SIEĆ NERDHEIM:

Walka o fanów. Recenzja gry Power Rangers: Battle For The Grid

Korektayaiez
Power Rangers: Battle For The Grid – okładka gry

Franczyzna pełna kolorowych postaci, potworów i sztuk walki to gotowy przepis na wirtualną bijatykę. Power Rangers: Battle for the Grid, od roku 2019 wypuszczane stopniowo na różne platformy, prezentowało się początkowo jak wersja early access, z grafiką niewiele lepszą od mobilnej gry Power Rangers: Legacy Wars (tego samego studio). Żarty, że produkcja wyglądała jak ubogi port, były zasłużone, acz od początku słusznie doceniano solidny system walki. Z sezonu na sezon tytuł zaczął swój „it’s morphing time!”, jak Ranger, zmieniając cywilne wdzianko na jaskrawy spandex. Jest to co prawda przemiana z cyklu tych przydługich, gdzie i widz i łotr czekają niecierpliwie, aż skończy się sekwencja i zacznie prawdziwa akcja, ale soczyste kolory już błyszczą.

Fabuła luźno oparta o wydarzenia z komiksowego eventu Shattered Grid jest pretekstem do rzucenia na siebie rozmaitych wojowników z multiwersum Power Rangers. Znajdziemy tu klasyczne archetypy z bijatyk wciśnięte w obcisłe wdzianka albo pokraczne stroje potworów, a z każdego sypią się iskry nostalgii. Jason i Tommy są dobrzy na każdą okazję (tzw. „shoto” albo „all rounder”); Kimberly i Mastodont Sentry są zonerami do walki na dystans; Lord Zedd tłucze z bliska w stylu grapplerów, opancerzona Trini i Goldar są więksi i wolniejsi od reszty, ale biją jak czołgi; Kat i Dai Shi to specjaliści od szybkości i zalewania wrogów falą ciosów (rushdown)… i tak dalej, acz pełen przekrój nie został jeszcze wykorzystany. Nowsze postacie z DLC mają bardziej skomplikowane listy ruchów i wymagają więcej techniki (np. Scorpina ma dodatkowe możliwości przy pewnych trafieniach, jak teleportacja albo schwytanie wroga), twórcy nie boją się eksperymentować ze swoim systemem, cały czas trzymając się prostych założeń. Nowe nabytki mogą przez to wydawać się mocniejsze, ale gra skutecznie zachowuje balans (czego, moim zdaniem, dowodem są całkiem zróżnicowane top 8 w oficjalnych turniejach).

Drakkońskie prawo, drakkońska egzekucja.

Walkę w Battle for the Grid oparto o drużynę trojga postaci (jak w serii Marvel vs. Capcom) i tzw. „fundamentals” – podstawowe ciosy, nie bardziej złożone niż jeden przycisk wciskany kilka razy albo połączony z innym, oraz po dwa specjalne ataki na postać zużywające pasek mocy (ładowany, tradycyjnie, przez wzajemne mordobicie). Kilka kliknięć i nawet amator zrobi widowiskowy pokaz siły, co czyni grę przyjazną dla każdego, kto chciałby zacząć przygodę z bijatykami. Tym bardziej że próby opanowania bohaterów nie są frustrujące – nie trzeba sobie wyłamywać kostek na padzie ani być ośmiornicą, która wciśnie wszystkie przyciski i jeszcze zakręci padem na nosie. Grafika (na silniku Unity) może nie oferuje spektakularnych widowisk, ale animacje są bardzo płynne i w każdym ataku czuć klimat superbohaterskich sztuk walki. Ostatnim elementem mechaniki jest wybór wsparcia – każda drużyna posiada jednego Megazorda (albo powiększonego Goldara, chwilowo samotnego przedstawiciela olbrzymich monstrów). Jego wskaźnik ładuje się, kiedy obrywamy i po zapełnieniu możemy wezwać na pomoc behemota, który na naszą komendę tupnie nogą albo spuści na łeb wielki miecz. Tutaj także widać pojawiające się z kolejnymi aktualizacjami innowacje – Megazord SPD może uleczyć wojownika, a Samurai nałożyć wzmocnienie. Pula gigantów na chwilę obecną pozostaje wąska (ledwo pięć, licząc z Goldarem, z czego dwa ostatnie sezony dodały po jednym robocie).

