SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Skandynawski spleen. Recenzja komiksu Ciemności Smalandii

    Emil do drewutni, Henrik do rysownicy.
    Emil do drewutni, Henrik do rysownicy.

    Znacie Emila, bohatera cyklu książek autorstwa Astrid Lindgren? Wcielenie dziecięcej dociekliwości i żądzy poznawania świata, która to zaskarbiła mu miano największego urwisa w rodzimej Lönneberdze, a może i w całej Smalandii? Niezłomnie optymistycznego wisusa, co to nawet czas odsiadywanej w drewutni kary za popełnione psoty obracał z korzyścią dla swojej kreatywności, rzeźbiąc za każdym takim pobytem kolejną figurkę z drewna zamiast prowadzenia banalnej, więziennej rachuby w postaci kolejnych nacięć czy rys na ścianie? Znacie ten nieco sentymentalny, sielski, choć i nie wolny od celnych obserwacji społecznych krajobraz południowej Szwecji? Więc przygotujcie się na to, że Ciemności Smalandii Henrika Bromandera nie odmalują przed wami jej współczesnego pejzażu w podobnej stylistyce, a miażdżąca część wplecionych w fabułę komiksu obserwacji zdominowana zostanie przez tytułową tonację.

    Imię bohatera tej niewesołej opowieści zaczyna się na tę samą literę, co imię wspomnianego już słynnego mieszkańca Smalandii. Erik, gdy go poznajemy, ma nawet tyle samo lat, co Emil, czyli pięć. Ale jego historia nie skupi się na beztroskim w gruncie rzeczy dzieciństwie, choćby z tego banalnego powodu, że nigdy ono beztroskie nie było. Agresywna, pomiatająca ojcem-paranoikiem matka, introwertyczna natura, lęki związane z tożsamością seksualną, depresyjna bierność… Pośród tak narastającej ciemności migoczą i rozpalają się z różnym natężeniem nieliczne światła. Ich zewnętrznym źródłem są dziadek Erika, poznana w bibliotece długoletnia przyjaciółka Annika, ideologiczny pobratymiec Simon, partner Jocke czy wreszcie współwięzień Mehdi. Wewnętrzną latarnię zasila faszystowska ideologia, zaś zapisowi momentów jasności, pozwalających na orientację pośród tego błądzenia po omacku, służy autorski zin Twarz. I choć nie wszystkie światła okażą się dobrymi przewodnikami, to pozwolą określić zasięg absurdów, kryjących się na manowcach każdej idei.

    Tyle w kwestii teorii w praktyce...
    Tyle w kwestii teorii w praktyce…

    W żadnej z trzech odpowiadających różnym okresom dorastania, dojrzewania i doroślenia części komiksu, obejmującego koleje życia bohatera między 1987 a 2011 rokiem, atmosfera przygnębienia i wyobcowania nie znika; zmienia się tylko jej zagęszczenie. Ciemności Smalandii, prawdziwy graficzny bildungsroman, mają w sobie niewątpliwie coś ze skandynawskiej linii pisarstwa wyznaczonej już dawno przez Ibsena, Strindberga czy Hamsuna; pisarstwa reprezentującego różne estetyki, ale każdorazowo zaangażowanego i demaskującego łatwość, z jaką popadamy w konformizm, hipokryzję czy ignorancję.

    Nie można jednak powiedzieć, że Bromander, pisząc między kadrami tego stylizowanego na (auto)biografię komiksu o kondycji demokracji w Północnej Europie, uderza w jednoznacznie moralizatorski ton. Bardziej prowokuje, odważnie, drwiąco, a momentami brutalnie wiodąc nas w ślepe zaułki ideologicznych sporów, które mają rozwiązywać kwestie społecznego ładu, tolerancji i wolności osobistej. Prezentuje nam, niczym w lunaparkowym gabinecie luster, możliwe odbicia klasowego dobrobytu z organizacjami charytatywnymi i nośnymi ruchami społecznymi w tle. Po takiej wycieczce wypowiadane przez dawnego kolegę Erika słowa o demokracji jako „części dorosłości” lądują raczej w sąsiedztwie oportunizmu niż świadomości obywatelskiej.

    Nie liczcie na "dziewczynę z okładki".
    Nie liczcie na „dziewczynę z okładki”.

