SIEĆ NERDHEIM:

Jak trwoga, to do Boga (najlepiej Przedwiecznego). Recenzja komiksu Green Class 3. Chaos

Czy to rumieniec autorskiego wstydu?
Czy to rumieniec autorskiego wstydu?

Uff, wysapię, a potem wysapię uff jeszcze raz. I jeszcze, a co tam, powentyluję sobie trochę, bo może w tak przepływającym muliście oddechu znajdę samokontrolę, która pozwoli mi ograniczyć wpływ emocji na omówienie kontynuacji pomysłów scenarzysty serii Green Class. Nie, nie ma co łudzić siebie i was. Żadne praktyki oddechowe nie pomogą na chaos manifestujący się w fabule w znaczeniu innym od tego, jakie zapewne miał na myśli Jérôme Hamon, umieszczając jego imię w tytule. Chaos to bowiem gracz o wiele wytrawniejszy, nie da sobą gęby wycierać i za tak bezczelną defraudację tożsamości mści się bez skrupułów.

Przyszło mu to o tyle łatwiej, że już od pierwszego tomu serii musiał czuć się coraz silniej prowokowany do zaprezentowania swoich możliwości. Przypomnijmy: wirus przemieniający ludzi w owoce miłosnego trójkąta Swamp Thinga z Grootem i Szyszkowym Dziadkiem dopada Noaha – młodego Kanadyjczyka. Siostra chłopaka wraz z czwórką przyjaciół usiłuje dowieść – jak to w takich przypadkach – że owszem, choroba zmienia wszystkich, ale jej brat jest naprawdę inny i wyjątkowy, bo taka już jego wewnętrzna przewaga. Pierwszy poważny sprawdzian tych domniemanych cech przynosi finał drugiego tomu, gdy wgląd we wnętrze Noaha umożliwia wprost jeden ze zmutowanych przez wirusa osobników, rozrywając odszczepieńca na pół. Jest to zaskoczeniem nie tylko dla osób emocjonalnie zaangażowanych w los biedaka, ale i dla tych, którzy traktowali go z pseudonaukowej perspektywy – władz wojskowych kooperujących z kaznodzieją o wymownie ciemnych, gęstych i zmarszczonych brwiach. W Chaosie przed żałobę nastoletnich bohaterów na pierwszy plan wysuwa się wątek pochodzenia wirusa i szans jego wykorzystania do…

Że co? Że co mu powiedziałeś? Phhh...
Że co? Że co mu powiedziałeś? Phhh…

No i tutaj z kolei macie wyjaśnienie użycia przeze mnie staropolskiego porzekadła w tytule recenzji. Trwoga szybko postępującego rozkładu dotychczasowej fabuły musiała zawisnąć nad scenarzystą, więc zainkantował naprędce o pomoc do Wielkich Przedwiecznych, by udzielili jego konceptom bluźnierczego splendoru i znaku grozy odpowiedniej jakości. I wtargnął chaos w poczynania autora, a bogowie widzieli, że był dobry, choć nie dla petenta, rzecz jasna, i takoż dla recenzenta.

Nie będąc w stanie wyjść ponad sztampę w aranżowaniu postapokaliptycznej rzeczywistości i relacji między postaciami, których solidność jest gorsza od jednowarstwowego papieru toaletowego z makulatury na zawilgoconym zapleczu publicznego szaletu, Hamon postanowił połączyć wszystkie ujawnione do tej pory fabularne ułomności zapożyczoną siłą lovecraftiańskiej mitologii. Efekt tej rozpaczliwej chwilówki jest żenujący. Na pokrycie faktycznej wartości Shoggothów, Necronomiconu i Nyarlathotepa trzeba zdecydowanie więcej niż wtórny bełkot o „nowej rasie”, „strasznych zapędach ludzkości” i toporne cytowanie Zewu Cthulhu. Biedny mózg Howarda Phillipsa musi się srogo obijać o brzegi słoja gdzieś na Yuggoth.

