SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    U brzegu rozpaczy, na morzu życia. Recenzja komiksu Odyseja Hakima. 2. Z Turcji do Grecji

    Turecka plaża nocą.
    Turecka plaża nocą.

    Na kontynuację Odysei Hakima czekałem w napięciu, które podziela chyba każdy czytelnik pierwszego tomu. Z jednej strony życiorys tytułowego uchodźcy poruszył mnie i przeraził, z drugiej świadomość, że jest on tylko przykładem pośród kolosalnej liczby tych, które złączył wspólny los emigrantów, podniosła te uczucia do potęgi. Którego stopnia? Nie wiem. Wiem natomiast, że to nie koniec tego procesu, przewrotnie naznaczonego logiką matematycznych działań, bo przecież Hakim nie zakończył jeszcze swojej podróży. A jeśli będą nią w dalszym ciągu kierować równie, zdawałoby się, nieprawdopodobne kombinacje rachunku prawdopodobieństwa, to suma wrażeń…

    Wybaczcie zagęszczenie terminów związanych z terytorium królowej nauk, ale autor komiksu, Fabien Toulmé, pośród pobudek, jakie skłoniły go do upowszechnienia historii młodego Syryjczyka, na początku pierwszego tomu podaje właśnie pewne liczbowe zestawienie (niezaznajomionych z nim zapraszam tutaj https://nerdheim.pl/post/recenzja-komiksu-odyseja-hakima-1-z-syrii-do-turcji/). I jest to powtarzana od wieków przez wielu myślicieli operacja, która, choć nie przyniosła rozwiązania kwestii towarzyszących ludzkości konfliktów, powoduje, że nie tracimy poczucia życiowej niewiadomej. Za nią może zaś kryć się wszystko.

    Grozy tych możliwości doświadcza co rusz nasz bohater. A nawet „superbohater”, jak nazywa go córka autora komiksu, gdy wysłuchuje od ojca skróconej wersji przedstawionych w pierwszym tomie losów Hakima podczas przejazdu samochodem do mieszkania uchodźcy (bardzo udany zabieg graficzny), gdzie Fabien ma nagrywać dalszą ich część. I po zapoznaniu się z już rysunkową wersją tej relacji nie można dziewczynce zarzucić przesady. Wręcz nie wypada zaprzeczyć słuszności narzucającego się za sprawą medium automatycznego skojarzenia: komiks = superbohater.

    Głodni opowieści? Niesyci wrażeń?
    Głodni opowieści? Niesyci wrażeń?

    Taką na poły żartobliwą nominację osoby Hakima uzasadniają konsekwentnie dalsze etapy jego podróży, której finał, jakim jest przybycie do Francji, znamy przecież już od początku. A jednak, podążając za rekonstruowaną historią, nie byłem w stanie tonować reakcji w zgodzie z tą wiedzą. Zamiast „Spokojnie, wszystko przecież dobrze się skończy” niezawodnie pojawiało się „Nie wierzę… i co teraz?” Bo jak też rysują się perspektywy młodego, oczekującego dziecka małżeństwa uchodźców w Turcji?

    Hakim ima się doraźnych zajęć, w równym stopniu dowodząc swojej zaradności i doświadczając zwątpienia. Brak stabilizacji i odczuwalne dla obcokrajowców napięcie społeczne wymuszają dalszą migrację – jej pomysłodawcą i organizatorem jest teść Hakima, któremu fałszywy paszport umożliwia przedostanie się do Francji, gdzie, już legalną drogą, chce ściągnąć resztę rodziny. O ile przepisy uwzględniają w tym wypadku córkę (gdyż nie jest jeszcze pełnoletnia), to już nie jej męża i dziecko. Najmeh rozstaje się z mężem i półrocznym synkiem Hadim, wierząc, że w ten sposób przyspieszy ich przybycie. Czas, jakiego prawne procedury potrzebują dla pełnego przebiegu, nie mierzy się jednak kategorią tęsknoty, a cierpliwości, której niepojęty przykład daje osamotniony (i niedoświadczony) ojciec. Na zabiegach o zezwolenie na przyjazd upływają kolejne miesiące, nieobjęte poprzedzającą rozstanie kalkulacją. Aż wreszcie złożone w instytucjach zaufanie wyczerpuje się i Hakim dokonuje wyboru, z którego ryzykowności zda sobie w pełni sprawę, gdy znajdzie się wraz z synkiem w pontonie, kierującym się z Izmiru na wyspę Samos.

    Czy za oknem lepsze widoki na przyszłość?
    Czy za oknem lepsze widoki na przyszłość?

