SIEĆ NERDHEIM:

Flaki, mogiły i bluźnierstwo. Recenzja komiksu Duchy zmarłych

Halina, zakryj się, przez okna sąsiedzi widzą!

Richard Corben zrobił komiksową wersję dzieł Edgara Allana Poego! Ja o tym wcześniej nie miałem pojęcia! To trochę tak, jakby Żółwie Ninja nie wiedziały o pizzerii działającej na ich kwadracie od dekady. Karne biczowanie pleców zostawię sobie jednak na czas prywatny, recenzja sama się nie napisze. Na razie uznam tylko, że moja nieświadomość świadczy jedynie o rozpraszającym natłoku dobra zalewającego rynek. Dotychczasowe zabawy mistrzów komiksu w adaptacje klasyki grozy nie nastrajały pozytywnie (tak, chodzi mi o lovecraftowe Providence Alana Moore’a), ale nadzieja wiecznie żywa.

Chciałoby się rzec, że miłośnicy znanego pisarza poczują się jak w domu, więc fabuły przedstawiać im nie trzeba. Zamiast tego zacznę od koniecznej (moim skromnym zdaniem) przesady. Corben wziął sobie szesnaście dzieł Poego, urwał im łby i nasrał do szyi. To tylko tak, żebyście wiedzieli, że jeżeli pokochaliście mroczny, ale jak na nasze czasy subtelny styl wierszy i nowel jednego z największych klasyków grozy, to tutaj absolutnie go nie znajdziecie. Adaptacje takich dzieł jak Czerw Zdobywca, Morella, Zagłada domu Usherów, czy Człowiek tłumu tematycznie zostały w teorii podobne, choć ich klimat przepisany został w okolice groteskowej, pulpowej przesady.

Przepiękny porządek w kompozycji!

Edgar Allan Poe mógł być pisarzem kontrowersyjnym w swoich czasach, jego robota słusznie powodowała skrajne emocje – był wszak jednym z pionierów, odważną duszą jawnie piszącą o lękach, śmierci i neurotycznych, ludzkich demonach ujętych w ramy lekko narkotycznej dekadencji. Dla większości z nas, mordeczek przyzwyczajonych do eksploatującego przemoc kina grozy, romantyczna pisanina (nawet ta gotycka) jest delikatna, pełna niedopowiedzeń. Na takie zabawy nie ma miejsca w piaskownicy Richarda Corbena i każdy, kto choć trochę zna jego twórczość, doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Dlatego właśnie zmarła Berenice wstaje z grobu i brutalnie mści się na złodzieju swoich zębów, a w Morelli i Zagładzie domu Usherów podkręcone do poziomu nieprzyjemnej perwersji są wątki kazirodcze. Człowiek z tłumu ma u Corbena bardziej namacalne powody do chorobliwej obsesji, a orangutan z Zabójstwa przy Rue Morgue mści się na chciwym marynarzu, skręcając mu kark w finale krwawego mordobicia. Największą kreatywnością komiksiarz popisał się oczywiście przy wierszach, dodając do nich osobistą (zawsze makabryczną) interpretację.

Wyobraźcie sobie, że trafili się ludzie nazywający te rysunki amatoszczyzną.

Łatwo byłoby stwierdzić, że w obliczu takiej ingerencji w materiał źródłowy, Duchy zmarłych to niegodne uwagi okropieństwo, ale to absolutnie nie byłaby prawda. Temu albumowi jest po prostu bliżej do pełnej czarnego humoru, przerysowanej i brutalnej atmosfery kina klasy B, niż do pełnego wdzięku pisarstwa najwyższej próby. Strachu to nie generuje za grosz, ale nadrabia degenerackimi uciechami i okazjonalnym dyskomfortem generowanym przez ogromne ilości popkulturowego turpizmu. Pomimo totalnej brutalizacji, w tych szesnastu krótkich opowiastkach pozostało też nieco gotyckiego ducha, lęku przed katapleksją i ogólnej dziwności elementów nadprzyrodzonych. Różnica polega na tym, że zło ubrane jest w zupełnie inne ciuszki, takie krojem zatrzymane w połowie drogi między klasycznymi Weird Tales i komiksami typu Goona. Opowieści z krypty wręcz, nawet odpowiednik Strażnika Krypty się znajdzie w postaci raczącej wisielczym humorem wiedźmy.

Ta rozbieżność jest też naturalnie odzwierciedlona w warstwie wizualnej. Corben pozostanie słusznie uznanym mistrzem dla ludzi, którym jego powykręcana krecha odpowiada. Pozostali mogą być niewzruszeni albo nawet zniesmaczeni. Tak u podstaw, jego ilustracje są stosunkowo proste i statyczne, choć braku szczegółowości zarzucić im nie można. Ten konkretny album jest też dosyć różnorodny pod względem technik cieniowania i kolorowania. Niezmiennym trzonem pozostaje karykaturalna stylistyka, paskudne mordy o zaburzonych proporcjach i zamiłowanie do brzydoty w przerysowanym wydaniu, co czyni ją bardziej znośną od obrazowego realizmu. Jako rysownik, autor działa w zakresie ściśle określonej koncepcji, szczuje cycem i szokuje krwistą ekspresją. Osobiście wolałbym bardziej jednolitą mazaninę, bo przez osobiste preferencje ta niestałość rodzi poczucie chwiejnej jakości, ale sama bezbłędna kompozycja, doskonała gra czernią i rozpoznawalny charakter rysunków działają na plus. Zdecydowanie nie jest to jednak coś, co spodoba się każdemu.

Kruk chyba najmniej odbiega od oryginału.

Całe Duchy zmarłych, pomimo osobistego zadowolenia, poleciłbym nielicznym – entuzjastom obnażającej kiszki tragifarsy, fanom absurdalnej groteski. Tutaj w estetyce paskudnej przesady dostajemy historie u podstaw kameralne i tajemnicze, co skutkuje wyważeniem. Ta równowaga może jednak pozostać całkowicie niewidzialna dla odbiorców oczekujących zgodności z twórczością Edgara Allana Poego. Według zmarłego w zeszłym roku Richarda Corbena „widzieć więcej“ oznacza bowiem halucynacje z gnijącym truposzem w roli głównej, a refleksje nad śmiertelnością przybierają postać zwłok eksplodujących masą wijących się czerwi. Świetny komiks dla umiarkowanych zwyroli, okropna adaptacja. Czy warto więc? Sami musicie sobie określić, czego tak naprawdę oczekujecie od tego albumu.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Duchy zmarłych
Wydawnictwo: Mucha Comics
Scenariusz i rysunki: Richard Corben
Tłumaczenie: Marek Starosta
Gatunek: horror
Liczba stron: 224
Data premiery: 23 lutego 2021

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).