużyty, rozumiesz, dla dramatyzmu.

Mam na tapecie w sumie cztery komiksy napisane przez Jeffa Lemire, więc zacznę od tego, który raczej nie zapadnie mi w pamięć. „Ale jak to?” – zapyta część z was, przecież to autor kultowy już, twórca tego i siamtego jakości niepospolitej. Prawda to, uwielbiam go za napisanie kilku tytułów z absolutnego piedestału mojej biblioteczki, ale gdy spojrzymy na całą jego bibliografię, pozycji najwyżej średnich będzie… (chwila, podliczam). Całkiem mało? Co to ma być, byłem przecież przekonany, że Lemire nie jest już pewną marką, a teraz przeglądam jego dzieła i w większości są to sztosy. Skąd więc nieporozumienie?

Sztuczna inteligencja to opowieść o ludzkości opowiedziana z perspektywy malutkiego jej ułamka. Ten malutki ułamek, wyrwany dodatkowo z ledwo większej grupy, to nieporadne (choć nie do końca) gówniaki uwięzione w kosmosie na pokładzie statku. Typowe dla dorosłych przedstawicieli naszego gatunku podziały społeczno-ideologiczne skutkują bowiem sytuacją, w której na kolonizacyjnym frachtowcu niemalże jednocześnie kopią w kalendarz wszyscy załoganci mający już za sobą okres pokwitania. Doomowe przedszkole pozostaje jedynie pod opieką tytułowej sztucznej inteligencji, a problemy znane wychowawcom nauczania wczesnoszkolnego nie będą jedynym zagrożeniem na pokładzie USS Montgomery.

Jakby mało wam było dramatyzmu, tak się wszystko zaczyna.

Pomysł kapitalny! Skrajnie ludzki, sztuczny twór musi spełnić rolę, do której (pomimo ogromnej mocy obliczeniowej) nikt go tak do końca nie przygotował? Valarie, czyli właśnie ta rzeczona sztuczna inteligencja, ma twardy orzech do zgryzienia. Co wyrośnie z dzieciaków wychowanych w takich warunkach? Jak rozwiną się ich relacje? Jak nastawieni będą do innych ludzi w przyszłości? Jaką postawę przyjmą względem konfliktu, który odebrał im rodziców? Sztuczna inteligencja… nie odpowiada na żadne z tych pytań. Zwyczajnie nie ma na to miejsca i nawet nie próbuje zmierzać narracją w te strony. Akcja dzieje się wyłącznie tu i teraz, intensywny spór pomiędzy niektórymi niedorostkami rozwiązuje się praktycznie sam. Najbardziej jednak przeszkadza mi fakt, że jedno z teoretycznie największych osiągnięć technologii, sztuczny byt potencjalnie stworzony w celu ogarnięcia sytuacji skrajnie przejebanych, wypada na stronach tego komiksu jak nieporadna sierota. Valarie jest jak człowiek, człowiek, który nakłamał w CV i musi z podstawowym wykształceniem dłubać w fizyce kwantowej.

Wracając do myśli rozpoczętej we wstępie, to konkretnie dzieło Lemire’a wypierdziela się na tej samej kłodzie, która przesłoniła drogę do doskonałości kilku innym z jego scenariuszy. Facet skupia się na sentymentalizmie tak mocno, że zapomina totalnie, o czym tak właściwie chciałby pisać. Czemu w niektórych komiksach to działa? A wystarczy najpierw nie zainteresować za bardzo czytelnika światem, którego nie mamy ochoty kontynuować. Wystarczy powstrzymać się przed sypaniem pomysłami porzuconymi kilka stron dalej. Drugą opcją jest znalezienie równowagi między worldbuildingiem i uczuciami, jak to było w przypadku Gideon Falls i Czarnego młota. Lemire albo skupia całą uwagę na wyciskaniu łez, albo z tą swoją tendencją trafia w narrację, której ten ograniczony horyzont absolutnie nie szkodzi, wręcz przeciwnie. To ostatnie, na całe szczęście, dotyczy większości jego roboty autorskiej. Sztuczna inteligencja do tego grona nie należy.

Rozumiem utrzymanie palety barw, ale te owoce nie wyglądają zdrowo.