    Czy wobec tego główny bohater przedstawia całym sobą konkurencyjną alternatywę? Cóż – Erik jako przedstawiciel ludzkich wartości jest krytyczny, inteligentny i uczciwy względem swoich przekonań, czego najdobitniejszy dowód daje podczas rozprawy sądowej. Ale jest również, przy całej winie, jaką można obciążyć ustrój i środowisko, apatyczny, nieporadny życiowo i zwyczajnie osamotniony. Swój terapeutyczny autoportret (i portrety innych) prezentuje w Twarzy, której kolejne numery pomagają śledzić proces zanikania ideowego zaangażowania i młodzieńczej bezkompromisowości na rzecz uczuciowych tęsknot i świadectwa wkładu, jaki włożyli w jego życie bezpośrednio spotkani ludzie. I właśnie te wątki, zarówno w planie głównej narracji komiksu, jak i w zinowych wstawkach, paradoksalnie tchną największą emocjonalną otuchą, choć finały poszczególnych historii o dziadku, Annice i Mehdim nie emanują jednoznacznym optymizmem. To, co w nich najcenniejsze, to kształt relacji – w różnym stopniu niepełnych, nierozwiniętych, ale autentycznych, z całym życiowym brudem, szorstkością i wydłużającą się ciszą.

    Podobny styl prezentuje rysunek – zamierzenie schematyczny, płaski, toporny, odpowiadający częściowej niezborności samego bohatera i jego samoocenie. Regularny układ 6 identycznych kwadratowych kadrów na stronę niby ujednolica rytm opowieści, której mniejsze cząstki oddzielone są, jak blackoutami, wypełnionymi czernią kadrami. Piszę „niby”, bo Bromander potrafi wydobyć z tej siatki potrzebną przy całej oszczędności kreski dynamikę, nie skazując nas na wizualny stupor. Ziny mają jeszcze prostszą, godną miana ekstremalnie undergroundowej, jakość szkolno-klozetowych bazgrołów, ale jak inaczej oddać niewprawną ręką rysunkowego bohatera zubożoną wizję i tak już odpychającego świata? Ważne, że wszystkie te zabiegi tworzą wystarczająco wymowną i spójną ilustrację właściwych problemów.

    Prawy do lewego, lewy do prawego.
    Prawy do lewego, lewy do prawego.

    Tych zaś Bromander na 600 stronach komiksu zawarł całą ciemną litanię, z której każdy wers można rozwinąć w długą dyskusję – do wymienionych już spraw dołożę tylko domy opieki, emigrantów i więzienia. Znalazł też miejsce na kilka uwag o samym medium – nie tylko za pośrednictwem Twarzy, lecz i czynionych przez Erika uwag na temat dramaturgicznej obróbki faktów oraz wypowiedzi klawisza o „nieszkodliwości komiksów”. Ale Ciemności pozostają głównie opowieścią o dorastającym, skrytym, niemogącym odnaleźć się w społeczeństwie geju, choć przede wszystkim człowieku, który po kryzysie osobistym (ten światopoglądowy przechodzi zdumiewająco dla niego samego gładko) w krytycznej chwili doświadcza pomocy z zupełnie niespodziewanych rąk. I gdzieś tam na koniec zbiera niespiesznie cząstkowe, rozproszone na przestrzeni prawie 30 lat życia w postaciach napotkanych ludzi przesłanie.

    Pod względem ujęcia z perspektywy homoseksualnego bohatera psychologicznej i społecznej panoramy dzieło Bromandera może śmiało stanąć obok tak kanonicznych pozycji gatunku, jak Stuck Rubber Baby Howarda Cruse’a (przywołanego zresztą w spisie zinowych inspiracji) czy Fun home Alison Bechdel. Pod względem emocji, towarzyszących samoakceptacji, przywołałbym tutaj dodatkowo Kłamstwo i jak to robimy Tommi Parish. Pod względem porównania Erika z Emilem wskażę tylko na koniec oczywisty trop, jaki przedstawia sobą okładka Ciemności Smalandii, choć oczywiście wymowa drewnianych wizerunków towarzyszy niedoli ma tutaj nie tak beztroski wymiar. Na podłodze drewutni Bromandera znajdziecie o wiele więcej drzazg niż wiórów.

    Wydawnictwu Centrala serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Ciemności Smalandii
    Wydawnictwo: Centrala
    Scenariusz i rysunki: Henrik Bromander
    Tłumaczenie: Katarzyna Syty
    Typ: komiks
    Gatunek: obyczajowy/polityczny
    Data premiery: 17.07.2020
    Liczba stron: 628

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    +zaangażowana, wielogłosowa treść
    +świetna dramaturgia
    +krytyczna panorama społeczna
    +wiarygodni bohaterowie
    +undergroundowa estetyka

    Minusy:
    -niewielkie usterki edytorskie

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x