Starcia nadal wymagają pomyślunku i refleksu, jeśli chcemy wycisnąć jak najwięcej z naszego combo i żonglerki przeciwnikiem. Prostota ma jednak swój koszt w postaci szpetnej wady – zjawiska dotyku śmierci (touch of death). Bardzo doświadczony gracz może rozstrzygnąć starcie po pierwszym ciosie, rozpoczynając długi combos, na który ofiara nie może nawet zareagować, póki nie straci postaci albo nie wykorzysta minimalnego potknięcia napastnika.

Super atak Lorda Zedda to butujący kitowcy. Skuteczniejsi niż w serialu i równie zabawni.

W podstawowej wersji gry skomponujemy nasz zespół marzeń z jedenastu postaci, a po trzech DLC pula Rangerów i łotrów jest już przyzwoitym poziomie dwudziestu jeden zawodników. Wymaga to niestety trochę mniej przyzwoitej inwestycji – ceny za pakiet trzech bohaterów są dość standardowe jak na bijatyki (ok. 55 pln), acz bez bonusów większych ponad dodatkowy skin. Większość postaci ma tylko jedną odmianę kolorystyczną (a garstka cieszy się dwoma skórkami) oraz ubogą pulę odzywek. To elementy wciąż czekające na rozwinięcie. Podobnie biednie jest z mapami. Jest ich dziewięć, są ładne, ale nie ma na nich żadnych fajerwerków (nie licząc jednej, gdzie można sobie popatrzeć jak gigantyczny Goldar tłucze Megazorda SPD) i interakcji. Przynajmniej fajnie przygrzewają rockowymi kawałkami, wzorowanymi na charakterystycznej dla seriali muzyce.

Wyjdź z domu, może pod twoim blokiem naparzają się Megazordy.

Battle for the Grid oferuje absolutne minimum trybów zabawy (Arcade, zabawę przy jednym kompie, trening, oraz multiplayer z opcją crossplay) oraz kampanię. W niej zła wersja Tommy’ego Olivera, Lord Drakkon, przybywa z podbitego zakątka multiwersum i morduje Rangerów, bądź korumpuje ich i wciela do rosnącej armii. Ocalali zbierają się razem do kontrataku. Tak jak lubię Drakkona i komiksy Shattered Grid od Boom! Studios, tak tutaj otrzymujemy ledwie streszczenie tej historii, w które jako-tako wpleciono postacie dostępne na premierze gry. Fabularnie efekt jest karkołomny i męczy powtarzaniem podobnych do siebie potyczek. Pewnym urozmaiceniem jest wcielanie się na zmianę w łotrów i herosów. Z całością można uporać się w czasie dwóch-trzech godzin, przez co kampania wydaje się tylko wydłużonym treningiem. Ma ona jedną zaletę – w ramach przerywników fabularnych pojawiają się komiksowe plansze autorstwa fantastycznego Dana Mory, rysownika m.in. Mighty Morphin Power Rangers od Boom! Studios. Żywe barwy i dynamiczna kreska idealnie pasują do stylu marki.

Unikatowe plansze od Dana Mory to główna atrakcja trybu fabularnego.

nWay obiecują w przyszłości dodać kolejne kampanie, niepowiązane już z Shattered Grid, a od sezonu trzeciego nowe postacie dostają spersonalizowane Arcade, wyglądające już jak miniaturowe storymode (potrafią zaskoczyć np. niespodziewaną walką z własnymi członkami drużyny). Dla starszych bohaterów pozostaje klasyka z automatów – walczysz po kolei z coraz trudniejszymi drużynami, aż do bossa. Na singlu brakuje nadal (po trzech sezonach!) takich podstawowych opcji jak wybór poziomu trudności, przez co po pewnym czasie ten tryb przestaje oferować satysfakcję.