Z drugiej strony trochę aż mi głupio tak ten komiks krytykować, czuję się z tym pieniactwem jak szkolny prześladowca, dureń gnębiący piszącego wiersze wrażliwca. Totalnie wolałbym dostać od Lemire’a jakieś średnie superhero, nie byłoby poczucia winy. To głównie dlatego, że Sztuczna inteligencja to wciąż typowy komiks tego autora z serii tych nie powstałych pod przymusem wielkiego wydawnictwa. To opowieść napisana z sercem, z chęcią rozmyślania o tematach trudnych i ważnych. Czasu z bohaterami dostajemy niewiele, ale pomimo to ich relacje urzekają balansowaniem w tym ciekawym obszarze pomiędzy smutkiem i uroczością. Nie znam się na dzieciach i już miałem narzekać, że coś zbyt dorośle się te maluchy zachowują w okolicznościach potencjalnie miażdżących dla nieporównywalnie bardziej doświadczonych umysłów, ale przecież takie właśnie są często pokurcze. Zaskakują nas świadomością sytuacji i niesamowicie szybko potrafią dostosować się do nowych warunków, chłonąc przy okazji wiedzę jak banda wysuszonych gąbek. Gdybym miał oceniać ten komiks jedynie na podstawie tej płaszczyzny psychologicznej i społecznej, dałbym mu pionę z plusem.

Bez żadnego ale na wysoką ocenę zasługuje na szczęście graficzna robota Gabriela Walta. Uwielbiam komiksy, które nie starają się na siłę iść w wizualny realizm, ale przy okazji nie mają problemu z utrzymaniem autentyczności w mocno poważnym klimacie. Choć dużo łatwiej takie klocki układać przy fabułach zdecydowanie lżejszych, Walta osadza powagę w tej komiksowości za pomocą statecznych kadrów i ponurej kolorystyki. Krechy są grube i wyraźne tam, gdzie jest to potrzebne, ale nie brakuje też pustych przestrzeni. To podkreśla szczegóły, stosunkowo wyjątkowy, zaokrąglony design fantazyjnej technologii. Przy okazji te wszystkie kontury, choć wyraziste, często są jakby delikatnie niepewne, co nadaje całej oprawie naturalnej organiczności. Artystyczna cyfrowość zabiłaby ten komiks, Walta całkowicie oddalił nas od tego ryzyka.

Dobra, ale o co chodzi z tymi lewitującymi kulami? Futurystyczne baloniki?

Zawsze mi przykro biadolić nad dziełami ulubionych autorów. Czuję się trochę tak, jakbym dobremu przyjacielowi i totalnemu pasjonatowi przy okazji musiał delikatnie wytłumaczyć, czemu jego najnowszy karmnik dla ptaków prędzej nadawałby się na narzędzie tortur. Jak widać jednak, z delikatnością jest mi trochę na bakier i jak już narzekam, to po całości. Dlatego musicie mieć świadomość, że ten wyjątkowy sznyt Jeffa Lemire i odczuwalne w Sztucznej inteligencji serce są elementami bardzo wyrazistymi. W innym przypadku w ogóle bym o nich nie wspomniał. W połączeniu z doskonałą warstwą graficzną robią z tego komiksu coś, co kompleciści tego scenarzysty mogą z umiarkowanym zadowoleniem postawić na półce. Cała reszta powinna przeczytać sobie najpierw coś innego, na przykład Twardziela, wspomniany już Czarny młot, Opowieści z hrabstwa Essex, albo świeżutkiego Pierwotnego. Jest spora szansa, że wtedy też staną się komplecistami i wrócimy do punktu wyjścia.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Sztuczna inteligencja
Wydawnictwo: Mucha Comics
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Gabriel Walta
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Typ: komiks
Gatunek: science-fiction, obyczajowy
Data premiery: 14.07.2022
Liczba stron: 168
ISBN: 978-83-66589-82-7

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Mam na tapecie w sumie cztery komiksy napisane przez Jeffa Lemire, więc zacznę od tego, który raczej nie zapadnie mi w pamięć. „Ale jak to?” – zapyta część z was, przecież to autor kultowy już, twórca tego i siamtego jakości niepospolitej. Prawda to, uwielbiam...Kosmiczna niekompetencja. Recenzja komiksu Sztuczna inteligencja
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki