SIEĆ NERDHEIM:

Balonowy chłopiec w Nawiedzonym domu na pagórku. Recenzja filmu Eli

Cześć, mam na imię Eli. Witajcie w Jackass
Cześć, mam na imię Eli. Witajcie w Jackass

Stojący za kamerą Ciaran Foy, za wszelką cenę pragnie wywołać u nas poczucie niepewności. Chce nas wodzić za nos, mylić tropy, namnażać niejasności, podsycać wątpliwości. Kto tu jest dobry? Kto jest zły? Czy rodzice ukrywają prawdę? Co stało się z dawnymi pacjentami? Czy pani doktor słyszała kiedykolwiek o Hipokratesie? Czy to koszmar, sen, jawa czy halucynacje? Problem w tym, że produkcja wprowadza wszelkie niejasności z subtelnością wikingów plądrujących dział z porcelaną. 

Eli jest młodym chłopcem cierpiącym na niezwykle rzadkie schorzenie układu immunologicznego. Jego naturalna odporność nie funkcjonuje we właściwy sposób, przez co dzieciak jest uczulony na cały otaczający go świat. Chłopca zabić może kurz, nieprzefiltrowana woda, świeże powietrze, a nawet najmniejszy kontakt z drugą osobą. Eli skazany jest na egzystencję w balonowym pokoju z dala od rówieśników, zabawy oraz rodzicielskich uścisków. Jego ostatnią szansą na normalne życie jest kosztowna i eksperymentalna kuracja w pewnej ponurej placówce położonej gdzieś na uboczu. Gdy Eli wraz z rodzicami dociera na miejsce, wokół zaczynają dziać się kolejne niepokojące rzeczy. 

Film po krótkim wstępie zaczyna bezceremonialnie walić nas po twarzy kolejnymi, niezbyt subtelnymi sugestiami, że główny bohater powinien mieć się na baczności, bo jego obecna sytuacja jest podejrzana. I to podejrzana przez wielgachne P.! Reżyser napina się wręcz niemiłosiernie, aby zaoferować nam gęstą i niepokojącą atmosferę. Niestety, główny problem jest taki, że brak w tym nawet odrobiny subtelności. Produkcja niemal od razu wydziera się na nas ekranu, podkreślając na prawie każdym kroku, że cała sytuacja cuchnie i nie należy nikomu (absolutnie nikomu!) ufać. Jednocześnie historia, dumna z siebie żyje w błogim przeświadczeniu, że robi widzów w konia i do końca trzyma ich w dojmującym poczuciu niepewności. Tylko to trochę tak jakby strzelić komuś młotem w czoło, a potem zarzekać się, że to tylko podmuch wiosennego wiatru nieśmiało targający zmierzwioną grzywkę. 

Balonowy chłopak – wersja naciągana, mało subtelna i taka nie do końca straszna.
Balonowy chłopak – wersja naciągana, mało subtelna i taka nie do końca straszna.

Gdy Eli z rodzicami dociera do placówki, a historia wchodzi już na właściwe tory, naszym oczom ukazuje się pani doktor Horn – ambitna kobieta, mająca na sercu dobro chłopca. Podobno. Jednak wystarczy tylko jedno spojrzenie, a my już mamy pewność, że nowo poznana specjalistka, Order Uśmiechu mogłaby znaleźć co najwyżej w paczce chipsów. Kobieta nawet nie stara zachowywać się naturalnie czy stwarzać pozory, że wszystko przebiega zgodnie z założonym planem. Jest tak mało przekonująca, że równie dobrze mogłaby nosić plakietkę informującą o ukończonym kursie zaawansowanego knucia, robienia dzieci w balona i zacierania dłoni do dźwięków wstrząsającego podkładu muzycznego. Pierwsze „dobre” wrażenie potęgują towarzyszące jej pielęgniarki, będące najprawdopodobniej owocem miłości strażnika więziennego oraz hodowcy psów obronnych. Te dwa cerbery w różowych uniformach mogłyby pochwalić się charyzmą osiedlowego dresa oraz wyrokiem za pobicie wypisanym na twarzy. Co oczywiście nie jest ani trochę podejrzane! No w ogóle! Przecież normą jest, że personel medyczny do pracy z dziećmi, rekrutuje się spośród uczestników programów resocjalizacyjnych. Uroku całej sytuacji dodaje oczywiście również sam budynek, charakteryzujący się ponurą fasadą, ciemnymi korytarzami oraz malowniczym położeniem gdzieś na zamglonym wygwizdowie. 