W grze online możemy pograć na luzie z kolegami i spróbować meczów rankingowych (wyjaśnienia do tego systemu są w menu głównym pod nazwą „Episodes”). Nagrody za wspinaczkę po drabince to osiągnięcia oraz ozdobne banerki do nicka – jest skromnie, co w zależności od podejścia gracza może być zarówno wadą, jak i zaletą (bo nie trzeba się tak bardzo przejmować porażką). Battle for the Grid ma funkcję crossplay i nie jest trudno znaleźć rywali, czasy oczekiwania są króciutkie jak na mały tytuł. Przydałaby się tylko jakaś funkcja nagrywania powtórek.

Kto kryje się pod hełmami?

Chociaż odzywek wojowników nie jest dużo i są powtarzalne, głosy same w sobie to rewelacja. Fani serii usłyszą w grze starych znajomych wracających do klasycznych ról, jak Jason David Frank (Tommy i Drakkon), Austin St. Jon (Jason), Kerrigan Mahan (Goldar), Sabrina Lu (Scorpina), Daniel Southwork (aktor znany jako Vergil z Devil May Cry, wraca do roli Erica z Timeforce) czy David J. Fielding (Zordon we własnej osobie!). Głosów użyczają też osoby powiązane z marką, jak znane z streamingu RPG Power Rangers: Hyperforce Melissa Flores i Meghan Camarena oraz… Kyle Higgins, autor komiksów o rangersach z Boom! Studios (wcielił się w Mastodont Sentry).

Słychać, że Daniel Southwork dobrze się bawił wracając do postaci Quantum Rangera. Niektóre jego teksty są nawiązaniem do postaci Vergila z Devil May Cry.

nWay ma ambitne plany na rozbudowę swojego dziecka, w tym na maksymalne wypełnienie puli Rangersów (może doczekam się nawet Vesper, Czarnej Rangerki Cerbera z Hyperforce). Scena turniejowa jest aktywna i twórcy mają aktywny kontakt z graczami, a od ich rozpieszczania zależy przyszłość tej gry. Bądź co bądź, grono gwarantowanych odbiorców jest wąskie i nWay nie mogą wyłącznie liczyć na fandom oraz nostalgię, jak przekonali się na mobilnym Legacy Wars (pełnym postaci z PR, do których i tak dorzucono bohaterów ze Street Fightera aby zwiększyć zasięgi).

Morsowanie z Udonną. Że martwy mem? Podobnie jak ofiara Udonny.

Jest na co ponarzekać, do całkowitej metamorfozy w nowoczesną bijatykę trochę brakuje… ale mimo to, Battle for the Grid to tytuł grywalny, lekki i przyjemny. Zabawa w dobór drużyny sprawia, że rozgrywka szybko się nie znudzi, nawet jeśli nie mamy wszystkich dodatków. Ja swojej inwestycji nie żałuję i z napięciem czekam na kolejne aktualizacje. Battle for the Grid to świetna opcja dla graczy chcących rozpocząć przygodę z bijatykami. Sympatia do seriali albo chociaż nostalgia za pierwszymi Power Rangers bardzo pomaga w odbiorze tytułu, ale moim zdaniem można od tej gry nawet zacząć swoje Rangersowe doświadczenie (w czym pomogą ciekawostki wyświetlane na ekranie ładowania gier sieciowych).

Dla miłośników Power Rangers ta gra to wyśmienita okazja, by wrócić do dawnych znajomych, mogą więc oni spokojnie podnieść ocenę o pół oczka. Po tym, jak w styczniu Netflix wycofuje ze swojej oferty większość sezonów serialu, polecam tę bijatykę w ramach substytutu i plastra na ranę w fanowskim sercu.

Komputery do gier znajdziecie na Ceneo.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Power Rangers: Battle For The Grid
Wydawca: nWay, Lionsgate Games, Limited Run Games
Producent: nWay
Data premiery: 03-09 2019 (konsole i PC), 01.06.2020 (Stadia)
Platformy: PC, PS4, Nintendo Switch, Stadia, XONE
Recenzowany egzemplarz: PC

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.