    Niemal cały drugi tom Odysei Hakima przedstawia walkę bohatera z przeciwnościami jako męża rozłączonego z żoną, ale przede wszystkim ojca postawionego w kompletnie obcej dla jego kultury sytuacji (wymowna scena w gronie pouczających rodaków). Uczący się rodzicielstwa Hakim wzrusza w codziennych sytuacjach, a przełomowa dla dalszych wydarzeń decyzja, czyniąca go odpowiedzialnym za życie syna, zbliża bohatera do niewymagającego komentarza dramatu, którego powtarzający się smutny finał już wielokrotnie relacjonowały media. W tym układzie rozwijającemu się na naszych oczach Hadiemu nie przypada wszak rola statysty – jest pełnoprawnym bohaterem, a jego reakcje wywołują zarówno uśmiech, jak i dalekie od ckliwości wzruszenie.

    Toulmé, podchodzący do swojej roli sprawozdawcy z wielką pokorą i dyscypliną, odsłania przed nami szczegółowo wszystkie stopnie „biznesu rozpaczy”. Cały rozdział 10 to bezlitośnie szorstka rzeczywistość, ciągłe otarcia wynikające ze spotkań z osobami zaangażowanymi w nielegalne przeprawy przez Morze Śródziemne – taksówkarze, hotelarze, przewoźnicy działają właściwie otwarcie pod okiem lokalnych władz. Z ich usług i możliwości przedostania się do Europy nie korzystają tylko ci, którzy nie są w stanie za nie zapłacić. Gdy opowieść osiąga moment krytyczny, każde zdanie zdaje się posłuszne rozkazowi, jaki przemytnicy wydają uchodźcom „Będziecie musieli odciążyć się do maksimum”. I czytelnikowi autor podobnie zostawia oszczędne słowa, których treść i tak nieubłaganie ciąży.

    I czy wielkomiejskie powietrze służy?
    I czy wielkomiejskie powietrze służy?

    Równie oszczędna forma graficzna wciąż spełnia swoje zadanie bez zarzutu. W porównaniu z pierwszym tomem częściej pojawiają się całostronicowe, podkreślające wagę momentu kadry, ale przede wszystkim autor płynnie prowadzi nas przez zawiłości losu naszego (super)bohatera, zachowując to, co już w poprzedniej części zaważyło na charakterze narracji – autentyczność cytowanego głosu oraz czytelność przedstawionych za pomocą rysunku intencji i uczuć. Nie kryje sympatii, jaką darzy zwierzającego mu się człowieka – ich prowadzone w „realnym” czasie rozmowy (m.in. o pracy, pasji i konieczności związanych z nimi wyborów) poszerzają mikroskalę tych dwóch reprezentujących różne kultury osobowości, mimochodem ilustrując, że taki dialog jest możliwy, bo dotyczy niezmiennie ludzkiego wymiaru szczęścia i zagrożenia.

    Jeśli chcielibyśmy Odysei Hakima przypisać dokładniejsze analogie z eposem Homera, to znajdziemy je w tym tomie w całej obfitości. Najmeh może stać się wierną Penelopą, Hakim Odysem, malutki Hadi Telemachem, choć oczywiście względem oryginału to dość przewrotny. Tylko sama tułaczka jest obciążona podobnie fatalną klątwą. O rodzinę Hakima zdają się bezustannie walczyć pechowy traf i łut szczęścia, a stawki w tej rozgrywce rosną w godzącym w rozsądek tempie. Sam bohater na opisanie sytuacji, w których się znalazł, używa epitetu „surrealistyczne”. I to jest cholernie trafne określenie, bo w trakcie lektury ciężko pozbyć się wstydliwego niedowierzania, że TA rzeczywistość jest tak blisko.

    I cóż – podobnie jak pod koniec pierwszego tomu Toulmé doprowadza nas do strefy chwilowego ukojenia, pozwala nam wraz z bohaterem poczuć grunt pod nogami. Ale słowa Hakima znów przywracają nas do TEJ rzeczywistości: „W tamtej chwili myślałem, że przeżyłem właśnie najtrudniejszą chwilę w mojej tułaczce. Myliłem się”. I naprawdę trudno mi sobie wyobrazić kształt tej pomyłki. Napięcie i uczucia, jakie wynikły z towarzyszenia losom Hakima, ulegają dalszemu potęgowaniu.

    Wydawnictwu Non Stop Comics serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Odyseja Hakima. 2. Z Turcji do Grecji
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Scenariusz i rysunki: Fabien Toulmé
    Tłumaczenie: Wojciech Birek
    Typ: komiks
    Gatunek: dokumentalny/obyczajowy
    Data premiery: 08.06.2020
    Liczba stron: 258

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    +wszystkie zalety pierwszego tomu, w tym:
    +angażująca historia
    +sprawna narracja
    +autentyzm relacji
    +wzrost emocji

    Minusy:
    -niezmiennie brak

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x