SIEĆ NERDHEIM:

Kryminalna komikscepcja. Recenzja komiksu Criminal tom 4: Zły czas, złe miejsce/Parszywy weekend

Nie jest różowo.

Ten Ed Brubaker to cwana bestia jest. Przewidywał doskonale oczekiwania czytelników i bawił się nimi, serwując niezawodnie powalające jakościowo opowieści we wszystkich wydanych do tej pory tomach Criminal. W życiu bym się nie spodziewał, że użyje tej samej sztuczki do zwiększenia atrakcyjności swojej najlepszej (całkowicie subiektywne stwierdzenie, ale bronić go będę zaciekle) serii. Jak bowiem jeszcze bardziej dogodzić fanom swojego komiksu kryminalnego? Dodając do fabuły więcej tego, co z pewnością też lubią – komiksów! Zamierzona komikscepcja, nieuniknione powtórzenia w tekście, za które jako lingwista przepraszam. Kolejny raz uderzam łbem w podłogę, bijąc pokłony, panie scenarzysto.

Formule zbiorczości wydań Criminal musi stać się zadość, więc znowu w naszych łapkach lądują dwie historie, trzy nawet! Zły czas, złe miejsce jest bowiem bajaniem podzielonym na dwie części, obie wyjawią przed nami kolejne tajemnice rodu Lawlessów. W centrum uwagi jest tym razem Teeg, bezwzględny staruszek znanego nam znacznie lepiej Tracy’ego. Oczywiste przyjemności wynikające z pobytu w pierdlu ojczulkowi zakłócają inne zakazane mordy, nieustannie usiłując wypłaszczyć jego elektrokardiogram. Przepychanki pod prysznicem przerywa mu zapotrzebowanie na jego wyjątkowe talenty. Łapóweczka dla naczelnika i gotowe, brutalny kryminalista wychodzi na wolność i w pierwszej kolejności zabiera na wycieczkę jednego ze swoich synów, jak na wzorowego rodzica przystało. Obserwowanie Tracy’ego towarzyszącego tatusiowi, gdy ten chleje, rabuje i morduje niekoniecznie na to zasługujących ludzi nieco rozjaśnia przyszłe motywacje dzieciaka.

Tak, są.

Czepialski by uznał, że temu fragmentowi brakuje konkretnego zakończenia, ale bądźmy poważni – zaznajomieni z poprzednimi tomami już je znają. Zły czas, złe miejsce ma nam wyjaśnić, jak we wrażliwym smarkaczu zaczęło kiełkować przegniłe nasionko zbrodniczego zepsucia. W tym celu, właściwie chyba jako wyjątek w tej serii, jego stary jest ukazany praktycznie bez pozytywnych cech. Póki jest w więzieniu, może jeszcze sprawiać wrażenie nieszczęśnika walczącego o przetrwanie, ale robi to zarzynając napastników z zimną krwią, wydłubuje im oczy i podrzyna gardła. Gdy wychodzi na wolność, poziom jego szacunku do cudzego życia nie ulega żadnej zmianie. Teeg to szuja najgorszego sortu, a nam pozostaje jedynie współczuć jego dzieciakowi. Czy oznacza to, że historia jest tylko tłem, a na pierwszym planie lądują doświadczenia młodego? Tak, jak najbardziej, bez wątpliwości jest to zabieg zamierzony i dobrze zrealizowany.

Pragniecie konkretniejszej fabularnie intrygi? Spoko, Parszywy weekend powinien zaspokoić wasze potrzeby. Drugi występ zalicza tutaj Jacob – fałszerz znany nam już z Fatalnej nocy. Spodziewaliście się, że kiedyś w Criminal przeczytacie opowieść o opiece nad starszą osobą? Rzeczonym emerytem jest Hal Crane, kultowy rysownik, udręczony artysta, mizogin, chlejus, zgred, przegryw i ogólnie mało sympatyczna szuja. Jacob będzie musiał zająć się nim podczas festiwalu komiksowego, a temperament dziada i animozje z przeszłości wybijające jak grzyby po deszczu sprawią, że Jacob będzie miał ręce pełne roboty.

To ten tytułowy zły czas, złe miejsce zresztą też.

