SIEĆ NERDHEIM:

Bright side of the moon? Recenzja komiksu Moonshadow

A kuku, smyku!
A kuku, smyku!

„Czytanie oznacza zaciąganie pożyczek, a czerpanie z niego własnych pomysłów – ich spłatę”. Nie każdy czytelnik świadomie podejmuje zobowiązanie, jakim oświeceniowy myśliciel, Georg Christoph Lichtenberg, naznaczył podstawową szkolną umiejętność. Nie znaczy to też, że dzieła zawierające bezpośrednie wykazy inspiracji stają się przez to automatycznie bardziej wartościowe od tych, które wobec wierzycieli myśli zachowują większą anonimowość. Czytelnictwo sprawiedliwie udziela wszystkim swoim dłużnikom nieograniczonej swobody w zakresie terminu, wysokości i formy spłaty kredytu. Nie wysługuje się przy tym komornikiem innym niż sumienie, a i to zawezwanym na życzenie własne interesanta.

Na takiej pozycji znalazł się również w latach 80. John Marc DeMatteis. Ani okres terminowania w DC, ani zdobywanie kolejnych szlifów scenarzysty komiksowego przy taśmie produkcyjnej w Marvelowskiej fabryce cudów nie przyniosły mu satysfakcjonującego rozliczenia z tą częścią własnych pasji i ambicji, pośród której fundatorów znalazły się takie nazwiska jak Blake, Dickens, Barrie, Cervantes, Dostojewski czy Vonnegut. Oczywiście nie wyczerpuje to listy wierzycieli. Aż nadszedł rok 1985 i stało się – wystrzępiony plik weksli autor zaczął sukcesywnie spłacać za pośrednictwem Moonshadow, bohatera serii o tym samym tytule.

Etymologia imienia wiąże się jednak nie z erą komiksowych superbohaterów i dość ograniczonym repertuarem supermocy spożytkowanych w służbie ludzkości, a z Erą Wodnika i nieograniczonym zakresem myśli spożytkowanej w służbie własnej jaźni. Przynajmniej w pierwszej kolejności, gdyż życiorys Moonshadow zawiera w sobie wszystkie tęskne, błądzące, idealistyczne, naiwne, melancholijne wzorce, jakie powracają w nadziejach pokoleń marzycieli o zgodnej ostatecznie sumie życiowych doświadczeń. Nadziejach będących śmiesznie niepewnym kapitałem wobec dewaluujących je sceptycyzmu i cynizmu.

Fireball? Snowball? Pacman?
Fireball? Snowball? Pacman?

Moonshadow jako narrator jest już świadom (za)wartości owej skarbonki, dlatego jego retrospektywna opowieść łączy w sobie autoironiczny dystans i intymną tkliwość, gawędziarską rubaszność i mentorską retorykę, utrwalony wysiłek rzeźbiarza i momentalny balans linoskoczka. Ale o czym ona w ogóle traktuje?

Bohater od narodzin z kosmosem związany był bardziej literalnie niż przeciętny człowiek, gdyż przyszedł na wszechświat jako unikalny owoc związku Ziemianki, uprowadzonej z rodzimej planety w apogeum hippisowskiej kontrkultury, z przedstawicielem rasy G’L-Dosesów, kulistych enigmatycznych form obdarzonych potężną mocą sprawczą, którą to zwykły dysponować – według ludzkich kryteriów – w sposób kapryśny. Moonshadow dorasta w Kosmicznym Zoo w towarzystwie matki, człekokształtnego stwora Iry, wyglądającego jak Kuzyn Cosiek z Rodziny Addamsów po częściowych postrzyżynach, oraz biblioteki zbierającej całość piśmienniczych dokonań ziemskiej cywilizacji. Ojciec chłopca nie uczestniczy w procesie wychowawczym do chwili, kiedy bezwarunkowo nakazuje swojemu potomkowi opuszczenie bezpiecznego Zoo, ponieważ… No, ponieważ! Przekarmiony idealizmem pokwitający nastolatek rozpoczyna swoją kosmiczną odyseję, a w inicjacyjnej tułaczce oprócz kota o imieniu Frodo towarzyszy mu, dla zrównoważenia światopoglądowego balastu, ów Marchołt kudłaty a sprośny, czyli Ira.

Uważaj, czego sobie życzysz.
Uważaj, czego sobie życzysz.

Tę „podróż ku Przebudzeniu” DeMatteis rozpisał na 12 części, uzupełnionych po latach dodatkiem Żegnaj, Moonshadow, włączonym do zbiorczego wydania jako epilog. Na jej wytyczonej zgodnie z pikarejską zasadą trasie znalazły się tak obowiązkowe przystanki jak dom wariatów, pole bitwy, obóz jeniecki, królewski dwór, sielankowa sadyba, świątynie cielesnej rozpusty i sale emocjonalnych tortur. Napotkane po drodze towarzystwo pozostaje w związku z wymienionymi miejscami i pośrednio dostarcza bohaterowi podpowiedzi do rozwikłania odwiecznej zagadki dotyczącej sensu życia.

Do tych prób scenarzysta podszedł uczciwie, czyli z zachowaniem całej wieloznaczności niepochwytnej tajemnicy. Moonshadow, biblioteczny zelota, dla wspomożenia własnych ułomnych sił na to rozległe pole niewiadomej przywołuje dziedzictwo poezji romantycznej, powieści łotrzykowskiej i oświeceniowej, starożytnego eposu, bitników, ikonicznych postaci literackich… Wykaz lektur pomocniczych znajdziecie zresztą w bezpośrednich cytatach oraz pośród udostępnionych materiałów dodatkowych. Zawierają one przede wszystkim oryginalny konspekt serii, wartościowy jako kolejny dowód wielopiętrowego autorskiego zamysłu, który na stałe związał z tytułem Moonshadow przymiotniki „erudycyjny” i „poetycki”.