Po takiej dawce subtelności film zakłada, że możemy nie mieć jeszcze pewności co do niegodziwych zamiarów miejscowych przedstawicieli służby zdrowia. Gdyby ktoś w tym momencie zachował resztki wątpliwości, to teraz już będzie musiał je całkiem rozgonić. Produkcja bowiem, tak dla pewności, dorzuca do historii złośliwą i szorstką dziewczynę z sąsiedztwa. Rudowłosa Haley, z uśmiechem na ustach zaczyna stresować i straszyć chłopca, zapewniając go, że pani Horn to zła kobieta jest. Chociaż naprawdę trzeba mieć wybrakowany instynkt samozachowawczy, żeby nie dostrzec, jak źle jej z oczu patrzy. 

Po tym łopatologicznym wstępie, reszta historii to przede wszystkim klasyczne sztuczki wyciągnięte z podręcznika „Straszenie dla opornych czyli jak nakręcić swój pierwszy horror” (Wydawnictwo IKEA; wersja z obrazkami). Znajdziemy tu: ponure zjawy, blade upiory i dziewczynę popisującą się umiejętnościami robienia mostków oraz imitowania dźwięków folii bąbelkowej. Chłopaka zaczynają prześladować kolejne straszydła i brzydkie facjaty, odbijające się w co drugiej powierzchni płaskiej. I w tym momencie – gdy straszność oraz złe intencje wylewają się uszami z niemal każdej postaci – film postanawia nam wmówić, że powinniśmy mieć pewne wątpliwości co do zła, nękającego bohatera. Że wszystko, co teraz widzimy to senne mary, skutek uboczny leków, a być może (uuu! i dźwięk łańcuchów) prawdziwe nawiedzenie! To zasiewanie niepewności wychodzi świetnie szczególnie w tych momentach, gdy niewidzialna siła miota dzieciakiem po sypialni, przeciąga go po podłodze brzuszkiem do dołu lub demoluje mu cały pokój. No tak, to rzeczywiście wygląda na skutki uboczne terapii. Filmie, ależ Ty jesteś teraz przewrotny! 

Czy my na pewno dobrze traktujemy naszych małych pacjentów? Skąd u państwa ta nieufność?
Czy my na pewno dobrze traktujemy naszych małych pacjentów? Skąd u państwa ta nieufność?

Sytuacji nie poprawia fakt, że sam Eli nie jest zbyt rozgarnięty intelektualnie i raczej niespecjalnie mamy ochotę z nim sympatyzować. Chłopiec, widząc na wpół żywą dziewczynę z rozregulowanymi stawami, makijażem wokalisty black metalowego i paszczą rozwartą jak wnyki na niedźwiedzia – zakłada, że to jedna z małych pacjentek szpitala. No racja! Toż to przecież książkowy przykład niedoboru witamin! Dlatego jedzcie warzywa i owoce. Koniecznie! 

Produkcja Foya, spacerując po oczywistych kliszach i potykając się na poziomie budowania klimatu, dociera do finału – kiczowatego, pociesznie głupiego i widowiskowo śmiesznego. Jest to oczywiście jakaś forma nagrody za cierpliwość, jednak istnieje ogromne ryzyko, że w tym momencie dotkliwie nadwyrężymy sobie brwi, unosząc je z niedowierzania.  

Zupełnie przestrzelone próby wodzenia widza za nos w połączeniu ze słabą grą aktorską oraz groteskowym finałem sprawiają, że naprawdę trudno traktować ten film poważnie. Szczególnie gdy na chwilę przed punktem kulminacyjnym historii okazuje się, że imię chłopca jest anagramem kodu do super ważnych drzwi w placówce. Fabuła została tu tak naciągnięta, że sprawą powinna zainteresować się Komisja Medyczna ds. Chirurgii Plastycznej. Natomiast scenariusze –  przejawiającym objawy osobowości wielorakiej – specjalista. 

Autor tekstu prowadzi na Facebooku stronę RuBryka Popkulturalna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Eli
Data premiery: 27.11.2020
Typ: film
Gatunek: Horror
Reżyseria: Ciaran Foy
Scenariusz: David Chirchirillo, Ian Goldberg, Richard Naing
Obsada: Charlie Shotwell, Kelly Reilly, Lili Taylor, Max Martini, Sadie Sink i inni.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.