Z kolei mój mózg poobtłukiwały jeszcze zwyczajowo (tak, to stałe cechy recenzowanej serii) nielogiczność, banalność i płytka uczuciowość rozwiązań. Cóż, opatrzność faworyzuje tylko potrzebnych autorowi bohaterów, czytelnikom zostaje opaczność. Dzięki tym względom grupka nastolatków dobrze radzi sobie pośród rządowych tajemnic i rywalizujących ze sobą frakcji, zawsze mogąc liczyć na nieobecnych, ciamajdowatych lub respektujących ich zaradność i solidarność dorosłych. A gdy okazuje się, że śmierć Noaha nie musi oznaczać unicestwienia jego jaźni (astralia – land up above!), żadna improwizacja nie będzie im straszna. Obawiam się, że Hamonowi podobnie.

Widać nie Autobot...
Widać nie Autobot…

Bowiem po trzech tomach nie umiem się dopatrzeć w akcji Green Class niczego, co by ją w wiarygodny sposób uatrakcyjniło, dając dowód spójności, budząc sympatię do bohaterów, czy choćby prezentując sprawność rzemiosła. Fabuła ma pretensje do rozmachu, ale sprawia wrażenie kleconej w rytmie skurczowych podrygów – hyc! Na problem inności, hyc! Na zbiorową histerię, hyc! Na ponadrywane rówieśnicze i rodzinne więzi, hyc! Na shoggota, maczeta w dłoń i wio! Tam, skąd dobiega huk bębnów! Wiecie, takie „drums in the deep”…

Według informacji w komiksie David Tako jest współpomysłodawcą serii. Nie wiem, na ile mogę go z tego powodu obciążyć podanymi już zarzutami. Jeśli zaś chodzi o efekt działań jego ołówka/komputera, to rysownik trzyma się tego, co umie – marsowych grymasów, mających zapewne oddać surowy charakter konfrontacji z postkatastroficznymi realiami, monotonnych sylwetek, unikania krajobrazów i szerszych planów. Próby splashowania zostawiły mnie obojętnym. Novum w palecie bladych i pociemniałych kolorów stanowi sygnalizująca przestrzeń złowieszczego wymiaru czerwona poświata, a fakt, że o tym wspominam, niech wam będzie wskazówką do oceny atrakcyjności wizualnych wrażeń. Nudno.

Shoggothy, kłopothy, głupothy...
Shoggohty, kłopothy, głupothy…

Green Class to dla mnie tytuł z każdym kolejnym tomem coraz bardziej kuriozalny. Mami przyjemnie fakturowaną okładką, na której znajduje się ostrzeżenie „Tylko dla dorosłych”, dla mnie równie bezzasadne jak widniejąca obok niego cena, absurdalna wobec samej tylko objętości komiksu, bo o zawartości wspominać chyba już nie muszę. Nie jest to godny przedstawiciel frankofońskiej tradycji obrazkowej, nie jest to udana hybryda tegoż z mangą, nie jest to dobre postapo, groza czy young adult. To jest chaos. Zupełnie niepotrzebny.

Wydawnictwu Egmont serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Green Class 3. Chaos
Wydawnictwo: Egmont
Scenariusz: Jérôme Hamon
Rysunki: David Tako
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Typ: komiks
Gatunek: młodzieżowy/postkatastroficzny
Data premiery: 27.10.2021
Liczba stron: 64
ISBN: 9788328150218
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Jak trwoga, to do Boga (najlepiej Przedwiecznego). Recenzja komiksu Green Class 3. Chaos Uff, wysapię, a potem wysapię uff jeszcze raz. I jeszcze, a co tam, powentyluję sobie trochę, bo może w tak przepływającym muliście oddechu znajdę samokontrolę, która pozwoli mi ograniczyć wpływ emocji na omówienie kontynuacji pomysłów scenarzysty serii Green Class. Nie, nie ma co łudzić...
Enable Notifications    OK No thanks