Eksploatacja i koszty własne. Recenzja komiksu Krew dziewicy

Oj, bo robota gotowa zapalić się w rękach!
Oj, bo robota gotowa zapalić się w rękach!

Jakie to proste, jakie trafne, ten fabularny autokomentarz, którym staje się tytuł komiksu Sammy’ego Harkhama po skończeniu lektury! Ten jego sens, zachlapywany wcześniej przy każdej okazji dostępnym akurat płynem/półpłynem – głównie kombinacjami napojów wyskokowych, sprowokowanymi ich nadmiarem wymiocinami i sztuczną krwią na planie filmowym. Ten przekaz, który po ideowej defloracji bohatera zamyka tytuł w ironicznym cudzysłowie. Domyślnie rozwija się on w ciąg obcesowych pytań: „No i? Już wiesz, co i jak? Chce ci się z tym jeszcze pieprzyć? Jakie to… uwłaczające? Hmm? No, jakie?”.

Tak rysuje mi się się rezultat konfrontacji w Krwi dziewicy. W niej od początku jedną stroną jest Seymour, montażysta w niezależnej wytwórni filmowej, drugą tworzy specyficzna odsłona przemysłu filmowego w Ameryce lat 70., czyli kino typu exploitation w swoim apogeum. Seymour ma niespełna trzydzieści lat, żydowskie korzenie, kręćka na punkcie filmów sygnowanych dalszymi literami alfabetu i reżysersko-scenopisarskie ambicje. Ma też żonę, udręczoną zajmowaniem się ich niespełna rocznym synem i chronicznym spóźnialstwem męża, psujący się samochód i luźne znajomości w zniewalająco zagęszczonym światku na obrzeżach filmowego Babilonu. A gdy nareszcie staje przed szansą na zrealizowanie swojego marzenia, traci orientację w tym, co ma, a czego nie ma – już, jeszcze, w ogóle.

Praca na planie w trybie krótkoterminowego zlecenia („… dziesięć dni zdjęciowych, sklejamy to do kupy i wysyłamy. Robimy, za co zapłacili, i tyle.”) jest dla Seymoura jak ciągły zimny prysznic pod zwiększanym ciśnieniem. Cięcia w scenariuszu, obsuwy zdjęciowe, upraszczanie ujęć i efektów, tarcia w obsadzie i zespole realizatorskim – totalna deziluzja z gatunku tych, których bliskość na początku oddala się ślepym entuzjazmem i wiarą, że gdzie jak gdzie, kiedy jak kiedy, ale tu i teraz wreszcie zwycięży pasja, ukazując prawdziwe oblicze sztuki. No nie.

Montaż, czyli praca w klatce.
Montaż, czyli praca w klatce.

Nie. Krew dziewicy to nie list miłosny do okresu historii kinematografii, który dziś może pochwalić się swoją ewolucją, rankingiem „klasyki gatunku” oraz długą listą kontynuatorów, wyznawców i sympatyków. Ponad satysfakcją twórczą, jakiej mogą dostarczyć rozszarpywane, okaleczane, maltretowane ciała i melodramatyczno-tragiczna oprawa relacji między bohaterami (niesie to za sobą sporo branżowego rechotu), wznosi się zadaniowość masowej produkcji, rozpięta między horrorem a filmem o gangach motocyklowych. Interwały popularności motywów, recykling niewykorzystanych materiałów, kalkulacja warunków komercyjnego sukcesu, szybkie awanse i degradacje, lizusostwo, dwulicowość, zazdrość, zawiść (co z kolei niesie za sobą sporo ponurego rechotu). Uczciwe, nieuczciwe? Biznes. Nie dla miętkich, raptusów i marzycieli.

Ale Krew dziewicy to też nie list odrzuconego kochanka, choć mieści w sobie i taki, a nawet dwa. Pierwszy tworzy zamieszczona w połowie komiksu, wyróżniona kolorem i oderwana od głównego wątku historia z początków amerykańskiego przemysłu filmowego. Tam w postaci Joego, kowboja z Arizony, łączą się motywy kariery od zera oraz wyzysku ze strony wspólnika. To przypowieść o ponurym wydźwięku, gdzie gorycz i zawiść skutecznie psują smak sukcesu. Drugi list to poprzedzający finał stolikowy monolog zgasłej gwiazdy, Myrona Finkle’a, idola Seymoura – popisowo mefistofeliczny wywód starego wyjadacza na temat praw rynku i wartości aspiracji zależnych od swojego ego („Po latach zadzierania głowy zaczniesz patrzeć pod nogi”). Czytelna ciągłość przegranych zmagań („Czyli jesteś nieudacznikiem – ale kto nie jest?”), w której los Seymoura nie zostaje jednak przesądzony.

Nie, to nie jest wystudiowana poza.
Nie, to nie jest wystudiowana poza.

Właśnie dlatego to nie list, a notes, brudnopis, pamiętnik, zapis przerywany, materiał wrażeniowy składający się na pytania o cel „własnej drogi”. To duże osiągnięcie Harkhama – pozostawienie czytelnika z przeczołganą na różne sposoby postacią w sposób otwarty, przed niewiadomą, a przy tym bez poczucia jej instrumentalnego wyczerpania. Perypetie Seymoura przypominały mi co rusz drogę kariery i małżeństwa Tarantula z Będziesz smażyć się w piekle Krzyśka Owedyka (opisowi na tylnej okładce Krwi dziewicy towarzyszy zresztą nagłówek „Możesz spłonąć w piekle” – przypadek?). Różnica leży zdecydowanie w rozkładzie sympatii i antypatii, który u Harkhama nie jest tak wyraźny. Seymour umiejętnie drażni i budzi bardziej politowanie niż współczucie – jest niedojrzały, gwałtowny, sfrustrowany i, ech, tak, powiedzmy to, „niedoceniany”. Przez towarzystwo z branży i przez żonę, Idę. Ta z kolei ma swoje powody, by czuć się podobnie.

