Więcej

    Kot, jaki jest, każdy widzi. Recenzja komiksu Garfield. Tłusty koci trójpak. Tom 1

    KorektaLilavati

    garfield

    „Znano w świecie różne lisy…” – tym wersem Jan Brzechwa rozpoczął wyliczankę osobistości reprezentujących linię zwierzęcego rodu obnoszącego dumnie dziedzictwo rudej kity i słynącego przysłowiowym sprytem. Ale i tak cała ta genealogiczna ceremonia zmierzała do stanowczej konkluzji: „Lecz nie było w świecie lisa / ponad Lisa Witalisa”. Parafrazując luźno ten dwuwiersz, otwierający opis szelmostw słynnego przedstawiciela rodzaju vulpes, powiem: lecz się nawet Swinton Tilda / nie umywa do Garfielda!

    Oczywiście, choć powierzchowność brytyjskiej aktorki pozostaje intrygująca, to nie zdradza obecności kocich genów, a przywołanie jej nazwiska wynika z rymotwórczej zgodności (chyba że ktoś woli rozwinąć to absurdalne zestawienie w oparciu o nazwisko Rotshilda), ale niech to tylko podniesie dominację wymienionego bohatera na liście zbierającej kocich celebrytów różnych czasów. Bo ani Kot w Butach, ani ten z Cheshire, ani Tom, Jinx, Felix, Sylwester, Fritz, Klakier, Blacksad, Filemon, włączając w to całą Kocią Ferajnę i Aryskotrację, wszyscy razem wzięci nie są w stanie zdjąć z pomarańczowego pyszczka triumfalnego uśmieszku, który wraz z przymrużonymi nonszalancko oczyma składa się na pomnikowy wizerunek samozadowolenia, sarkazmu i salonowego sybarytyzmu. Bo kimże innym jest Garfield?

    Z przywołanym już celem analogii lisim herosem łączy go płomienny kolor futra i życiowa zaradność, przez nieżyczliwych (bądź poszkodowanych) określana mianem szczwaności. Różni za to z pewnością obszar działań i poziom aktywności, jaki należy zachować dla ich skutecznego przeprowadzenia. Choć zarzut pod tym adresem nasz bohater skwitowałby zapewne z właściwą sobie klasą cytatem z piosenki Stinga: „Gentleman will walk, but never run”. Chyba że w zasięgu wzroku/powonienia znajdzie się lazania…

    garfield2

    Garfield. Niezastąpiony od kilkudziesięciu lat kot paskowy, tzn. występujący w gazetowych, przeważnie trzykadrowych stripach, wyjąwszy niedzielne dłuższe sekwencje. Teraz, bez konieczności przekopywania się przez archiwalne zbiory dzienników, możemy skrupulatnie, dzień po dniu, prześledzić wydarzenia, jakie składają się na wciąż aktualizowany, rozpoczęty 19 czerwca 1978 roku, żywot najsłynniejszego kota świata. Umożliwia to seria tłustych kocich trójpaków, której pierwszy z czterech dotychczas wydanych tom (na wrzesień tego roku przewidziana jest premiera piątego) jest obiektem niniejszej recenzji.

    Od obecnych już wcześniej na polskim rynku paperbackowych tomików, prezentujących codzienne Garfieldowe perypetie, różni się on jakością, słusznie kwalifikującą wydanie do miana kolekcjonerskiego. Twarda okładka, kredowy papier, kolorowa wersja oryginalnych pasków zachowująca kolejność ukazywania się odcinków. Ostatnia cecha umożliwia obserwację ewolucji warsztatu Jima Davisa – warto zobaczyć, jak tusza i oblicze Garfielda nabierały znanego dzisiaj kształtu, podobnie rzecz ma się z Jonem czy Odiem. Warto też przekonać się, śledząc narodziny poszczególnych, związanych z dziennym harmonogramem leniwego kocura lejtmotywów (zwłaszcza w ich graficznym ujęciu), jak konsekwentnie Davis hołubi te automatyzmy, by przy tym każdorazowo uzyskać niepowtarzalny dowcip. Warto poznać momenty premierowych spotkań Garfielda z ukochanym misiem Pooky i znienawidzonym kociakiem słodziakiem Nermalem, asystować narodzinom miłości Jona do Liz, pani weterynarz, bezlitośnie odpierającej jego zaloty, czy wizytować bar, którego obsługę stanowi ekscentryczna Irma.

    garfield2

    Już lektura pierwszego tomu, zbierającego dorobek niespełna dwóch lat (!), nakazuje tutaj myśleć nie o niczym innym, jak o geniuszu autora, który na tyle sposobów potrafi wykorzystać z jednej strony zachowania znane każdemu, kto pozostaje współmieszkańcem (nie śmiem powiedzieć: właścicielem) kota, z drugiej zaś rozbudowywać je na nowo o często absurdalny, ale nigdy niepozbawiony swoistej logiki komentarz, jakiego w myślach, zachowując niewzruszony wyraz mordki – bądź przeciwnie, ujawniając jej mimiczne możliwości – dokonuje Garfield.

    Wiem, że nie jest to umiejętność zarezerwowana tylko dla Jima Davisa. Podobną inwencją musi wykazać się każdy twórca stripów i dowody czerpania z tej puli znajdziemy też w Fistaszkach czy u Calvina i Hobbesa, by ograniczyć się tylko do najpopularniejszych dla tego typu tytułów. Ale ostentacyjność filozofii Garfielda, tego urozmaicanego gastronomicznym wielobojem dolce far niente, w połączeniu ze zmysłem refleksji rozpiętej między rezonerstwem a aforyzmem, to coś, przy czym moja twarz odruchowo przybiera wyraz podobny temu, jaki u naszego bohatera, przy całej jego powściągliwości, znamionuje zadowolenie. Nie eksplozja śmiechu, ale ta wewnętrzna satysfakcja bycia wtajemniczonym w te jakże wciąż potrafiące zaskakiwać oblicza codzienności. He. He. Ech.

    garfield3

    Ta część ludzkości, której zależy na ciągłym drażnieniu ośrodków ignorancji i arogancji, opracowała skoncentrowane, mające przeciwdziałać tymże, zdatne do błyskawicznego dawkowania środki. Zaliczają się do nich aforyzm i komiksowy strip właśnie. Dlatego jako uznaniowy komentarz do wciąż otwartych losów Garfielda pozwolę sobie przytoczyć jedną z Myśli nieuczesanych Stanisława Jerzego Leca: „I czworonogi stają na tylnych kończynach. Czego się nie robi dla żarcia i ze strachu”.

    A wydawnictwu Egmont serdecznie (czy też, uwzględniając gust bohatera moich rozważań, lazaniecznie) dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Garfield. Tłusty koci trójpak. Tom 1
    Wydawnictwo: Egmont
    Scenariusz i rysunki: Jim Davis
    Typ: Komiks
    Gatunek: Humor
    Data premiery: 01.01.2018 r.
    Liczba stron: 288

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + klasyka stripu w kolekcjonerskiej szacie, czyli:
    + edycja w kolorowej wersji,
    + z zachowaniem codziennej chronologii,
    + zawierająca niepublikowany wcześniej w Polsce materiał

    Minusy:
    - do egzemplarza nie dołączono lazanii

    Dodaj komentarz

    avatar
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.