Cudowna rzecz dla komiksiarzy, pękająca w szwach od przeróżnych odniesień. Obok fikcyjnych nazwisk pojawiają się autentyczne legendy tego medium, jak Julius Schwartz albo Gerry Conway. Po prostu love letter dla branży komiksowej osadzony w trudnym dla niej momencie, który jednak w porównaniu do wszystkich dotychczasowych opowieści jest mało… kryminalny? Z jednej strony Brubaker znowu zmiękcza nam trochę obraz buca, uczłowieczając go bez popadania w usprawiedliwianie toksyczności. Z drugiej, w porównaniu do intryg z poprzednich tomów, zbrodnia w Parszywym weekendzie jest jak zajumanie dziecku cukierka. Klimat i geniusz perfekcyjnie zaplanowanej narracji w rytmie neo-noir dalej działają bezbłędnie, tylko wrzucanie zepsucia w rejony podatne na empatię nie robi już takiego wrażenia, gdy łagodnieje samo zepsucie.

A o co chodziło z tymi komiksami, co to o nich wspomniałem we wstępie i najwyraźniej zapomniałem później? W drugiej połowie tomu sprawa jest jasna, ale ten motyw to właściwie spoiwo tego konkretnego albumu i trzon wyjątkowości obu historii. Członków rodziny Lawless łączy najwyraźniej nie tylko stosunkowo liberalne podejście do prawa i zasad moralnych. Zarówno Teeg, jak i obaj jego synowie, w obliczu nudy nerdzą sobie przy obrazkowych historyjkach. Stary wertuje pulpowe dark fantasy o bootlegowym Conanie, a potem młody Tracy (w przerwach między przeżywaniem ogromnej traumy) czyta sobie o wilkołaku kung-fu. Oczywiście nic tu nie jest przypadkiem, więc przenikająca główne wątki fabuła wtrąceń odnosi się subtelnie do aktualnych wydarzeń. W Parszywym weekendzie co prawda takich wtrąceń nie ma, ale co za dużo to niezdrowo. Ilość nerdowego, bonusowego miodku jest i tak całkowicie wystarczająca. To ponownie dowodzi, że Brubaker ma ciekawe pomysły na urozmaicenie konwencji bez zbytniego rezygnowania z kameralnego charakteru serii.

Nie gadaj z ludźmi, bo przyjdzie tata i ich (prawie) zabije. Ważna lekcja dla dziecka.

Jak zwykle w skuteczności tych wszystkich zabaw jest ogromna zasługa Seana Phillipsa, który zwłaszcza w tych samodzielnie luźniejszych wstawkach pokazał swoją wszechstronność. Główne wątki nadal ograniczały go złośliwie do konieczności trzymania się swojego świetnego, subtelnego rzemiosła. Nic nowego to w tym przypadku dobra informacja, bo ten elegancki umiar pokryty gęsto doskonale rozplanowaną czernią wciąż nadaje fabule nie tylko klimatu, ale i niezbędnej przyziemności. Żadne przerysowania by się tu nie sprawdziły, choć artysta może trochę bardziej poszaleć dynamiką i oldskulowym stylem podczas komiksowych przerywników. Bardzo miłą odmianą, choć dwa tomy temu prognozowałem zupełnie inaczej, są kolory nałożone przez Jacoba Phillipsa, syna rysownika. Są zdecydowanie bardziej pastelowe, czym mogliśmy się już raczyć w pobocznym Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny, ale w kontakcie z natłokiem cieni wcale nie wytrącają z klimatu. Młody jest świetnym kolorystą, doskonale wyczuwa momenty na zagranie odpowiednimi tonami i nie pozwala, by z góry narzucony kontur ograniczył jego własną kreatywność. Nowy Criminal jest więc bardziej barwny, ale jakimś cudem absolutnie nie chrzani to gęstości i ciężaru parszywego świata zbrodni.

Niezmiennie chwalę tę serię i choć nawet mnie czasem denerwuje bardzo mała ilość konkretnie negatywnych recenzji wypływających spod moich palców, cieszę się, że mam coś niezmiennie pewnego. Czwarty tom traci troszkę punktów przez mniej konkretną historię w pierwszej części i odbicie w bardziej przyziemne ekscesy w części drugiej. Stracone punkty odzyskuje natomiast nadprogramowymi motywami komiksowymi. Ich pojawienie się fajnie współgra zresztą z lekko odświeżoną kolorystycznie warstwą wizualną. Dobrze przemyślane wydanie, bo w efekcie dostajemy integralną część całości, która wyróżniając się drobiazgami, zachowuje lejtmotywy tytułu. Co najważniejsze, Criminal niezmiennie wciąga jak stworzona z zapadniętego dramatyzmu czarna dziura. Kolejny raz przeczytałem całość w jednym posiedzeniu, co przy rosnącej intensywności życia zawodowego staje się u mnie rzadkością.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Criminal: Zły czas, złe miejsce/Parszywy weekend (tom 4)
Wydawnictwo: Mucha Comics
Autorzy: Ed Brubaker, Sean Phillips, Jacob Phillips
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Data premiery: kwiecień 2021
Liczba stron: 176

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).