Wątek obyczajowy z biegiem fabuły coraz bardziej uniezależnia się od kwestii filmowej pasji i rozwija temat odwagi/bierności w dokonywaniu życiowych wyborów. Zyskuje nowe tło z wylotem Idy wraz z synkiem do rodziców mieszkających w Nowej Zelandii. To jak osobna historia o małomiasteczkowej rutynie, pułapce „starych śmieci”, przedawnionej (Ida) i zmarnowanej (jej siostra Rachel) młodości. Plus wycinek mapy wojennych i powojennych migracji w osobach rodziców Idy, węgierskich Żydów. I jeszcze skrywana macierzyńska trauma, zobrazowana w milczącej, skrótowej sekwencji snu matki Idy, w którym kobieta wraca do nazistowskiej Europy. Cała partia opowieści skupiona wokół powrotu Idy wzbiera smutkiem, którego nie jest w stanie przełamać energia dziewczyny, momentami tak ostentacyjna, że demaskująca jej własne rozterki. Ojciec trafnie, choć też niejednoznacznie, podsumowuje działania córki, mówiąc „To moja trumna – ty wracaj do Ameryki!”.

Leje w LA...
Leje w LA…

Jak widać – i w kontekście filmowym, i rodzinnym przewaga prozaicznej treści, roboczego brudu. Nerwy, niesnaski, bezsiły, szorstkie i twarde powierzchnie. W kontekście całości przewaga jak najbardziej uzasadniona. Harkham nie traci wyczucia naturalności sytuacji, bez względu na ich nastrój, kaliber i rozwój – miniatura Idy z czajnikiem w kuchni jest równie istotnym komentarzem osobistego kryzysu jak zajmująca cały rozdział kulminacja psychicznego przeciążenia Seymoura. Napięcie między postaciami pozostaje w rozedrganiu, bo podsyca je też mnóstwo detali znanych każdemu młodemu małżeństwu o niestabilnej sytuacji finansowej, zdezorientowanemu przez świeże doświadczenia rodzicielskie i zagubioną czułość, łaknącemu samotnego wytchnienia od „tego wszystkiego” i zmuszonemu do kontaktów z rodziną współmałżonka czy kręgiem jego znajomych.

Bardzo przemówił do mnie język, jakim Harkham opowiada o pogubieniu się w relacjach, nie tylko tych małżeńskich, i uwierającym poczuciu pustki iniedopasowania”, zagłuszanym bezradnie w głupi nieraz sposób. W warstwie graficznej wyraża się on szaroburą tonacją, urozmaiconą dynamiką scen, minimalistyczną ekspresją oraz dopracowaniem, niespiesznością „cichych” sekwencji. Tutaj zwracają uwagę sceny nocne, gdzie opustoszałe ulice podkreślają owo nieuniknione „sam na sam”. W takiej scenerii, wzmocnionej przestrzenią opuszczonej, niszczejącej willi (czyżby posiadłość chwilowego potentata branży filmowej?), rozgrywa się końcowa scena z udziałem Seymoura i Idy, wracających prawdopodobnie z seansu Krwi dziewicy. Właśnie taki tytuł nosi produkcja, która miała być spełnieniem reżysersko-scenopisarskich ambicji naszego bohatera.

Bo-niektórzy-naprawdę-chcą-oglądać-film!
Bo-niektórzy-naprawdę-chcą-oglądać-film!

No i tym samym wracam jeszcze do psychologicznego portretu Seymoura, bo też długo jątrzyło się we mnie pytanie – do czego ten facet dąży, lgnąc do tej estetyki jako praktyk? Ile w tym kontrkulturowej kontestacji, a ile geekowskiej frajdy? I ostatecznie odpuszczam sobie jakąkolwiek kategoryczność odpowiedzi, wyjąwszy jedno – wierzę, że Seymour wierzy, gdy mówi „Ale tylko takie kino się liczy”. A czy wierzy w to jeszcze po „utracie dziewictwa”? To właśnie część zwycięstwa Harkhama – fakt, że zostawia nas z tym pytaniem, które bez naciągania włącza historię Seymoura w kwestię uczciwości względem swoich wyborów, nie tylko artystycznych.

Krew dziewicy ma w sobie dojrzałą siłę autorskiej niezależności, o wiele subtelniejszą niż ta, jaką wyraża ważne dla jej fabuły kino eksploatacyjne. Objawia się w sumie niepozorności, sygnałów, zerwań i zawieszeń dostarczonych przez postaci pełne prawdziwej, nie sztucznej krwi.

Wydawnictwu Kultura Gniewu serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł:
Krew dziewicy
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Scenariusz i rysunki: Sammy Harkham
Typ: komiks
Gatunek:
obyczajowy
Data premiery:
26.01.2026
Liczba stron: 298
ISBN: 9788368331585

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
spot_img
Jakie to proste, jakie trafne, ten fabularny autokomentarz, którym staje się tytuł komiksu Sammy’ego Harkhama po skończeniu lektury! Ten jego sens, zachlapywany wcześniej przy każdej okazji dostępnym akurat płynem/półpłynem – głównie kombinacjami napojów wyskokowych, sprowokowanymi ich nadmiarem wymiocinami i sztuczną krwią na planie filmowym....Eksploatacja i koszty własne. Recenzja komiksu Krew dziewicy