SIEĆ NERDHEIM:

Droga powrotna do nadziei. Recenzja komiksu Come prima

Jazda bez taryfy ulgowej.
Jazda bez taryfy ulgowej.

To komiks z typu tych, które wiele wyjaśniają samą okładką. Przyjrzyjcie się sami – dwaj mężczyźni zwróceni plecami do siebie w wymownych charakterologicznie pozach, równie znacząco usytuowani względem drogi dominującej przestrzennie nad całością kompozycji. Drogi pośród pól, na której poboczu przycupnął budzący nostalgiczny uśmiech Fiat 500, który jakby niezamierzenie podkreśla ów rozdział między postaciami, a jednocześnie delikatnym wysunięciem naprzód przypomina o tym, że to raczej wymuszony postój (wymuszony? A czym? Dobra, nie rozpędzajmy się zbytnio na tym etapie), a nie koniec trasy. Drogi białej niczym przysłowiowa karta, przechodzącej w oddali w zakręt – i tak to się uruchamia kierunkowskaz obrazowania symbolicznego.

Możliwe wnioski uzupełnia opis z tylnej okładki. Ci mężczyźni to bracia, którzy są w drodze do Włoch, skąd starszy z nich, Fabio, wyjechał lata temu, a teraz do powrotu motywuje go jedynie bliskość kłopotów (nie pierwszych) w jakiejś francuskiej miejscowości (kolejny punkt na mapie „pobytów tymczasowych”) połączona z szansą na szybki przypływ gotówki za sprawą spadku po ojcu, którego prochy przywozi młodszy, Giovanni, chcąc, by i Fabio uczestniczył w ostatniej posłudze, jaką ma być złożenie urny w rodzinnych stronach. I zaczyna się właściwy takim sytuacjom pomiar – jak daleko można zajechać bez słowa? Czy uda się na czas zaciągnąć hamulec emocji? I czym skutkuje jazda skokami na mentalnym wstecznym, w przeszłość?

O, w mordę...
O, w mordę…

Nie mam pojęcia, dla jak dużej części dzisiejszych czytelników komiksów w Polsce wymownie zachęcający będzie okładkowy komentarz, że Come prima to „Wspaniały hołd dla filmów drogi i włoskiego kina lat pięćdziesiątych”. Oczywiście komiks Alfreda da się czytać i z wyłączeniem tego kontekstu, ale cieszy mnie, że został on tak wprost zaznaczony przez wydawcę. Po lekturze zapewne ktoś z marszu przytaknie, ktoś się zaciekawi, ktoś podrąży dalej, ktoś sobie coś przypomni – tak czy siak, transfer danych ruszy w dobrym kierunku.

W moim przypadku pierwszego impulsu dostarczył sam tytuł odsyłający wprost do włoskiej piosenki, która stała się światowym szlagierem z tekstem adaptowanym w kilku językach, również w polskim. I chociaż jej treść nie pojawia się bezpośrednio w dymkach komiksu, to sentymentalny nastrój żarliwej miłosnej obietnicy, jaki przepełnia tę balladę, w odniesieniu do fabuły zyskuje nowe, bogatsze tony emocjonalne. Zwrot come prima”, czyli „jak wcześniej / jak kiedyś / jak na początku”, staje się wyrazem powoli, boleśnie, wstydliwie rodzącej się nadziei na życiowe rozgrzeszenie. A rodzi się ona oczywiście tam, gdzie już wcześniej/kiedyś/po początku czegoś została pogrzebana.

O, w mordę!
O, w mordę!

Obaj bracia wraz z pokonywaniem drogi zdradza coś ze swojego przenoszonego rachunku sumienia. Obaj robiąc to, ujawniają również cechy, z którymi nie kojarzą się wzajemnie po wielu latach niewidzenia. Tak, Fabio pozostaje niby tym samym szorstkim, prowokacyjnym, chełpliwym awanturnikiem, a Gio jego przeciwieństwem, ale obaj ze stanowiska swoich charakterów mierzą się z modelem męskości oraz kształtem braterskiej i synowskiej relacji, gdzie jeden pokutuje za bycie „tym złym”, a drugi za bycie „tym dobrym”; a może bardziej każdy usilnie obstaje przy tym podziale. To wspólny im proces pełen kumulowanego w samotności żalu, wyrzutów, bezradnej złości, poczucia doznanego przez siebie i dostarczonego innym zawodu. Obszar tych wewnętrznych konfliktów obejmuje też kobietę, Marię, która w scenie spotkania z jednym z braci (baaardzo filmowa scena z rozwieszaniem prania) dokonuje wystudzonego i smutnego podsumowania układu, jaki objął ich trójkę; układu, który sięga czasów wspólnego dzieciństwa i dorastania.

