SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Kropla drąży kielich. Recenzja komiksu poetyckiego Żółć

    Nie róbcie tego w domu? Jasne...
    Nie róbcie tego w domu? Jasne…

    „Niektórzy lubią poezję” – wspominam hasło, które dało początek jednej z najbardziej rozpoznawalnych dygresji na temat istoty tejże. Wisława Szymborska swoją spokojną analizę tematu kończy wyznaniem i gestem zdradzającymi istotę wątpliwości – niewiedzę i kurczowość, z jaką utrzymujemy się na powierzchni wrażeń, z niedowierzaniem, lękiem, wstydem odkrywając ich głębię. To świadomość, która nie pozwala sprowadzić wrażliwości do poziomu stereotypowych odczytań piękna, harmonii oraz kulturalnie doprawionej konwersacji.

    Niektórzy lubią komiksy – i tych osób dziś w Polsce zdaje się być więcej niż miłośników poezji (a może są po prostu lepiej widoczni). Chętnie rozbiłbym to zdanie wzorem przywołanej noblistki, ale niech każdy czytelnik komiksów uczyni to samodzielnie, określając się względem znaczenia tych zaledwie trzech słów. Jest tyle możliwych poziomów określania przynależności grupowej i stopnia „lubienia”, że o terminologicznych ekstremistach i samozwańczych obrońcach Jedynej Słusznej Formy nie wspomnę. Ja, parafrazując, „trzymam się kadru jak zbawiennej poręczy” (podobnie jak i każdej niewiedzy, nie tylko poetyckiej).

    Łukasz Gamrot w debiutanckiej Żółci postanowił połączyć oba sposoby ekspresji. W tym celu zaprosił do współpracy grafika, Artura Denysa. Za tym zabiegiem, jak sam autor wyznaje w jednym z towarzyszących publikacji wywiadów, stoi „prostacki pomysł”, mający zwiększyć wyjściową liczbę zainteresowanych odbiorców. Bo przecież poezji, według Gamrota, nikt dziś nie czyta. Tak bezpośrednio określoną strategię wydawniczą można byłoby bez wyrzutów sumienia posądzić o hucpiarstwo czy ambicje właściwe wołaniom dobiegającym z pustyni/puszczy, ale…

    Jeszcze na moment zawieszę głos, by wspomnieć słowa Krzysztofa Vargi z pochodzącego sprzed wielu lat felietonu, kiedy to w Polsce komiks zaczynał dobijać się do szerszej (i, jakkolwiek to dla was zabrzmi, „wykształceńszej”) publiczności. Pisarz zdecydowanie wspierał pełnoprawność nowego medium na polu sztuki, deklarując, że lepszy dobry komiks niż słaby tomik poezji. Dziś takie rozróżnienie nie rozbija się już o środki wyrazu, a o wartość i siłę przekazu. I słusznie.

    Widzenie w szkarłacie.
    Widzenie w szkarłacie.

    Dlatego też nie postrzegam Żółci jako przełomowego eksperymentu z zakresu syntezy sztuk, bo to praktyka o wielowiekowej tradycji, zaś na gruncie polskiego komiksu wystarczy w związku z nią wspomnieć udane edycje projektu „Komiks wierszem” Biura Literackiego czy stałą rubrykę „Komiks liryczny” w kwartalniku Przekrój. Odbieram tomik Gamrota jako poruszający i dojrzały debiut (wręcz długodojrzewający, bo sam autor oraz zaproszony do napisania posłowia, znany środowisku poetyckich slamerów Dawid Koteja mówią o dekadzie, jaka upłynęła od niewydania recenzowanej książki) wzbogacony o warstwę graficzną, wspomagającą go naocznością obrazów.

    Są one wszak podległe wcześniejszym od nich słowom, a te z kolei wrażeniom, które autor zdecydował się za ich pośrednictwem wyrazić. Pojemność emocjonalna poetyckich obrazów w Żółci jest po pierwsze ogromna. Odpowiada rozmiarom przestrzeni miejskiej i medialnej, z których sączą się dosłowne i metaforyczne ścieki. Po drugie jest ściśle związana z elastycznością skanalizowanego układu, jakim staje się przed nami autor wierszy. To układ oddający stan niedrożności, skurczów i zadławień wywołanych nadmierną przepustowością, ale i obkurczenia, zgorzeli, spękania, za które odpowiedzialny jest suchy gorący wiew. Dwa żywioły – powietrza i ognia – w zurbanizowanej postaci wyziewów, dymów, oparów lotnych i żrących substancji przedostają się do ciała. To zaś jest już toczone własnym pożarem i łaknieniem dwu pozostałych – wody i ziemi. Ciągła inhalacja i głód powodują, że przemawia jak własność mimowolnego ascety i brzuchomówcy, który dobrze przetrawił każde słowo, puściwszy je w krwiobieg i rozpuściwszy najpierw w żółci.

    Nie spodziewałem się, że z tych turpistycznych krajobrazów wyłoni się coś oszczędnie subtelnego i substancjalnego, a przecież tak to ostatecznie widzę (i to niekoniecznie dzięki wsparciu grafik Denysa). Wielkim sukcesem Gamrota jest to, co dla poezji pozostaje warunkiem skutecznego oddziaływania: zderzanie znaczeń w taki sposób, by czytelnikowi nie towarzyszyło poczucie uczestnictwa w crash teście. Mój odbiór składających się na Żółć 22 wierszy naznaczyła podskórnie estetyka zbrukanych żywiołów, czemu autor pomógł wyrazistą metaforyką skupioną wokół ludzkiej fizjologii i atawizmów – to zduszona kasłaniem, warczeniem artykulacja na otwartym gardle.

    Perła, pęcherz, pot?
    Perła, pęcherz, pot?

    Idąc zaś tropem tytułowej wydzieliny, pozwolę sobie odesłać czytelnika jeszcze dalej, niżby może sobie życzył autor omawianej poezji, bo do protonaukowej fizjologii humoralnej, bliskiej tak „poetyckim” z dzisiejszej perspektywy dziedzinom jak alchemia czy astrologia. Krew i żółć, uparcie powracające w kolejnych wersach, są według koncepcji humorów przypisane odpowiednio dzieciństwu i młodości, powietrzu i ogniowi, wilgoci i ciepłu, wiośnie i latu. To wszystko znajdziemy w wyznaniach i obserwacjach Gamrota. I nie sposób odmówić przynajmniej symbolicznej słuszności temu opracowanemu przed stuleciami systemowi, który próbował zdefiniować to, czym dziś zajmuje się medycyna zarówno w psychologicznym, jak i fizjologicznym wymiarze. Czy jednak zaawansowana specjalizacja nauk rozwikłała problem owej pożądanej dla wszelkiego zdrowia równowagi? Poezja rozwiązuje go od zawsze inaczej – uświadamiając, jak łatwo nią zachwiać, i pomagając oswajać niepewność oparcia (owej „zbawiennej poręczy”) również w niechcianych momentach braku oraz przepełnienia.

    Te zaś towarzyszą wierszom Gamrota z boleśnie zmysłową intensywnością. Weźmy choćby linijki z Czystej ziemi: „W takie noce marzę, że wypiłem cię do dna, / a dno wyje we mnie, choć czysto wokół i wywieźli ciało”. Albo z Odpływu: „Strach to bardzo długie schody w dół, / kiedy wiesz, że nie możesz się odwrócić / i wrócić, a czas jak oleista maź / przelewa się we wciąż stygnących kościach i zimach”. To relacje obiektu, wokół którego płyną pasma wrażeń. Ich wniknięcie weń nie niesie symbolicznej odnowy; chociaż dokonują obfitych obmyć i namaszczeń, nie pomagają w zasklepieniu ran. W tej rozżarzonej, kleistej cieczy więźnie puls i oddech. I to wstrzymanie odruchowej miary życia czuć z całym wobec tego sprzeciwem oraz bezradnością. Widzę w tym wiwisekcyjnym nastroju i obcowaniu z piekielną miejską przestrzenią coś bliskiego poezji Bursy (szczególnie w Wypasie czy Piosence o dojrzewaniu).

    Co zaś widzę w graficznych interpretacjach samych wierszy? Potwierdzenie tego, co o preferencjach grafika mówi jego zamieszczony w książce biogram: „gruba linia, mocny kolor i synteza”. Z pewnością przydają całości współczesnego, „zdigitalizowanego” charakteru, zwiększają wrażenie dystansu i sprowadzonej do niskiej rozdzielczości przestrzeni, co mniej lub bardziej odpowiada poszczególnym poetyckim obrazom. Samodzielnie nie mają jednak dla mnie ich siły wyrazu, najmocniej oddziałują oczywistym zestawieniem kolorów (głównie czerwieni i czerni; paletę rozjaśniają cieliste beże oraz betonowe szarości) i płaskością. W kontekście komiksowej narracji najlepiej wypadają I pieśń otwarcia oraz Głód.

    Rozbieranie do snu A.D. 2020.
    Rozbieranie do snu A.D. 2020.

    Dla podsumowania wrażeń z lektury Żółci odniosę się raz jeszcze do słów Vargi. Debiut Gamrota z pewnością jest dobrym tomikiem wierszy i przede wszystkim nim, nie zaś komiksem, zostaje. Jeśli zaś owa próba przeniesienia jego zawartości w obręb kadrów zainteresuje poezją szersze grono czytelników, to nie mam nic przeciwko. Z tym że wiadomo – nawet najlepsza poezja nie nobilituje automatycznie dedykowanych jej graficznych impresji.

    Łódzkiemu Oddziałowi Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz autorowi serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Żółć
    Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi
    Autor: Łukasz Gamrot
    Rysunki: Artur Denys
    Typ: komiks poetycki
    Data premiery: 13.12.2020
    Liczba stron: 88

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    +wartościowy debiut poetycki
    +dojrzały głos pokoleniowy
    +emocjonalna siła
    +próba połączenia języka poezji i komiksu...

    Minusy:
    -...nie do końca udana

    komentarze

    guest
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.