Niewątpliwie dzieło to odważnie wniosło nową jakość w obszary komiksowego medium przed trzydziestu pięciu laty, nie ustępując pod tym względem zasługom Alana Moore’a i ułatwiając drogę scenarzystom takim jak Gaiman (publikację Sandmana rozpoczęto w 1989 r.). Bardzo konkretne literackie wzorce, wariacje motywów, ów porozumiewawczy ton autora, który jawnie podkreśla swoje jednoczesne zaangażowanie i zdystansowanie, jakby jedną stopą tkwił na koturnie a drugą w rozdeptanym sapogu z odłażącą podeszwą – to metoda wymagająca i dziś już zmodyfikowana, stąd współczesny czytelnik może się poczuć przytłoczony czy znużony potężną ilością stylizowanego tekstu o pamiętnikarskim, dygresyjnym rodowodzie. Sam miałem momenty przesytu i poirytowania typem narracji (zapewne na skutek aplikowania sobie jednorazowo zbyt dużych dawek komiksu), a z drugiej strony nie widzę w jej obrębie miejsca na drastyczne cięcia, które nie pozbawiłyby zarazem wywodu atmosfery, cytując za bohaterem, „prawdy nie nagiej, lecz odzianej w kaftan bezpieczeństwa”. Do tego dochodzą drobne, acz ważne dla wizerunku Moonshadow jako bohatera kulturowego, kryptocytaty z poświęconych jego osobie dzieł i artykułów. Różnorodność stylistyczna dzieła jest ogromna.

Kandydat na czytelnika eonu.
Kandydat na czytelnika eonu.

Historycznoliteracki trybut DeMatteisa jest jednocześnie apologią wszelkich prób osadzenia życia człowieka w pozazmysłowym wymiarze. Wyobraźnia, transcendencja, stadia świadomości potraktowane zostały bardzo emocjonalnie, wraz z wyznaniem, że mówienie o tych doświadczeniach sprowadza się do „parady frazesów”. Siłę tego procesu potęguje wspomniany już epilog, pozbawiony pierwszoosobowej narracji i podporządkowany (wyjąwszy otwierające i zamykające go sekwencje komiksowe) powściągliwszej formie – tekst i wtórujące mu pojedyncze ilustracje rozmieszczone są na sąsiednich stronach. To na nich dopełnia się cały późniejszy los bohatera i ta przede wszystkim liczbowa dysproporcja pomiędzy nimi a kartami poświęconymi opowieści o czasie dzieciństwa i dojrzewania łupnęła mnie bezlitośnie w mój blisko czterdziestoletni czerep, oddalając większość wcześniejszych zastrzeżeń wobec wycieczek w świat, co tam, wszechświat pamięci Moonshadow, jaki obfitym słowem odmalował przed czytelnikiem DeMatteis.

Ano właśnie – w związku z obszernością tekstu podczas lektury zastanawiałem się, czy autor nie powinien po prostu nadać swoim pomysłom formy powieści i już. Moonshadow mógłby śmiało stanąć na półce obok takich gęstych i syntetycznych struktur jak Gormenghast M. Peake’a lub Małe, duże J. Crowleya. Zresztą i tak może. Ale jako komiks zapewnił sobie pionierstwo na innym polu – został mianowicie pierwszym dziełem tego typu w całości zilustrowanym w technice akwareli. Artystą odpowiedzialnym za to jest Jon J Muth i faktycznie przydał tym sposobem opowieści nastroju eterycznego wspomnienia, żywej fantasmagorii, snów pod gołym niebem i czujnych koszmarów. Okładki poszczególnych tomów to malarskie miniatury, choć jak w takim razie nazwać niektóre z kadrów? Akwarela daje niepodrabialną delikatność plamy, swobodną linię rozmycia, utrwala każdy ruch pędzla i nasyca nawet jednokolorowe tło głębią. Tak wypełnionej przestrzeni jest w Moonshadow zdecydowanie więcej niż detali, co w efekcie daje wrażenie pełnego zanurzenia pośród miazmatów wchłaniających barwy emocji.

Logiczny epilog.
Logiczny epilog.

Może wyjdę na malkontenta, ale przy takim poziomie plastycznego opracowania zawsze bardziej rzucają mi się w oczy kształt i rozmieszczenie dymków (choć w Moonshadow przeważają pola tekstowe), onomatopeje i użyta czcionka. I gdzieniegdzie mi to zgrzyta, drażni „obcością”, choć największe zastrzeżenia mam do nienajlepiej dobranego w polskiej edycji fontu (ten w oryginalnym wydaniu ma bardziej odręczny charakter). Szczęśliwie pomnikowa praca Mutha oraz ilość dodatków są w stanie to przysłonić.

Jakakolwiek próba podsumowania dzieła DeMatteisa i Mutha zawiera w sobie ryzyko popełnienia „ciężkiego grzechu enigmatyczności”, od którego przezornie (i nie do końca skutecznie) odżegnuje się Moonshadow podczas swojej opowieści. Zagadkowość jest z nią związana jak cień z fazami księżyca – przykrywa przecież tylko to, co już widzieliśmy i co jeszcze ujrzymy. Księżyc się nie zmienia, a jednak prowokuje w nas pojęcie nowiu i pełni.

Wydawnictwu Mucha serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Moonshadow
Wydawnictwo: Mucha
Scenariusz: J.M. DeMatteis
Rysunki: Jon J Muth
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Typ: komiks
Gatunek: fantasy
Data premiery: 15.04.2021
Liczba stron: 512

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.