Alfred zapanował nad melodramatyczną materią między innymi za pomocą pomysłowo rozwiązanej retrospekcji. Jej plan wyróżnia się oszczędną, ziemiście zmatowioną, płaską kolorystyką – piaskowe tła kadrów, ceglaste brązy, poszarzały granat – i perfekcyjnie uproszczonym rysunkiem, grającym przerywanym konturem i plamą. Już tylko ze strony graficznej jest to bardzo atrakcyjne rozwiązanie, które jeszcze zyskuje poprzez sposób, w jaki kadry stopniowo ujawniają nastrój kolejnych wspomnień. Wiele z nich zaczyna się jako luźne migawki, „obrastające” wraz z każdym powrotem w coraz dłuższe, odsłaniające właściwy sens sekwencje. Głównie też nie towarzyszy im tekst, a cała tak zobrazowana mechanika pamięci działa bez zarzutu, zasmucając scenami różnie pojmowanej utraty – dzieciństwa, niewinności, bliskości, zaufania. Nie jest to jednak efekt taniej, łzawej melancholii.

Kurza twarz, dokąd ten rejs?
Kurza twarz, dokąd ten rejs?

Zmontowana tym sposobem przeszłość fantastycznie uzupełnia treść i przełamuje rytmwspólnej podróży braci – również ten graficzny i kolorystyczny. Rysunek „bieżącej akcji” łączy rozedrganie i płynność, ma w sobie naraz coś z Igorta, Manuele Fiora i Paco Roki. Bardzo zmysłowo oddziałuje rozgrzana, nasłoneczniona paleta barw, wykorzystująca wyjątkowość zrodzonego w takich warunkach cienia (sceny we wnętrzach i przy zaciągniętych firankach!). Kadry podążają za prawidłami wspomnianego gatunku – ujęcia trasy biegnącej pośród różnorakich plenerów, górskich serpentyn, no i okolicznościowe przygody w małych miasteczkach. Letni upał, ciasne autko, pora sjesty, szlaban na torach – Alfred wykorzystuje możliwości każdej prozaicznej sytuacji, by charaktery postaci odsłaniały się bez monotonii i naturalnie. Zapewnia też braciom kilka znaczących spotkań (konfrontacja doświadczeń między Fabiem a księdzem), pośród których jest i humorystyczny epizod z przygodnym pasażerem. Ważniejsze okazuje się jednak przygarnięcie przez Fabia bezpańskiego psa, który wzorowo realizuje zasadę strzelby Czechowa, a dodatkowo specyficznie partneruje starszemu z braci w jego pijackim monologu.

W oba plany narracyjnebardzo organicznie została wpleciona społeczna historia faszystowskich i powojennych Włoch. Nie ma tu ani grama demonstracyjnego ciężaru, wszystko wzmacnia wydźwięk archetypowej relacji między ojcem a synem, bratem a bratem, a jednocześnie wciąż reprezentuje reżimową rzeczywistość, w której można pobłądzić, obierając drogę przetrwania. Jak i to najogólniej dzieje się w życiu, czego dowodzą losy Fabia i Giovanniego. Niemniej z pewnych fragmentów braterskich rozmów/kłótni i wspomnień wyłania się obraz tego, jak Włochy zostały naznaczone przez dyktaturę Mussoliniego. Powojenny trud odbudowy państwa również wiąże się z ową wyrażoną tytułem nadzieją. W tym kontekście znaczący staje się sam rok spotkania braci – 1958, uznawany za początek najintensywniejszej fazy „gospodarczego cudu” we Włoszech, którego symbolem stał się właśnie Fiat 500, wprowadzony na rynek rok wcześniej. Dokładnie w tym samym czasie piosenka „Come prima” rozpoczęła swoją wspinaczkę po listach przebojów.

A w radio Tony Dallara? Marino Marini? Domenico Modugno? W każdym razie - "Come prima"!
A w radio Tony Dallara? Marino Marini? Domenico Modugno? W każdym razie – „Come prima”!

Come prima Alfreda też odnotowała niewątpliwy sukces, zdobywając nagrodę dla najlepszego albumu Festiwalu w Angoulême w 2014 roku. Dekada, która zdążyła upłynąć od tego czasu, nie osłabiła jej walorów. Jest w niej liryzm, gwałtowność, poruszający finał, skuteczny suspens, delektowanie się obrazem i montażem ujęć, dopełniająca się konsekwentnie symbolika prostych zdarzeń (znalazł się i pomost między brzegami narodzin i śmierci), słowem wszystko to, co zapewniają „filmy drogi i włoskie kino lat pięćdziesiątych”, tylko wyrażone w unikalnym języku komiksu.

Wydawnictwu Kultura Gniewu serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł:
Come prima
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Scenariusz i rysunki: Alfred (Lionel Papagalli)
Typ: komiks
Gatunek:
obyczajowy
Data premiery:
25.10.2025
Liczba stron: 228
ISBN: 9788367360999

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
spot_img
To komiks z typu tych, które wiele wyjaśniają samą okładką. Przyjrzyjcie się sami – dwaj mężczyźni zwróceni plecami do siebie w wymownych charakterologicznie pozach, równie znacząco usytuowani względem drogi dominującej przestrzennie nad całością kompozycji. Drogi pośród pól, na której poboczu przycupnął budzący nostalgiczny uśmiech...Droga powrotna do nadziei. Recenzja komiksu Come prima
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki