SIEĆ NERDHEIM:

Ostrza i pazury. Recenzja komiksu Deadpool kontra Staruszek Logan

Piękne oczęta ma ten Wolverine.

Ogień i woda, życie i śmierć, mrok i światłość – wszechświat wypełniony jest potężnymi, trwającymi w boju siłami. Wiele opowieści w literaturze używa tej dychotomii do wykreowania postaci, których spotkanie zawsze doprowadza do konfliktu o epickich proporcjach. Deadpool kontra Staruszek Logan to absolutnie nie jest konflikt tego typu. Choć Wolverine by się raczej nie zgodził, panowie są raczej jak jak śledzik i wódka, a ich teamup (bo „kontra” w superbohaterszczyźnie rzadko kiedy jest trafnym określeniem) równowagi kosmosu raczej nie zachwieje.

Tematycznie stare śmiecie – Wade i pazurzasty dziad jak dwa paskudne magnesy przyciągają do siebie problematykę nieetycznych eksperymentów. Oczy okrutnych naukowców padają na Maddie, młoda mutantkę obdarzoną mocą teleportacji nieożywionego szpeju wszalakiej maści. Brzmi mało imponująco, ale dziewczyna potrafi przykładowo przywalić w kogoś samolotem, więc jej militarna użyteczność jest oczywista. Chłopaki, ze względu na własne przeżycia i wrodzoną chęć niesienia pomocy, nie mogą pozwolić na zrobienie z nastolatki królika doświadczalnego. 

Autko ubezpieczone?

Znacie ten standard. Mamy dwóch bohaterów, którzy lubią się częściej mniej niż bardziej. Losowe wydarzenia stawiają ich naprzeciw siebie i z początku wydaje się, że dojdzie do starcia. Często faktycznie do niego dochodzi, ale ostatecznie goście łączą siły przeciwko większemu złu, bo ich matki mają tak samo na imię. Ten komiks jest fajniejszy, bo fabuła leci w inną stronę – zupełnie się tego nie spodziewałem! Declan Shalvey bynajmniej nie napisał arcydzieła. Zakończenie jest totalnie niesatysfakcjonujące, sam pomysł kwasi skrajnym oklepaniem, a postać Maddie to wydmuszka mająca jedynie usprawiedliwić tok wydarzeń. Udało się jednak wyrzeźbić z dwójki najbardziej wyeksploatowanych trykociarzy stosunkowo ciekawą, zajmująca historię. Umiarkowanie brutalne (bo pazury i katany robią swoje), rozrywkowe superhero okraszone odrobiną humoru typowego dla pyskatego najemnika. Stety i niestety, niektórzy czytelnicy całkiem słusznie mają tych rynsztokowych śmieszków po dziurki w nosie. Cudem tylko chyba uniknęliśmy nagminnego łamania czwartej ściany, w sumie szacun za to.

Deadpool ze szponami to chyba lekki spoiler. Przepraszam.

Główną zaletą Deadpool kontra Staruszek Logan nie jest jednak fakt, że wszystko zaczyna się od Wade’a mordującego opryszków w metrze na zlecenie emerytki. To czytadło, które może cieszyć z powodu wiarygodnie napisanych postaci. Lubicie panów wymienionych w tytule i zjedliście zęby na ich wcześniejszych perypetiach? Jeśli tak, to ich zachowanie tutaj was nie zaskoczy. Motywacje są jasne, interakcje naturalne, a dosyć luźny charakter narracji nie wyklucza udziału delikatnej, niewymuszonej powagi. Poza tym to prosta, mało wymagająca młócka – idealna lektura dla miłośników gatunku, mainstreamowe okropieństwo dla zgredów tytułujących się „koneserami powieści graficznych”. 

Szkoda tylko, że Shalvey to pisał. To znaczy, dobrze mu to pisanie wyszło, ale widząc na okładce to nazwisko, naprawdę spodziewam się w środku jego rysunków. Mike Henderson to żaden partacz, jego dynamiczna i stylizowana kreska jest w sumie dosyć podobna do graficznych tworów scenarzysty. Shalvey jest jednak lepszym narratorem wizualnym, zwykle sprawniej prowadzi akcję między kadrami. Trochę więcej staranności przykłada też do teł i ogólnej kompozycji scen. To przewaga o włos, Henderson naprawdę fajnie trafił w konsensus między luzem i kończynami fruwającymi między smugami posoki, ale trudno nie wyobrazić sobie, że pozostawiając wszystko w rękach jednej osoby mogliśmy dostać coś bardziej zadowalającego. Nie musimy sobie nawet zresztą specjalnie wyobrażać, wystarczy obejrzeć okładki całej serii.

Pamiętajcie, że Deadpool kupuje katany hurtowo.

„Myślałem, że będzie gorzej“ to raczej słaba rekomendacja, ale naprawdę po przeczytaniu kilku recenzji w sieci spodziewałem się totalnego gniota. Wiecie, takiej typowej historii z Deadpoolem, polegającej całkowicie na żenujących kliszach humorystycznych. W sumie to dokładnie to dostałem, ale w rękach Shalveya ten potworek zabłysnął zaskakującymi zaletami. Chemia między bohaterami i lekki fikołek w dynamice typowej dla teamupów dodają atrakcyjności i tak już fajnej rozwałce. Pod wieloma względami mogło być lepiej, więc raczej nie macie tu czego szukać, jeśli nie patrzycie z sympatią na pojawiające się jak grzyby po deszczu gadżety z pyskatym najemnikiem. Fanom Wolviego i Wade’a, czyli ludziom o preferencjach podobnych do moich, szczerze polecam. My się już chyba pogodziliśmy ze swoim mało wysublimowanym gustem.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Deadpool kontra Staruszek Logan
Wydawnictwo: Egmon
Autorzy: Declan Shalvey, Mike Henderson
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Typ: komiks
Gatunek: superbohaterowie
Liczba stron: 112
Data premiery: luty 2021

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).